MAJOR KONG – bogowie ciężkiego riffu…

Lubię krajowe, stonerowe poletko, bo mimo, że pozornie nie ma wokół niego wrzawy i skandali, ciągle coś  się w nim kotłuje, zmienia i hałasuje.  Ot, pierwszy z brzegu zespół Fifty Foot Woman. Nagrali świetną, debiutancką płytę… i rozstali się z wokalistą i nazwą. Zamiast tego narodziło się instrumentalne trio Major Kong, kontynuujące poszukiwania na niwie rockowego, stoner’owego grania z psychodelicznym posmakiem. Pierwszym dowodem aktywności jest miłe dla ucha promo  „Orogenesis”, które na tyle ruszyło nasze dupska, że niezwłocznie skontaktowaliśmy się ze sprawcami tegoż zamieszania…

Dlaczego rozpadł się taki miły zespół jak FFW? Co się stało?? Wydawać się mogło, że po premierze dużej płyty FFW mogło być tak pięknie…

Mogło, ale niestety muzycy rockowi to kretyni i lubią sobie utrudniać życie. Relacje z wokalistą mocno nam się pogorszyły. Robiliśmy materiał, który wciąż nie miał gotowych tekstów i wokali, więc w końcu pieprznęliśmy to w cholerę i zaczęliśmy robić instrumentalny stuff. Początkowo jako odskocznia, później nabrało to większego sensu. Fifty Foot Woman była kapelą kompromisów, w Major Kong możemy sobie pozwolić na bezkompromisowość. Daje to nam dużo większą frajdę, a o to w sumie chodzi.

Dlaczego nowy zespół to Major Kong a nie np. King Kong? Skąd pomysł na nazwę?

Widzę, żeś Pan nie oglądał „Dr. Strangelove”. Major Kong to postać z tego filmu – koleś, który skończył swój żywot ujeżdżając bombę atomową spadającą na ruskich. Tak sobie nieśmiało pomyśleliśmy, że pasuje to do muzyki. Nie to, że ruskich, ale to, że bomba i że ujeżdżanie, he, he…

Najważniejszą zmianą w stosunku do FFW jest brak wokalu – co to znowu a pomysł- trudno znaleźć gardłowego, czy chęć zmiany formuły? Zdajecie sobie sprawę z tego, że z graną przez Was muzyką bez wokalu będzie strasznie trudno się przebić, czy może liczycie na status polskiego Karma To Burn?

W naszych okolicach nie ma wokalistów, którzy potrafiliby wczuć się w temat. Nie chciało nam się szukać kolejnego krzyża pańskiego do noszenia. Poza tym czujemy, że naszym kompozycjom niczego nie brakuje. Są bardziej niszowe, więc trafią do węższego grona odbiorców, ale nam to nie przeszkadza. Owszem, myśl o tym, że Karma To Burn kopie dupsko bez chwytliwych refrenów, w jakiś sposób nas dopinguje.

Muzyka na Waszej debiutanckiej płytce to surowy, ponury stoner/sludge rock – czy te numery są już finałem waszego przekształcania się z FFW na MK czy też ciągle jesteście w trakcie „wymyślania się na nowo?”

Nam się jednak wydaje, że gramy doom metal, ale szufladki to drugorzędna sprawa. Najważniejszy jest groove i oddawanie czci Bogom Ciężkiego Riffu. Staramy się jak najlepiej spełniać posługę, a można to czynić na różne sposoby. Czasem ukręcimy bad-tripowy walec, czasem wręcz bluesowe przytupy. Każdy nowy numer wzbogaca nasze brzmienie o nowy pierwiastek, więc nawet, jeśli powiem teraz, że Major Kong jest w pełni ukształtowany, to za parę miesięcy może się okazać, że nie jest, hehe.

Na płycie słychać też wyraźną fascynację psychodelią – czy jest to jakiś drogowskaz na przyszłość?

Owszem, może tak być. Jaramy się zarówno poszukiwaniem brzmień przez Pink Floyd, kosmicznymi jam sessions od Earthless czy też hipotyzo-ekstremą u kapel typu Ufomammut. Na psychodeliczne elementy pojawiło się miejsce właśnie wtedy, gdy porzuciliśmy wokal. Bazą jednak jest riff i to na nim skupiamy się najbardziej.

Czy mieliście już okazję zaprezentować się publiczności – jeśli tak, jakie były reakcje?

bogowie ciężkiego riffu...
bogowie ciężkiego riffu…

Bardzo pozytywne i jest nam z tego powodu niezmiernie miło. Gdy wychodzimy we trzech na scenę, to z zamiarem udowodnienia, że zminimalizowanymi środkami też można spuścić ludziom soniczny wpierdol. Wiadomo, jednym się to spodoba, inni będą truć nam potem dupę, że przydałby się wokal. Muzyka dla każdego jest muzyką dla nikogo.

Na koniec – banalne pytanie – CO DALEJ? Jakiś kontrakt, duża płyta, kilo haszu na drogę, czy może nieco skromniej?

Poprosimy wszystko, he, he… Do nagrania dużej płyty szykujemy się na początek przyszłego roku. Potem zobaczymy, co się da wywalczyć nowym materiałem. Na razie zainteresowanie Majorem rośnie i jesteśmy samowystarczalni, ale chcielibyśmy się zahaczyć w jakimś zagranicznym labelu. W Polsce nikt takich rzeczy nie wydaje, choć mamy sygnały od ludzi, którzy chcieliby ten stan rzeczy zmienić. Czas pokaże, riff pomoże.

Rozmawiał Arek Lerch