LØVTE – Nowe wyzwania

Dzieje się na naszej scenie, i śpieszę donieść, że o tym zespole będzie jeszcze głośno, bynajmniej nie dlatego, że sympatyzuję ze stylistyką wykonywaną przez LØVTE. Brakuje u nas ciężkiego grania przełamywanego dobrym, damskim wokalem, nie kojarzącym się z gotycką tandetą i heavy metalową przaśnością. W szeregach poznańsko-pilskiej udało się zadbać o odpowiedni balans pomiędzy niemal anielskim głosem Magdy, stanowiącym kontrapunkt do napędzanej blastem młócki, a technicznymi, a momentami nawet chaotycznymi wygibasami reszty składu. Poniżej zapis rozmowy z Pawłem i Magdą, kolejno gitarzystą i wokalistką zespołu.

LØVTE to taki mały polski all star band. Wszyscy gracie w może nie zasłużonych, ale cieszących się sporą estymą składach. Skąd jednak pomysł, aby pożenić subtelny głos Magdy, z crust/metalcore’owym łomotem spod znaku niemieckiej i szwedzkiej szkoły takiego grania?

P: W zasadzie jesteśmy dość dobrymi znajomymi i znamy się długo. Wszyscy w zespole, poza mną, pochodzą z jednego miasta, czyli Piły. Nasze drogi przecinały się już wcześniej – znamy się z różnych projektów, wspólnych koncertów czy, najogólniej mówiąc, z uczestnictwa w scenie DIY. Kiedy zaczęliśmy formować nowy zespół, wpadliśmy na pomysł, że Magda mogłaby wprowadzić do niego coś unikatowego, więc zaprosiliśmy ją do wspólnego projektu. Bardzo cenimy to, co robi sama jako Vittuma. Z resztą nie jest to jej pierwszy zespół, jeśli mówimy o szeroko pojętym hardcore/punku – wcześniej grała razem z Adamem w Antenie Error i Shape of My Fall. Moim zdaniem Magda odwala kawał pierwszorzędnej roboty, zarówno jeśli chodzi o jej elektroniczne kompozycje, jak i wokal. Poza tym, sporym kryterium był właśnie fakt, że jesteśmy grupą znajomych i dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. Dlatego właśnie broniłbym się przed nazywaniem LØVTE „all stars bandem” – jesteśmy dalece bardziej zespołem ziomalskim. Jako dzieciak często wpadałem do Piły, bo mam tam rodzinę i np. z takim Michałem poznaliśmy się chyba ponad 15 lat temu, czyli zanim zaczęliśmy grać w jakichkolwiek kapelach. Poza tym jakie tam z nas gwiazdy…

M: Nie była to żadna jakaś tam planowana strategia. Chłopaki po prostu zapytali mnie czy chciałabym się dograć i dorzucić swojej elektroniki. Ja mam słabość do smutnych, gitarowych piosenek, zatem wiedziałam, że się w tym odnajdę. Poza tym, kiedyś już śpiewałam w zespole o podobnej formule (w Shape of my fall) i czułam, że może z tego wyjść coś równie ciekawego. Nie wiedziałam jedynie, że wokalnie będzie mnie tam aż tak dużo w stosunku do wokalu męskiego – trochę niespodziewanie zrobiono ze mnie frontmenkę (śmiech).

Frontmenkę, a raczej frontwoman o sporych możliwościach i kilku nieoczywistych atutach. Podoba mi się ten balans pomiędzy złą, depresyjną twarzą LØVTE, a nośną utkaną z głęboko zaszytych melodii. Dla wielu będzie to zwykły łomot, a okazuje się, że w pełni intencjonalnie skaczecie po emocjach i gatunkach.

M: Cóż mogę powiedzieć… ja ze swojej strony staram się jedynie zawrzeć jak największy ładunek emocjonalny w danym kawałku. Nie byłabym jednak w stanie się tak „otworzyć” gdyby nie piękne melodie zrobione przez chłopaków – serio, nie spodziewałam się aż takiej dawki EMO.

P: Myślę, że w tym zespole szukaliśmy trochę nowych wyzwań i chcieliśmy spróbować czegoś innego, niż „klasycznego” hc/punkowego składu i krzyczanych wokali. LØVTE jest dla nas właśnie próbą czegoś nowego. Ja np. nigdy wcześniej nie występowałem z elektronicznymi instrumentami na scenie i jest to dla mnie całkowicie nowe i ciekawe doświadczenie.

Nowe wyzwania

Nowe wyzwania

Część z was podobny wygar, choć w znacznie krótszych formach, serwuje w zespole o świetnie brzmiącej nawie Deszcz. Wasz kręgosłup rytmiczny nie ciągnie zespołu w tę mniej eksperymentalną stronę?

P: Wydaje mi się, że efekt końcowy jaki otrzymaliśmy wynika właśnie z „połączenia sił” nas wszystkich. Każdy wnosi do zespołu jakąś swoją jakość – o chłopakach z Deszczu mogę powiedzieć, że są naprawdę spoko zgraną ze sobą sekcją. Nie da się chyba wyznaczyć jakiejś linii, która oddzielałaby to, co bardziej i mniej „eksperymentalne” w naszej muzyce. Raczej tak, jak powiedziałem już wcześniej, jest to wypadkowa. Niekiedy sami byliśmy zaskoczeni efektem, kiedy ktoś przynosił jakiś pomysł na próbę albo do studia. Tak czy inaczej w ostatecznym rozrachunku aranże tworzyły się wspólnie – zdecydowanie gramy tutaj zespołowo.

M: Dla mnie ważne jest tutaj to, że chłopaki byli od początku otwarci na warstwę elektroniczną jaką przygotowałam pod gitary. Dzięki temu wyszło nam coś ciekawego – dwie stylistyki ze sobą kontrastują, ale też uzupełniają się. Ta mocniejsza z delikatniejszą.

Jak te kontrasty wypadają na żywo? Nie jest tak, że energia góruje i ten łagodny pierwiastek LØVTE odchodzi na dalszy plan?

P: Chyba to pytanie byłoby lepiej zadać słuchaczom i słuchaczkom. Naszym zdaniem, to dobrze, że nasz set składa się z takich lżejszych, elektronicznych momentów, podczas których uszy stojących pod sceną osób mogą trochę odpocząć od tych bardziej intensywnych fragmentów. Dzięki temu koncert ma nieco bardziej zróżnicowaną dynamikę, przez co mam nadzieję, jest ciekawiej.

Magda, jesteś jedną z niewielu polskich wokalistek, w powiedzmy umownie, metalowej kapeli, która może pochwalić się dużą swobodą w kreowaniu swoich partii. Nie czułaś, że może jednak poszliście trochę za daleko? A może zupełnie odwrotnie, czas pokazać, że można kompletnie pozmieniać elementy układanki i dowodząc, że można oprzeć cały band na sile kobiety?

M: Moja płeć nie ma tutaj większego znaczenia. Uważam, że muzyka nie powinna opierać się, ani na sile kobiety, ani na sile mężczyzny, ale przede wszystkim na szczerych emocjach i porozumieniu między członkami zespołu. Chłopacy zaprosili mnie do tego projektu, nie dlatego, że jestem dziewczyną, ale właśnie ze względu na to, że się po prostu dobrze rozumiemy. No i oczywiście ze względu na to, ile  wiem i potrafię jako producentka/wokalistka, a przynajmniej żywię taką głęboką nadzieję (śmiech). Nie uważam, że muzycznie tutaj „poszliśmy za daleko”. Osobiście nie postrzegam tworzenia muzyki w takich kategoriach. Robienie muzyki to dla mnie bardziej działanie intuicyjne. Jeśli zaczynasz się nad tym zbytnio zastanawiać, to zaczyna to już być bardziej rzemiosło, niż tworzenie.

Płyta dopiero co miała swoją premierę, a w recenzjach znaleźć można fragmenty, w których piszą o was jako o zespole, przy którym można zarówno tańczyć pogo, pić wino i przytulać najbliższych. O taką skrajność opinii wam chodziło?

P: Ha, ha, mówiąc całkiem szczerze, to w ogóle nie chodziło nam o jakąkolwiek opinię. Ale faktycznie, to bardzo fajne określenie tego, co robimy i podobało nam się. Zresztą cała przytaczana przez Ciebie recenzja była bardzo spoko – było w niej trochę fajnej krytyki, którą lubimy, bo można z niej wyciągnąć coś konstruktywnego, a poza tym czyta się to o wiele ciekawiej… L

Często wymieniam wasze atuty, to głos, to doświadczenie z innych zespołów, a gdyby tak spojrzeć na Lovte krytycznie, nie wymyślacie kola na nowo, miejscami nawet dość czytelnie odwołujecie się do klasyków grania, a wielu może nawet stwierdzi, że rezultat waszej wspólnej aktywności jest rezultatem mody. Wszak emo i „stare” brzmienia wracają do łask. Co macie na swoją obronę? Jak zamkniecie usta tym, którzy nie dostrzegają w waszej ep-ce szczerości?

P: Ja czy Adam „siedzimy w emo” już od dość dawna i wcześniej graliśmy lub gramy w takich kapelach. Jeśli chodzi o LØVTE to nigdy nie mieliśmy takiego założenia czy wielkich aspiracji, by dokonywać czegoś bardzo przełomowego. Ten zespół jest po prostu punktem, gdzie spotykają się nasze muzyczne drogi, a te czasami przebiegały trochę inaczej – jedni grali emocore, inni d-beat/neocrust itd. Nie ma co ukrywać, że wszyscy mamy już wypracowane „swoje patenty”, jesteśmy trochę sformatowani przez to, co robiliśmy wcześniej. Ale nigdy do tej pory nie mieliśmy wspólnego projektu. Na pewno spory wpływ na nas ma też to czego po prostu lubimy słuchać. Nie wiem czy to, co robimy jest teraz modne – pewnie znajdzie się równie sporo zwolenników, co przeciwników, którym nie spodoba się głos Magdy albo stwierdzą, że nie gramy „prawdziwego” metalu albo hardcore/punka. Jeśli mam być absolutnie szczery, to powiem tylko tyle, że po prostu robimy to, co lubimy. Nie wiem czy spędzalibyśmy tyle czasu na sali prób czy w drodze (bo aktualnie mieszkamy w trzech różnych miastach) tylko dlatego, że uznaliśmy, że aktualnie jest to modne. Tym bardziej, że w perspektywie mamy raczej skłoterskie podłogi, niż stadionowe sceny. Nie chciałbym, by to zostało odebrane jako narzekanie, bo tak absolutnie nie jest – bardzo jaramy się tym, co robimy – ale zarzucanie polskim zespołom DIY, że są tak wykalkulowane na „modę i karierę” byłoby chyba jakimś sporym poziomem abstrakcji.

M: Ja aktualnie słucham w 97% muzyki elektronicznej, dlatego nie mam pojęcia czy dobrze wstrzeliliśmy się w temat. Jeśli tak, to świetnie, ale to raczej przypadek, ponieważ nie umiemy być modni (oczywiście, poza naszym perkusistą i basistą), choć bardzo byśmy chcieli być modni, ponieważ bycie modnym jest bez wątpienia przyjemne i korzystne. Ja także, w swoich projektach solowych od lat produkuję smutne piosenki utrzymane w stylistyce melancholijnego damskiego emo. Średnio wychodzi mi robienie wesołych piosenek, a raczej w ogóle. Być może dlatego dobrze się wpisuję się w emowe trendy.

Polska scena przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej historii. Dawno nie było tak wielu wartych uwagi zespołów, a krajowy niezal, ten wściekły i metalowy również, dostrzegany jest przez coraz poważniejsze media. Można powiedzieć, że „stało się” i nareszcie dostrzega się trud wkładany przez ambitnych muzyków, czy mainstream jednak szkodzi? Fani black metalu chodzący na koncerty takiej Mgły mają dość przypadkowych osób…

P: Chyba musielibyśmy sprecyzować o czym dokładnie mówimy, bo jeśli chodzi o rodzimą scenę hardcore/punkową, z którą jesteśmy najbardziej związani, to powiedziałbym, że jest dokładnie na odwrót – dzieje się mało, a „nowe zespoły” to i tak naprawdę kolejne projekty tych samych osób. Generalnie wydaje mi się, że bardzo brakuje tam świeżej krwi. Jeśli chodzi o metal, moim zdaniem sytuacja jest całkiem inna – wyprzedane koncerty, zespoły na dużych festiwalach grające „dla normików”, obecność w mediach. Faktycznie jest też chyba tak, jak mówisz w kontekście black metalu – części osób zapewne przeszkadza to, że na koncertach pojawiają się ludzie „z innej bajki” i że „hipsterzy w rurkach skradli czarną sztukę”. Cóż, szczerze mówiąc, mi to w ogóle nie przeszkadza, bo, jak wspomniałem już wcześniej wszyscy mamy raczej hc/punkową genezę, i chociaż bardzo lubimy black metal, to z drugiej strony nie ma co udawać – nigdy nie byliśmy częścią tej 100% „prawdziwej” sceny. Cieszę się jednak, że te ekstremalne gatunki zyskują nieco szerszą publikę. Fajne jest też to, że sporo osób ze sceny punkowej sięga po metal czy metalowcy po punkowe gatunki takie, jak d-beat czy crust. Tak naprawdę mamy sobie nawzajem chyba sporo do zaoferowania.

M: To ja na zakończenie pozwolę sobie troszkę zaburzyć wizerunek „prawdziwego” muzyka/odbiorcy.  Na mojej playliście do biegania, obok kawałka Refused – Dawkins Christ znajdziesz techno bangier Scuba – Back on Black. Techno i ostra muzyka w jednym folderze?! Jak tak można?! A teraz właśnie wracam z Unsound Festival’ u, który jest najbardziej odjechanym festiwalem muzyki elektronicznej w Polsce – bardzo otwiera głowę. Kto nie był, ten trąba. Niech jedzie koniecznie w przyszłym roku! Muzycy z całego świata serwują tam m. in. świeżutkie i mroczne techno – prosto z piekielnego kotła Belzebuba! I tutaj chciałabym gorąco polecić techno właśnie fanom cięższych i mrocznych brzmień gitarowych (zarówno tym prawdziwym jak i nieprawdziwym), ponieważ oba te gatunki łączy najważniejsze: piękny mrok, którego wszyscy tak bardzo łakniemy w muzyce! I tym oto powyższym wpisem dokonałam „techno coming outu”, i pogrzebałam sobie szansę na zaistnienie jako „prawdziwy” muzyk, odbiorca… A teraz do sedna –  szczerze i bez cienia ironii – ja jako osoba, nazwijmy to, „z zewnątrz”, z dystansem i lekkim rozbawieniem przysłuchuję się rozmyślaniom o „za mało prawdziwej” scenie czy „przypadkowych”/nieprawdziwych odbiorcach. W moim odczuciu, jest to nierzetelna i krzywdząca ocena, zarówno nowych odbiorców, jak i samych muzyków.  Pozwalajmy sobie odczuwać muzykę na swój/dowolny sposób, na dowolnym festiwalu i… w dowolnych spodniach, ba, a nawet w dowolnej sukience!

P.S. Panowie! Już można nosić „rurki” na koncertach metalowych.Grafika

To skoro doszło do coming outu, chyba pierwszego w historii naszego magazynu, pozwólmy sobie na małe podsumowanie 2017 roku. Kto w muzyce wywarł na was największe wrażenie, kto rozczarował, i czy wszyscy będziemy płakać po rozpadzie Hey-a? (śmiech)

P: Trudno mi wskazać coś, co naprawdę wgniotłoby mnie mocno w ziemię, ale jeśli chodzi o polską scenę, to bardzo dobrą płytę wydał w tym roku Marksman. Niestety, od razu muszę przejść też do rozczarowania – wszystko wskazuje na to, że „Hawok” to pożegnalny album tego zespołu. Nieźle siadło mi też nowe In Twilight’s Embrace oraz Guantanamo Party Program, które jest naprawdę jasnym punktem, jeśli chodzi o lokalną scenę hc/punk. Bardzo szanuję też to, co aktualnie robi Hanako. Wychodząc poza polskie podwórko, bardzo duże wrażenie zrobił na mnie koncert zespołu Pacino na scenie Psych Tent podczas Fluff Festu w Rokycanach, który był zarazem release party ich albumu pt. „Půl litru země”. Przez pół godziny stałem zahipnotyzowany i uważam, że był to jeden z najlepszych występów festiwalu. Samą płytę też mogę zdecydowanie polecić każdej osobie, która lubi dobre emo. Z rzeczy, których słucham ostatnio i które zrobiły na mnie wrażenie, na pewno wymieniłbym też Wolves in the Throne Room i ich nowy album „Thrice Woven”. W kontekście Hey-a, mogę powiedzieć chyba tylko tyle, że życzę sobie i innym tego, by wiedzieć kiedy powiedzieć sobie dość (śmiech).

M: Moją nową miłością Coucou Chloe –  piekielne bangiery, z gęstym, połamanym bitem okraszone demonicznym damskim szeptem. Tak mi w duszy gra! Na Unsoundzie usłyszałam też live mojego życia genialnej Pani z USA –  Avalon Emerson. O świcie po jakichś dwóch godzinach energicznego tańca, bez przerwy (morderczy aerobik!) z wycieńczenia i odwodnienia trzęsły mi się ręce, co w moim przypadku oznacza jedno: muzyczno – życiowe spełnienie! Rozczarowań w muzyce raczej nie przeżywam, gdyż wyznaję teorię, iż lepsze każde nowe smęty Björk, niż żadne. Ciągły głód muzyczny nie pozwala mi wybrzydzać.

Na koniec tendencyjnie – plany na najbliższy czas?

P: Na pewno teraz chcielibyśmy trochę koncertować z nowym materiałem. Mamy już za sobą pierwsze, całkiem udane wyjazdy, które dają nam kopa do dalszego działania. Nie chcemy też spoczywać na laurach i gdzieś w dalszej perspektywie mamy też zrobienie kolejnego materiału. W międzyczasie poświęcamy się też swoim innym projektom i prozie życia.

Rozmawiał Grzegorz Pindor

Zdjęcia: archiwum zespołu