LIE AFTER LIE – z nikim nie konkurujemy

Młodzi gniewni z południa polski, czyli Lie After Lie, wydali niedawno swój debiutanci album Unsaid. Okoliczności tej premiery nakazują przepytanie jednego z członów kapeli na temat tego doniosłego wydarzenia, co też czynimy. Naszym rozmówca jest Grzegorz Dygoń, gitarzysta zespołu.

Polska jesień obfituje w serię wydawnictw tak zwanego emocjonalnego hardcore’a. Na upartego do tego worka da się wrzucić również Lie After Lie. A może te łatki jak post-hardcore, emo i tym podobne są zbędne i Wam szkodzą?

Prawda jest taka, że słuchamy takiej muzy wszyscy i nie da się ukryć, że inspirujemy się głównie tymi gatunkami, więc nie jestgrzs lie after lie to dla nas jakiś obciach, że ktoś nas tak szufladkuje. Może nawet i dobrze. Dla nas hardcore zawsze miał wiele emocji, kapele takie jak Verse czy Have Heart, klasyki, są naładowane emocjami. Czy nam szkodzą? Raczej nie, nie ma powodów. W końcu coś w tym jest. Stylistycznie raczej powróciliśmy do takiej nuty, którą kiedyś bardzo mocno się jaraliśmy.

Nieżyczliwi powiedzą, że ten zwrot podyktowany jest w pewnym sensie popytem i modą. Oznacza to jednak, że nie zauważa się rozwoju zespołu i zrezygnowania z metalowego uderzenia na rzecz zupełnie innych środków wyrazu. To, co słyszymy na „Unsaid” jest efektem w pełni demokratycznej pracy czy może któryś z was pociągnął ten zespół właśnie w tę stronę?

Jasne że tak. Wiemy o tym i już się spotkaliśmy z takimi opiniami. Prawda jest taka, że potrzeba czasu by poznać innego człowieka. Nie jesteśmy kumplami z jednego osiedla i nie znaliśmy się od dzieciaka, dlatego z czasem dopiero zdaliśmy sobie sprawę z tego co każdy z nas chciałby grać. Dlatego pierwsza ep-ka była bardziej metalcore’owa. Rok temu w kwietniu graliśmy mini traskę z Face of Reality i tam poznaliśmy się z chłopakami bardziej prywatnie. To bardzo doświadczeni muzycy i nie ukrywam, że po rozmowach z nimi sporo nowych rzeczy się u nas pojawiło. Sprzętowo także. Radek (obecnie nasz wokalista i basista Face of Reality) wpadał do nas na wokal „gościnnie” w kawałku „Trapped”. Bardzo nam się spodobało to jak dużo ma w sobie energii i jak dobrze czuje się na scenie, wyraża emocje. Tak bardzo przypadł nam do gustu, że postanowiliśmy zrobić z Radkiem projekt poboczny i w maju po mini trasce zaczęliśmy pisać materiał („The Place You Call Home”). Jakiś czas później z naszym poprzednim wokalistą przestało sie układać. Po jakimś czasie, stwierdziliśmy, że chcemy grać taką muzę i każdy z nas był zdecydowany aby wszystko zmienić. Byliśmy strasznie zajarani tym, ze znaleźliśmy w końcu kogoś kto ma taki zapał na robienie muzy (Radek) . Materiał pisaliśmy wszyscy – nie ma tutaj pomysłów jednego z nas.

Oprócz nowego członka i zmiany stylistyki doszło do kolejnej zmiany, albo modyfikacji. Teksty w języku angielskim, okazyjnie ustąpiły miejsca ojczystej mowie. I tu, według mnie, Lie After Lie wypada najlepiej. Dlaczego nie zdecydowaliście się na pełen album w takiej formie?

Najpierw nie braliśmy pod uwage polskiego języka w naszych tekstach. Jakoś z automatu zakładaliśmy, że będziemy mieć teksty po angielsku. Później Radek napisał wg nas świetny tekst („Do zobaczenia”) – po angielsku nie brzmiał już tak fajnie. Próbowaliśmy, ale nie było porównania. Po prostu nie leżało nam to. Nie kopały tak bardzo jak w naszym ojczystym języku. Czegoś brakowało. Dlatego ostatnie numery są już po polsku.

W przyszłości możemy się spodziewać kolejnych? Czy jeszcze będziecie próbować swych sił w obcej mowie z nadzieją na międzynarodowy sukces?

Jasne. Pasują nam bardzo numery po polsku. Nie wiem jak będzie na następnej płycie, ale zastanawiamy się nad tym, czy właśnie nie ma to lepszego przekazu. Międzynarodowego sukcesu raczej nie uda nam się osiągnąć, ponieważ jest zwyczajnie bardzo dużo kapel, które grają lepiej od nas i zawsze o tym wiedzieliśmy. Czasami nawet myślę, że jest tego za dużo…lie after lie

Z drugiej strony w Polsce też jest konkurencja. I to nie mała.

Dokładnie. Wiesz, jak graliśmy z Regresem, gadaliśmy z chłopakami, że to co oni robią na scenie jest świetne. Bardzo nam się to podoba i widać że mają duże doświadczenie. Też chcemy mieć takie doświadczenie i staramy się grać tyle ile możemy. Ale mamy bardzo mocną scenę i rozwija się bardzo szybko. Nowe kapele, które zaskakują (ANSA) mnie swoimi pomysłami Wszystko idzie w dobrym kierunku i wydaje mi się ze ta scena jest mocniejsza niż kiedyś. Często zapraszamy kapele zza granicy które są headlinerami, ale ostatnio nasze polskie kapele przebijają te „gwiazdy”. Nie mamy zamiaru z kimś konkurować. Robimy swój materiał i staramy się go dobrze zagrać.

I reszta to docenia. Większość z zespołów parających się podobnymi dźwiękami, mocno wspiera Twój zespół. Zresztą, kto miał okazję zobaczyć Lie After Lie wie, że z tej mąki będzie dobry chleb. Wie o tym też drugi z gości na płycie, Chris Webber z Donnie Brasco, a tak zupełnie szczerze, ten chleb już jest, bo wypiekł go Jay Maas z Defeater. Jak wyglądała praca z nimi? Zwłaszcza jestem ciekaw Jaya, jak zareagował na zespół z Polski.

Wielkie dzięki! Odczuwamy to po każdym koncercie! .Jay to świetny gość. Spodobał mu się nasz materiał („The Place You Call Home”) i napisał, że bardzo się cieszy, że może pracować nad całą płytą. Bardzo profesjonalnie do tego podszedł. Nie traktował nas jak amatorów (albo przynajmniej nie dał nam tego odczuć). Pomagał nam też przy nagraniach. Pisał jakich mikrofonów używać żeby wyciągnąć jak najlepsze brzmienie. Odpisywał nam najszybciej jak tylko mógł. Wiadomo, że przeszkadzały nam różnice czasowe, ale czuł co chcemy osiągnąć. Po prostu nie potrzebowaliśmy nawet czasem o bardzo ważnych rzeczach dla nas wspominać. Cały mix powstał w ciągu 3 tygodni, więc dość szybko, ale właśnie dlatego, że pracuje już kilka lat nad największymi produkcjami tego gatunku. Wie co dobre. Jesteśmy bardzo zadowoleni z mixów. Kolejny materiał myślę, ze także trafi w jego ręce.

Bębny naprawdę nagrywaliście w kuchni?

Tak – Mateusz ze studia „Dżdżownicy z wielką rozpędzoną tubą” ma dużą chatę, dlatego zdecydowaliśmy się nagrywać właśnie tam. Rozłożył 16 mikrofonów i nagrywaliśmy bębny przez 3 dni po 8 h. Zależało nam na naturalnym pogłosie, stąd taki pomysł.

Inne nietypowe miejsca (śmiech)?

Gitary i wokale nagrywaliśmy na naszej sali prób, ale to już jest trochę mniej nietypowe miejsce. Okazało się, że przy sprzęcie średniej klasy można nagrać materiał bardzo dobry jakościowo. Nie mieliśmy tyle kasy, żeby wejść do studia gdzie płacilibyśmy 50 PLNów/h. Chcieliśmy mieć tą swobodę, że nie musimy się spieszyć, dlatego zrobiliśmy ten album dokładnie tak jak chcieliśmy.

Można powiedzieć, że zrobiliście to dokładnie w duchu DIY…

Na dobrą sprawę spodziewaliśmy się, że będziemy musieli na wszystko sami wyłożyć kasę. Nie mamy wytwórni, więc i nakład też musieliśmy zrobić sami. Poszło sporo kasy, ale świadomość ze wszystko sami ogarnęliśmy, jest niesamowita. To było bardzo pracowitych 5 miesięcy.

Osobną sprawą są koncerty, które załatwiacie już z pomocą jednego z koncertowych promotorów na terenie Wrocławia i Opole.

Lie After Lie BandTak tak – Michał z Wild Bread Bookings od jakiegoś czasu zaprasza zagraniczne kapelki do Wrocławia i Opola (ostatnio nawet Katowice) i wkręca nas przy okazji. Jest młodym zajawkowiczem i świetnie mu to wychodzi. Promuje kapele i robi koncerty – to dość nietypowe hobby, ale widać nie nudzi mu się to ha, ha. Nie mamy z nim umowy, że gramy tylko na koncertach organizowanych przez niego, dlatego też staramy się organizować sobie coś sami, albo odpowiadamy na zaproszenia. Trochę ostatnio pograliśmy, więc nałapaliśmy kontaktów. Teraz jeszcze wydaliśmy LP, więc pojawiają się kolejne propozycje. Dopóki mamy czas i możliwości będziemy grać.

Gdzie odbędą się kolejne koncerty?

Za tydzień (31.10) gramy w Poznaniu na „RazDoRokuFest”. Potem 22.11. Warszawa „Ghost Wolf Fest vol.1”, 13.12 Częstochowa i19.12. Tarnów.

Nie pozostaje nic innego, jak życzyć wysokiej frekwencji na gigach! Do zobaczenia już niebawem.

Pozdrawiamy i do zobaczenia!

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor