DOPELORD – dużo dymu!

Wrzućmy do kotła szalone lata 70 – te, nutkę psychodelii i diabelski sztafaż Page’a. Posypmy szczyptą nowoorleańskiego zblazowania, odpowiednio brudnym, zapiaszczonym brzmieniem gitar i porządnie wstrząśnijmy. Wyjdzie nam coś w stylu Dopelord. Maniakalnie zapatrzeni w złotą dekadę hard rocka, czerpiący garściami z dokonań Weedeater czy Bongzilli, z zamulonych, spowitych „dymkiem” zwojów mózgowych Wyndorfa, dają nam to, co najlepsze w korzennej, na wskroś amerykańskiej odmianie psychodeliczno – satanicznego sludge metalu. Debiutancka płyta „Magick Rites” to porcja rasowej muzyki, zaskakującej – nadal! – w kontekście krajowego rocka. Wprawdzie twierdzę, że środowisko sludge/stoner to w Polsce margines, jednak nie mogę nie zauważyć, że z próbujących wymyślić takie granie pod naszą szerokością geograficzną, wyrośli świadomi muzycy, mający do zaproponowania niewiele mniej niż wspomniani wyżej, starsi koledzy. Przykładem powyższych słów jest właśnie Dopelord – patologicznie nie – oryginalny, za to mający tą potrzebną do życia rasę i dogłębne przekonanie do muzyki, jako jedynej drogi do zbawienia. Czymkolwiek ono jest.

 

 

Słowo o historii muzyki – który etap w ostatnich kilku dekadach jest waszym ulubionym, który zostawił trwałą rysę w mózgach?

Klusek: Gdyby wszystko zważyć i zmierzyć, zapewne byłyby to lata 70-te, choć oczywistym jest, że słuchamy mnóstwo rzeczy z późniejszych lat.

Jak wyglądały początki i kształtowanie się zespołu – zrzynanie z największych, czy raczej szukanie pomysłów w własnych głowach?

Klusek: Dla mnie Dopelord to granie muzyki, której sam słucham i to chyba jest najlepszy możliwy układ. Samo powstanie zespołu było dość spontaniczne, pewnego dnia okazało się bowiem, że Miodek też chce dryfować w stronę takich klimatów, a nie pasowało to do zespołu, w którym wtedy graliśmy.

Mroku: Zrzynanie z największych i szukanie pomysłów we własnych głowach wcale się nie wykluczają. Początki kapeli łączą się z odpowiedzią na pytanie: co będziemy grać? Trzeba określić sobie jakieś ramy stylistyczne. My wzięliśmy brzmienie Wizard i riffy Sabbath, mieszając je z tym, co od dawna nam grało w głowach. I jesteśmy zadowoleni z efektu.

Nie ukrywam, że muzyki słucha się znakomicie ze względu na produkcję płyty – jak podeszliście do tego etapu – czy liczyło się to, co płynie z paluchów czy raczej jakieś magiczne, studyjne sztuczki stoją za tymi dźwiękami?

Klusek: Etap miksu i ogólnie studyjnej obróbki nagrań jest w moim odczuciu bardzo ważny. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele zależy od godzin spędzonych na miksowaniu, poprawianiu, muskaniu wręcz, a potem odsłuchiwaniu wszystkiego na wszelkich możliwych głośnikach, by móc wyłapać kolejne niedociągnięcia. To, że mało kto potem to doceni to inna sprawa, ale mnie nie zniechęca fakt, że większość domorosłych znawców nie odróżnia miksu od masteringu a reverbu od delaya. Jak mawiał klasyk są to patologie, którymi nie będziemy się zajmować.  Moim zdaniem dla brzmienia „Magick Rites” sprawą kluczową było zaproszenie do współpracy Michała Anuszewskiego, który płytę zmiksował. Prace przeciągały się, reszta zespołu naciskała, że wszystko trwa zbyt długo, ale ostatecznie efekt był wart wszystkich opóźnień. Kolejną ważną rzeczą jest profesjonalne nagranie materiału w przyjaznych warunkach, a my mieliśmy takowe zapewnione przez ekipę białostockiego studia Studnia, prowadzonego przez muzyków zespołu Pokrak.

Mroku: „Brzmienie z palców” to trochę ostatnio nadużywane określenie. Co to znaczy? Że muzyk z brzmieniem „w łapie” zabrzmi dobrze na cyfrowym efekcie z symulacjami za 150 zł? Bzdura. Sporo pracy włożyliśmy, żeby skompletować lampowe wzmacniacze i dobre wiosła a później wszystko to tak ukręcić, żeby gadało jak chcemy. Nie byłoby
tego brzmienia bez rozkręconej lampy dopalonej muffem, ani bez sprzętu, którym chłopaki dysponują w Studni. Kluczowe było też nagranie płyty „na setkę”, a przynajmniej szkieletu utworów, tzn. gitar rytmicznych, basu i perkusji. Dodatkowe ścieżki gitar, solówki wokale zrobiliśmy oddzielnie. Myślę, że w ten sposób pozbyliśmy się „sterylności” kompozycji.

Wasza muzyka nie byłaby tak intrygująca, gdyby nie te wszystkie psychodeliczne elementy oraz mocny ukłon w stronę okultyzmu czy innych diabelstw.  Zawsze zastanawia mnie, czy takie zabawy i deklaracje, w kontekście dość konserwatywnego kraju w jakim żyjecie, są tylko pewną konwencją, pozą, czy faktycznie bawicie się w magię i palicie tony marihuany? Nie boicie się pewnego zgrzytu na linii „życie codzienne a poza, którą przyjmujemy”?

dużo dymu!

dużo dymu!

Klusek: Wszyscy korzystamy z różnych używek, jedni mniej, inni bardziej, jak to w życiu. Miodek jest fanem horrorów klasy „Ż”, więc wiele z tego, co pojawia się w tekstach wynika z jego zainteresowań tym tematem. Dlatego nie bardzo rozumiem czego mielibyśmy się obawiać i gdzie miałby zaistnieć zgrzyt, o który pytasz.

Mroku: Ja wiem. Żyjemy w kraju, w którym za obrazę uczuć religijnych grozi pozbawienie wolności. Tak samo, jak za posiadanie suszu roślinnego. Czy można sobie wyobrazić większy absurd? Żaden zdrowo myślący człowiek nie wierzy jednak przecież w diabła czy wiedźmy. Nasza stylistyka chyba jednak nie może być  brana tak na serio, jak dajmy na to image sceniczny Nergala. Zresztą, daleko nam do darcia Biblii na koncertach.

Jeśli mielibyście wymienić kilka płyt/zespołów, bez których nie byłoby „Magick Rites”, jakie nazwy zostałyby przytoczone?

Klusek: Cztery pierwsze albumy Black Sabbath. Electric Wizard, Sleep, Weedeater. To oczywiste oczywistości. Ja bym może dodał Eternal Elysium.

Mroku: A ja Ufomammuta.

Taka muzyka jaką gracie najlepiej prezentuje się na żywca – macie jakieś swoje utarte rytuały koncertowe, kowery i zachowania, które powodują, że koncert staje się czymś więcej niż muzyką, jakąś celebracją?

Klusek: Zawsze staramy się mieć wizualizacje. Im większy ekran, tym lepiej, marzy mi się płachta, którą miał do dyspozycji Sleep na tegorocznym Roadburn. Ekran totalny. W przyszłości każdemu kawałkowi będzie odpowiadał odrębny fragment filmowy. Do tej pory eksperymentowaliśmy z horrorami z filmoteki Miodka. Oprócz tego dużo dymu. Co doradzam także słuchaczom – DUŻO DYMU!!!

Mroku: To są bardziej zwyczaje, które się wykształciły podczas prób i koncertów. I są raczej mocno hermetyczne. No ale różowy bus, którym jeździmy na gigi, hot dogi o 4:00 na Orlenie i szczur Piggy to takie nasze memy, przy których jest dużo radochy.

Pozostając w tym temacie – wspomnienia z koncertu, jaki zagraliście w ramach Days of the Ceremony? Sztuka życia czy rutyna?

Klusek: W żadnym wypadku rutyna. Przede wszystkim nie gramy tyle koncertów by mieć cień szansy na popadnięcie w nią. Sztuka życia to pewnie też nie była, aczkolwiek do tej pory nie graliśmy przed większym zespołem niż Ufomammut, więc na pewno ten koncert bardzo się dla nas liczy.

Mroku: Było trochę narzekania na nagłośnienie, ale ja sam gig wspominam dobrze. O rutynie też nie ma mowy. Niestety, próby gramy dużo rzadziej, niż byśmy chcieli i każdy koncert to dla nas duże wyzwanie pod względem precyzji wykonania. Musimy być mocno skupieni i współpracować.

Plany na przyszłość?

Klusek: Główny plan jest taki, by grać nadal, mimo niekorzystnych okoliczności. Mamy w planach jesienne koncerty, winylowy split z fajną, amerykańską kapelą, a potem zabieramy się za nagrywanie drugiego albumu, który przytłoczy, zmiażdży i zgniecie.

Rozmawiał Arek Lerch