ZŁOTA JESIEŃ/POKUSA – Nowy kurs

Zmiana pokoleniowa następuje i żeby się o tym przekonać, udałem się do klubu Pogłos na koncert reprezentujących skrajne podejście do muzyki załóg Pokusa i Złota Jesień, świętujących w dodatku premiery swoich nowych płyt. Zestawienie niby karkołomne, ale w dużej mierze pokazujące to, czym żyje teraz podziemie. Dobry ferment.

Złota Jesień, Pokusa, Warszawa, Pogłos, 08.03.2018r. 

W klubie tym razem dużo ludzi bo i nazwy już całkiem po uszach obite. Sporo młodych twarzy, atmosfera lekko dekadencka, jednym słowem – miło. Pogłosowa scena ma w w sobie coś takiego, że przyciąga, zresztą, klub jest na fali wznoszącej jako miejsce spotkań i to bardzo cieszy. Tego wieczoru doświadczyłem bardzo różnych, muzycznych smaków; zacznę jednak od końca, czyli Złotej Jesieni. Śledzę ten skład od dawna i w pewnym sensie podziwiamZłota Jesień ewolucję. Od totalnego, rozjechanego hałasu, uwielbienia dla nojzu, Sonic Youth i scenicznego chaosu do czegoś, co dzisiaj określiłbym… no właśnie. Do końca nie jestem pewien, bo choć przyszedłem na koncert pchany miłym zaskoczeniem jakim jest „W tobie nie jestem sobą”, to i tak występ Jesieni był dla mnie, hmmm, wydarzeniem kontrowersyjnym. Zmienił się sam zespół; powiększony skład, gość od elektroniki, mała scena ledwo ich pomieściła. Zaś to co się na niej działo, określiłbym raczej mianem chaotycznego performace’u niż czystego koncertu. Szacunek za duży nacisk na przekaz, niemal punkowe wkurwienie i niezgodę na stereotypy. Cieszy nadal uwielbienie dla hałasu, ale też słychać próbę odmiany. Muzycznie było to dziwnie przedstawienie; erupcje totalnego nojzu przeplatane szugejzowymi wyciszeniami, tańczący wokalista, wygłaszane – czy to z komputera czy na żywo przemowy, punk wymieszany z groteską. Wydaje mi się, że obecne oblicze Jesieni to dopiero faza przejściowa, kokon, z którego wykluje się ostateczna forma zespołu. Jaka ona będzie – doprawdy, możliwości słyszę tu bardzo dużo. Będę ten proces z zainteresowaniem oglądał.

Jako pierwszy akt na scenie pojawiła się Pokusa. Power trio, złożone z genialnego saksofonisty Natana Kryszka, basisty Tymka Bryndala i perkusisty Teo Oltera. Ostatnie nazwiska absolutnie nieprzypadkowe w skojarzeniach. Zgotowane widowisko było kompletne, zaś w zestawieniu z młodym wiekiem muzykantów zadziwiające. Zasadniczo Pokusa gra jazz, jednak jest to wizja autorska, skrzyżowana z modnym transem, szorstka, momentami bliższa awangardzie, Pokusaczasami delikatnie zahaczająca o lekki dysonans, przede wszystkim jednak napędzana znakomitym porozumieniem trzech, muzycznych dusz. Całość miała wybitnie improwizatorski charakter, czasami opierający się na koloryzowaniu i zabawach brzmieniem, to znowu skręcający w stronę mocnego swingu. Zespół wczuty w dźwięki, mający swój własny lot, zamknięty na przeżywaniu dźwięków. W zasadzie laurkę mógłbym wystawić każdemu muzykowi z osobna, bo swoje bajki rozgrywali z wielkim wyczuciem. Jasne, jest w tym garażowy brud, jest pewna przekora, zastanawiałem się np. czy pewne sprzętowe „dziwactwa” (np. zestaw Oltera składał się min. z dwóch (!) blach perkusyjnych, z których jedna powinna dawno spocząć na śmietniku…) były arogancką nonszalancją czy może potrzebą chwili. Szorstkie podejście do materii kojarzyć się mogło z archetypicznym free jazzem, ale równie poszukiwaniami muzycznych eksperymentatorów. Motoryczny bas Bryndala czasami mocno boksował się z saksofonowymi dronami, całość zaś miała wyczuwalny fundament w postaci – zaskakującej dla mnie – muzycznej erudycji. Ci goście robią muzykę na takim poziomie świadomości, jakby od kołyski studiowali różne jej aspekty. W każdym razie, po tym recitalu, dołączam się do powszechnych zachwytów – będą wielcy. Zresztą, już dużo osiągnęli, zważywszy na coraz częstsze zaproszenia na jazzowe spędy.

W każdym razie – miejcie baczenie na młodych. To oni zaczynają nadawać nowy kurs krajowej alternatywie.

Arek Lerch