WOLVES IN THE THRONE ROOM – Kadzidełka, lampeczki i przechadzki wśród dymu

Ponoć Wolves In The Throne Room zagrali na Offie bardzo dobrze, jednak nie oszukujmy się – większa część publiczności, która w sobotę stawiła się w Firleju, raczej nie jeździ co roku do Doliny Trzech Stawów. Jedyny koncert jesiennej trasy Wilków okazał się zatem świetną okazją, by skonfrontować opinie – nomen omen – niedzielnych (głównie) słuchaczy black metalu z rzeczywistością. Miała być zatem magia, rytuał, mistycyzm, nie przeczące się przy tym z pewną naiwnością i banałem. I tak właśnie było – dziwny, rytualny nastrój bił się o palmę pierwszeństwa z niemalże infantylną prezencją. I o ile początkowo moja reakcja była dość chłodna, tak teraz, po kilku dniach, tęsknię już za tym nieco jasełkowym teatrzykiem.

Wolves In The Throne Room, Wiegedood, XAO, Klub Firlej, Wrocław, 18.11.2017r.

Można się przyczepić do wielu rzeczy. Koncert był trochę krótki, a przy tym i tak sprawiał wrażenie mało dynamicznego i nieco rozwleczonego, momentami jakby na siłę. Z drugiej strony, Wilki potrafiły też zagrać pierwotnie, wściekle i bardzo bezpośrednio, sprawnie odnajdowali się zarówno w średnich, transowych tempach, jak i typowych galopadach. No i właśnie – zasadniczo nie miałbym nic przeciwko, gdyby właśnie materiał dobrany był stricte pod tym kątem, bowiem budowanie mistycyzmu za pomocą dźwięku nie do końca Wolves In The Throne Room wychodzi. WITTR kreują atmosferę swoich koncertów nie tylko za pomocą muzyki – bardzo istotną rolę odgrywa w ich przypadku aspekt wizualny. Tak było i tym razem – nanosili na scenę kupę żelastwa, dymili z kadzidełek, świecili po oczach lampkami umieszczonymi na gryfach gitar i starannie dobierali grę świateł. Wszystko to sprawia, że Wilki wyglądają nieco groteskowo i banalnie, ale w tym właśnie tkwi ich największa koncertowa broń – w nieco przerysowanym, chyba nie do końca poważnym aspekcie wizualnym. Niby stroili gdzieś tam groźne miny i próbowali sprawiać wrażenie złych, ale jakoś nie potrafię tego anturażu traktować w stu procentach serio. Zresztą, sami zainteresowani, mimo wszystko, chyba też subtelnie puszczali publiczności oczko.Koncert

No i chrzanić to. Tak jak wspominałem, początkowo nie byłem przekonany, brakowało mi czegoś więcej niż wyuczony, powtarzany do znudzenia schemat. Teraz jednak wiem, że ten schemat ma sens, a czy słuchacza tkniesz kijem czy drewnem, nie ma tak naprawdę znaczenia. Tu chodzi o obłęd w oczach perkusisty Trevora Deschryvera – zarówno tych prawdziwych, jak i tych wytatuowanych na klatce piersiowej; o kadzidełka, lampeczki, przechadzki wśród dymu po scenie; wreszcie o najważniejsze – o samą muzykę, choć ta obdarta z tych wszystkich dodatków miałaby znacznie trudniej się obronić.

Występ Wolves In The Throne Room poprzedzał krótki, ale bardzo intensywny koncert Wiegedood. Belgowie, w przeciwieństwie do WITTR, postawili na prosty, pierwotny black metal. Nie bawili się w specjalnie wyszukane patenty wizualne, wręcz pod tym względem prezentowali się nudno. Obronili się jednak zarówno niezłym wykonaniem (dominował, co logiczne, materiał z ostatniego albumu – jak się okazało świetnie skrojony pod scenę) i zaskakująco dobrym, bardzo klarownym brzmieniem.

Na samym początku na deskach Firleja miał okazję zaprezentować się jednoosobowy projekt XAO, jednakże załapałem się jedynie na samą końcówkę.

Pstrykał, słuchał i komentował Michał Fryga