ULVER – Złoty środek

Jesteśmy raczej zgodni – Ulver zaprezentował we Wrocławiu naprawdę nieprzeciętne show. Jest ziarno prawdy w narzekaniach na przeładowanie tego koncertu efektami świetlnymi i na wokalne niedomaganie Garma, mimo wszystko jednak: Norwegowie nie zawiedli. Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że w zestawieniu z bliskim ideału „The Assassination of Julius Caesar” zblednąć musi niemal wszystko. Perfekcji nie odnotowano, było natomiast bardzo, bardzo dobrze.

A: Zacznę może nietypowo, bo od wniosków. Po polskich koncertach Ulver zauważyłem wyodrębnienie dwóch głównych frakcji słuchaczy: jedna z nich zachwycona jest całym tym spektaklem proponowanym przez Norwegów i mile zaskoczona wykonawczą precyzją niewyzbytą momentów awangardy. Twierdząca, że to niechybnie jeden z koncertów roku. Druga – nieco bardziej sceptyczna, narzekająca na niedostatki wokalu oraz przykrywanie wszelkich niedostatków grą laserów. A jakie jest twoje zdanie?

M: Wiesz, gdy zobaczyłem fragmenty koncertów z Trójmiasta i Warszawy, przede wszystkim byłem pod wrażeniem oprawy wizualnej, ale z drugiej strony obawiałem się, że Garm wokalnie może nie podołać. Okazało się, że wszystkie te lasery-bajery na żywo prezentują się jeszcze okazalej, a wokalista Ulver nawet, nawet dawał radę. No, przynajmniej zazwyczaj, bo cover „The Power Of Love” wyszedł mu akurat bardzo przeciętnie. Jeśli zatem miałbym się spróbować umieścić w którejś z tych grup, bliżej mi chyba do tej pierwszej.

A: Ja akurat celowo odpuściłem oglądanie wideo z wcześniejszych koncertów. Byłem ciekaw, na ile to wokalne niedomaganie jest faktem, a na ile – marudzeniem spowodowanym oczekiwaniem perfekcji rodem z płyty. Moim zdaniem Garm dał radę, chociaż momentami tych chórków, jakiegoś drugiego dna, rzeczywiście zabrakło. Jak w „Rolling Stone” czy „1969”.

M: To prawda, ale i tak trzeba przyznać, że muzycy Ulver wyraźnie przyłożyli się aranżacyjnie. Nowe utwory brzmiały jednak inaczej, niż na płycie, zespół uciekał często w rejony, w które w studiu się nie zapuszczał. Wszystko to sprawiło, że Ulver balansował gdzieś pomiędzy pełnym tęsknoty i smutku popem a dyskoteką wróżącą koniec świata.

A: Ja ubolewałem chwilę, że mój chyba ulubiony numer z płyty – „Rolling Stone”, tak cudownie magnetyczny i dopełniony pięknym refrenem, tutaj zabrzmiał bardzo zachowawczo. Ale z drugiej strony – pomyślałem – lepsze to, niż zupełna profanacja, która mogłaby mieć miejsce, gdyby Garm zapragnął nagle wyciągać wszystkie góry. Dobrze jest znać swoje ograniczenia. Tak, ta nieoczywistość parę razy dała o sobie znać, zwłaszcza w „Coming Home”, choć nie tylko. Mimo wszystko – ja akurat odniosłem wrażenie, że muzycy skupili się głównie na oddaniu ducha nagrań. Bez szaleństw.Ulver Tarakum

M: Fajnie, że chłopakom udało się znaleźć ten złoty środek, czyli zachować pierwotny charakter tych utworów, a przy tym tchnąć w nie trochę nowego ducha. Masz rację, momentami Ulver brzmiał jakby nieco zachowawczo, ale warto podkreślić w tym miejscu słowo momentami. Generalnie całe show – bo chyba tak można o tym koncercie mówić – było wykonane całkiem precyzyjnie, zespół brzmiał dobrze i co najmniej równie dobrze wyglądał. Pewnie, można narzekać, że bez tych laserów i wizualizacji koncert straciłby co najmniej połowę swojej mocy (tak lekko), ale czy jest jakikolwiek sens takich dywagacji? Skoro grupa ma pieniądze, chęć i możliwości by z takim pietyzmem przygotowywać swoje występy i w ten sposób je przyozdabiać, nie mam żadnych przeciwwskazań. Zwłaszcza, że bronią się przy tym jako zespół muzyczny, po prostu.

A: Racja, ta otoczka wynosi całość do rangi wydarzenia – czegoś powyżej „zwyczajnego” koncertu. Inna sprawa, czy nie lepiej byłoby te środki zainwestować np. w jakieś skromne chórki… Nieważne. Show prezentowane przez Ulver należy do imponujących, a co najważniejsze – nie ginie w nim aspekt muzyczny. Jak widział ci się występ Stiana Westerhusa, tak przez wielu chwalonego?

M: Jako miły dodatek i bardzo fajny, płynny wstęp do koncertu Ulver. Ile chłop grał? Piętnaście,może dwadzieścia minut. Trudno to ocenić, ale muszę przyznać, że było w tym coś intrygującego i niepokojącego. Krótko, gwoli podsumowania – to fajny ten Ulver czy niefajny?

A: Fajny, fajny. Cieszy, że zagrali całość materiału z płyty plus piosenki z nowej ep-ki; dzięki temu sztuka zyskała znacząco na spójności. Niektóre numery nie brzmiały może idealnie, inne („Transverberation”) były lepsze, niż na płycie, a ten „Coming Home” nabrał już zupełnie nowego wymiaru. Szkoda, że ten Juliusz Cezar tak bliski ideału, bo teraz wszystko z nim zrównane jakoś blednie… A przecież bardzo dobry to był koncert. Co sądzisz?

M: Tak, dobry. Bardzo dobry.

Uwagami z potańcówki dzielili się Adam Gościniak i Michał Fryga

Zdjęcie (Gdańsk): Karol „Tarakum” Makurat/Tarakum Photography