ULVER – brutalniejsza wersja bardziej pożądana…

Ulver, Fennesz, Blindead, Proghma-C, Warszawa, Palladium, 18.12.2010.

Po raz drugi w tym roku w Polsce zagościł norweski przedstawiciel black metalowej awangardy, czy może lepiej awangardowo – elektroniczny projekt z black metalowymi korzeniami. Te ostatnie są w zasadzie teoretyczne, zaś sam koncert zaliczyć można do bardzo mocnego akcentu kończącego 2010 rok. Oby była to dobra prognoza na nadchodzące miesiące…

Przed rozczarowaniem i pretensjami o każdy szczegół występu Ulver – a takich naczytałem się już całkiem sporo –  uchronił mnie być może prosty fakt: fanatykiem Ulver nie jestem i szedłem na koncert bez jakichkolwiek oczekiwań. Spodziewałem się jedynie nawału elektroniki i raczej spokojnych, muzycznych medytacji, otrzymałem zaś całkiem konkretny atak ocierający się z jednej strony o noisowy ambient a z drugiej transowy, rockowy walec. Który przejechał się z hałasem po zaskakująco licznie zgromadzonej publiczności. Na szczęście, tradycja chodzenia na koncerty nie przegrała jeszcze z tradycją siedzenia w Internecie…

Ulver, czyli w zasadzie Kristoffer Rygg alias Garm nie należy do koncertowych pewniaków. Po pierwsze, każdy zna awersję rzeczonego pana do występów, po drugie, bogactwo płytowe Norwegów bardzo trudno oddać na żywo. Dlatego bardzo ucieszył mnie fakt, że Ulver podszedł do swoich utworów podobnie, jak SWANS na całkiem niedawnych, polskich koncertach –  wykorzystał swobodnie tematy, tworząc z nich nową jakość, pokazując, że na żywo także można bawić się w poszukiwania nowych dźwięków. Z całkiem dobrym skutkiem. Scena – zbyt wysoka, szczególnie, jak chce się robić jakieś zdjęcia – zawalona wszelakiego rodzaju sprzętem – samplery, ogromny, orkiestrowy kocioł, zestaw perkusyjny, gong, klawisze, czego tu nie było… Lider upodobał sobie miejsce z prawej strony, skąd prowadził, w zasadzie sam ze sobą, monolog, czasami kierując słowa do publiczności. Podobało mi się bardzo, że występ  nie był do końca wyreżyserowany; chociażby sytuacja przed kawałkiem „Little Blue Bird”, gdzie Garm, wiedziony wyczuciem, zwrócił się do audytorium z pytaniem, czy woli mocniejszą czy raczej lajtową wersję wizualizacji. Ludzie wybrali – rzecz jasna –  pierwszą opcję i dlatego w tle wspomnianego kawałka zobaczyliśmy ujęcia dokumentujące przemówienia führera, zdjęcia z obozów zagłady, słowem, faktycznie mocny stuff. Równie dosadne, żeby nie powiedzieć kontrowersyjne filmiki towarzyszyły utworom z mojej ulubionej płyty „Blood Inside” (min. „For The Love” i „Operator”).  Koncert opierał się głównie na ostatnich trzech krążkach (z najbardziej wyczekiwanej „Predition City” usłyszeliśmy min. świetnie zagrany „Hallways of Always”, „Shadow Of The Sun” reprezentowały „Eos” otwierający koncert i „Let The Children Go”), zaś samo wykonanie, dalekie od studyjnych pierwowzorów, opierało się z kolei na ciekawej polaryzacji na linii ambientowe i elektroniczne poszukiwania – perkusyjna kanonada. Moim zdaniem, koncert wypadł doskonale przede wszystkim ze względu na żywego perkusistę (swoją drogą – zagrał doskonale…) i świetnie dobrane i doskonale zsynchronizowane wizualizacje (przykład – w kawałku pojawiają się samplowane trąbki, na ekranie widzimy ludzi grających na instrumentach dętych…). Muzycy raczej statyczni, szukali najwłaściwszych brzmień, często improwizując, doprowadzając muzykę na skraj kakofonii. A głośno było okrutnie! Zdecydowanie był to Ulver drapieżny, oparty na mocnych brzmieniach, wpadających w popularne jakiś czas temu „kwasy”, co w kilku miejscach zaowocowało genialnymi dialogami bębniarza z techno – bitami.  Jak na zespół głównie studyjny trzeba przyznać, że grupa zaprezentowała się nader sprawnie, precyzyjnie brnąc przez gąszcz dźwięków. Spodziewałem się przynudzania a otrzymałem mocną, interesującą sztukę, swobodnie łączącą elektronikę i żywe instrumenty. Pod koniec koncertu Garm rozbrajająco zapowiedział, że schodzą ze sceny, bo… nie mają już nic do zagrania. Szczerość to szczerość.

Drugim (zarówno jeśli chodzi o kolejność, jak i jakość…) punktem wieczoru był niewątpliwe recital Blindead. Formalnie rzecz ujmując, mieliśmy do czynienia z release party nowej płyty i w związku z tym zespół zdecydował się na krok dość karkołomny – zaprezentował z małym wyjątkiem cały krążek wraz z wszystkimi ozdobnikami. Owym wyjątkiem, wynikającym z ograniczneń czasowych, był „So It Feels Like Misunderstanding When”.  Dzisiejszy Blindead to wielki konkret, potężne brzmienie, przestrzeń, znakomita elektronika, doskonałe, współgrające  wizualizacje.  Coś pomiędzy patosem Neurosis, transem ISIS i melancholią Ewy Braun. Jeśli czegoś mi brakowało, to jeszcze większej dbałości o wizerunek. Przy tak wyrafinowanej i – powiedzmy to uczciwie – bezbłędnie odegranej muzyce, warto pomyśleć o czymś na kształt performance wzbogaconego o elementy aktorskie, bo zwykłe t – shirty w kontekście muzyki są lekko passe. Te drobne braki nie zmieniają faktu, że Blindead to dzisiaj jeden z najlepszych zespołów koncertowych w Polsce a warszawski występ potwierdził słuszność obranego kierunku.

Niestety, aż tak dobrych odczuć nie wywołały pozostałe dwa supporty. Otwierający koncert zespół Proghma – C, choć należy do moich ulubionych wykonawców w post metalowej działce, nie sprostał zadaniu. Może zawiodło brzmienie, może za duża była scena albo trema? Fakt, że muzyka nie „kleiła” się tak, jak na płycie. Zupełną porażką był za to w moim mniemaniu występ Fennesza. Austriak, ze swoim laptopem i gitarą tworzył ambientowe, elektroniczne pejzaże, momentami ocierające się o kakofonię. Muzyka, która zdecydowanie lepiej sprawdza się w domowym zaciszu…

Świetny koncert na zakończenie roku – pomyślałem, wychodząc z klubu.  Niestety,  nieco zaczadzony, bo, jak pokazuje praktyka, wydany całkiem niedawno zakaz palenia w miejscach publicznych to kolejny, martwy przepis. Cóż, taki już urok tego graj – doła…

Tekst i zdjęcia Arek Lerch