TRIPTYKON – Artysta twórczy

Znajome swędzenie ekscytacji towarzyszyło mi od kiedy dowiedziałem się, że posiadacz najbardziej kultowej czapki w historii black metalu zagra w mojej wsi.W dodatku w naprawdę znakomitym towarzystwie. A dobry zestaw supportów w dobie powszechnego „pay to play” jest zawsze godny pochwały. Żaden z trzech towarzyszących Triptykon zespołów nie jest bliskim krewnym Celtic Frost, ale każdy z nich wisi Tomowi Fischerowi co najmniej parę zgrzewek Feldschlösschenów. Jak było na gdańskiej odsłonie trasy? Poczytajcie.

Triptykon, Secrets of the Moon, Mord’A’Stigmata, Blaze of Perdition. 19.03.2017, Gdańsk, klub B90.

Coś specyficznego działo się na koncercie Blaze of Perdition. Wiadomo, że funkcja otwieracza koncertu jest zazwyczaj niewdzięczna (chyba, że ktoś, jak niżej podpisany, chce „mieć z głowy”), ale pojawiła się jakaś bariera, która odgrodziła odbiorców od zespołu… W każdym razie jednego odbiorcę, ale wrażenie mogło być powszechne, co potwierdzały kurtuazyjne oklaski. Zgadzało się wszystko, może poza nagłośnieniem, które w szybszych momentach pogrążało riffy w nieczytelnym zgrzycie. Grał dobry zespół z dobrymi utworami (głównie tymi z „Near Death Revelation”), nawet autyzm Enigmatycznego Rattenköniga wypadał fajnie. Mimo to pozostałem z poczuciem, że obejrzałem w gruncie rzeczy fajny koncert, ale coś nie „kliknęło”. Może następnym razem zaskoczy?

Występ Mord’A’Stigmata był nie tylko najlepiej nagłośnionym, ale i, moim zdaniem, najlepszym supportem tego wieczoru. Materiał ze świeżutkiego „Hope” łączy zawiesiste błoto black/sludge’owego klimatu ze stosowną dawką chwytliwości i doskonale sprawdza się na żywo mimo, że nie jest typowym pogonośnym metalem. Mam wrażenie, że Static i koledzy płynąc przed siebie oskrobują się ze zbędnych pąkli. Wizerunek mają taki, że go właściwie nie mają, zniknęły nawet modne ostatnio kaptury. Konferansjerki jak nie było, tak nie ma. Gatunkowa przynależność w obrębie metalu rozmywa się, podczas gdy kurs emocjonalny się zaostrza. Na etapie „Ansia” zostałem fanem i z każdym kolejnym koncertem/wydawnictwem upewniam się, że to zespół dla mnie.T3

Koncert Secrets of the Moon miał jakby dwie prędkości – tę rockowo/gotycką, wyznaczaną przez numery ze znakomitej płyty „Sun”, i tę blackmetalową, wynikającą z przeszłości, która w moim odczuciu wlecze się jak nadbagaż. Wiem, że tamto oblicze ma swoich fanów, i zdaję sobie sprawę, że nowe lawiruje na granicy kiczu, a może i poza nią. Być może podświadomie przepraszam się na starość z „klimatycznym metalem”, którym brzydziłem się za młodu? Tak czy siak, podoba mi się melodyjność i klimat nowszego wydania Secrets of the Moon, które brzmi jak Christian Death grany przez średniostarą Katatonię. Na tle „Men Behind the Sun” czy „No More Colours” momenty blastowo-charczące brzmiały kanciasto i trochę psuły ten, bardzo dobry przecież, koncert.

Podczas oglądania koncertu Triptykon naszła mnie mało odkrywcza myśl, że Thomas Gabriel Fischer to jedyny ze swojego pokolenia „pionierów”, który (oprócz tego, że przeżył) wciąż jest artystą faktycznie twórczym, a jego obecna muzyka nie jest marnym echem dawnej chwały. Utwory Triptykon są integralną częścią koncertowej setlisty, a nie tylko smutnym naddatkiem do klasyków Celtic Frost. I odwrotnie – „Procreation of the Wicked”, „Circle of the Tyrants” czy „Ain Elohim” przypominają kiedy uszyto sztandar, który Tom Wojownik dzierży do dziś. Założę się o moją kasetę „Cold Lake”, że pod tą czapką nigdy nie urodzi się pomysł na reaktywację Celtic Frost ani jubileuszową trasę na sześćsetlecie „To Mega Therion”. Triptykon żyje, tworzy i rozwija charakterystyczny styl swojego poprzednika. Ten kierunek może się podobać lub nie, trudno też oczekiwać, że np. „Melana Chasmata” uruchomi jakiś nowy nurt w metalu, ale Wkurwiony Tom nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mocy „The Prolonging” czy „Tree of Suffocating Souls” nie ubiły nawet starania akustyka, który troszcząc się, aby gwiazda wieczoru wybrzmiała najgłośniej ze wszystkich, zapomniał o selektywności.T1

Dotarły do mnie głosy, że trójmiejska publiczność jest rozpuszczona nadmiarem koncertów i w ogóle „się nie bawi”. Co ciekawe często takie jęki artykułują ci, którzy sami podpierają ściany w milczeniu sącząc piwo z plastikowego kubka – wszak z perspektywy centrum moshpitu każdy koncert wygląda jak dzicz niestworzona. Może niektórym marzy się powrót do 2005 roku, okazjonalne lokalne koncerty organizowane w przypadkowych dyskotekach i popylanie do Warszawy na „coś większego”. Oczywiście, diagnoza co do zmanierowania jest słuszna. Istotnie, jest tych koncertów sporo i każdy kolejny nie generuje już takich emocji. Z każdej sytuacji jest jednak wyjście. Można nie chodzić na koncerty, skoro tam tak smętnie. Można zasuwać autokarem na drugi koniec Polski w ramach „ahoj, przygodo”, gdzie indziej na pewno jest lepiej. Wreszcie można samemu rozkręcić „ścianę śmierci” pod barierkami zamiast oczekiwać, że zrobią to za mnie o połowę młodsi, a ja postoję z boku i się pozachwycam. A najlepiej jest ograniczyć liczbę problemów pierwszego świata do naprawdę niezbędnego minimum.

Komentował Bartosz Cieślak (Gdańsk)

Zdjęcia (Warszawa): Kara Rokita