TORCHE – miły wieczór…

Co można robić w piątkowy wieczór? Np. udać się na fajny koncert. Takich w Warszawie nie brakuje, w zasadzie staliśmy się zagłębiem imprezowym i każdy może grymasić, wybierając coś dla siebie spośród różnych, mniej lub bardziej istotnych wydarzeń kulturalnych. Zatem trudno się dziwić, że Hydrozagadka nie pękała w szwach, ale i tak było bardzo miło. Przy okazji – po raz kolejny – warto skomplementować sam klub, będący w tej chwili jedną z lepszych alternatywnych lokalizacji na warszawskiej Pradze. Która cały czas zachowuje swój, hmmm, klimat… 

Torche, So Slow, Warszawa, Hydrozagadka, 20.11.2015r.

Z koncertami So Slow jestem za pan brat. Ten supportowy, przed Torche, był entym jaki widziałem, więc bardziej niż na tym co grano skupię się jak grano i jakie miałem z tym związane przemyślenia. Na pewno widoczne jest to, że ten zespół robi się coraz bardziej eklektyczny, czerpie ze wszystkiego, mieli to na własną modłę i sprzedaje w postaci neurotycznej, niepokojącej i irytującej mieszanki. Mieszanki, która albo wchodzi i niszczy, albo – no właśnie – irytuje i wkurwia. Najgorsze są podobno te emocje nijakie, więc to chyba dobry prognostyk. Przykład? Melodie – używanie słów wytartych typu niepokojące/intrygujące/zaskakujące to trochę jak opisanie Ferrari, że jest szybkie… So Slow coś w sobie ma; nawet jak nie jesteś fanem takiego grania to i tak się gapisz i słuchasz bo coś Cię uwiera, coś zastanawia „a czemu tak?” – mi to pasuje, nie dlatego wbrew pozorom, że znam typów, ale dlatego, że „odklejenie” na ich gigu jest tym co robi robotę.so slow

Tym razem brzmieli dobrze, nie tak dobrze jak Torche, ale wszystko co trzeba było słyszeć usłyszałem. Osobna bajka to wokalista; mój tata określiłby jego zachowanie jako „piórko w dupce” – przy dosyć statycznej reszcie składu frontman zachowuje się jak spuszczony ze smyczy dziki zwierz. Nie za bardzo groźny, nie za bardzo agresywny, ale na bank nieprzewidywalny. Imponujące są pomysły na  wokale – słychać, że to jest osobna bajka, która klei się z muzą zadziwiająco dobrze. A przy tego typu muzyce to nie jest takie oczywiste. Dobrą robotę robił też Rafał Wawszkiewicz (Merkabah) – Pan z saksofonem – szczególnie gdy opuszczał bezpieczne rejony ustalonych aranżacji i oddawał się niczym nieskrępowanemu jazgotowi. Którego nie rozumiałem, ale mi się podobał. Dobry koncert, ciekawe w jaką stronę ten zespół pójdzie. Oby w taką, której się nie spodziewam. (Janek Fronczak)Torche

Pochodzący z Miami Torche to już spory szmat muzycznej historii. Powstali w 2004, na koncie mają cztery płyty, w tym najnowszą, wydaną przez molocha Relapse. I choć mogłoby się wydawać, że teraz ich kariera powinna nabrać tempa, mam wrażenie, że mają ciut pod górkę. Kolega określił to dosadnie – gdyby zespół przyjechał do Polski w 2009 roku, byłby szał i ścisk w klubie, jednak w 2015, kiedy sludge, mocny motoryczny rock z przyległościami trochę się przejadł, reprezentowany przez setki jeśli nie tysiące lepszych i gorszych składów, Torche po prostu zniknął w tłumie. I to było widać w Hydrozagadce – szału frekwencyjnego nie było, choć może dzięki temu na koncercie – tak wiem, to straszliwy synonim słowa „pustka” – byli tylko i wyłącznie świadomi fani. Co jeszcze mnie zafascynowało? Pogodne nastawienie Amerykanów. Grają gdzieś w środku Europy, na jakimś zadupiu a jednak mordy im się cieszą, nie ma śladu ew. (może nawet uzasadnionego…) rozczarowania. Po prostu wychodzą i napieprzają najlepiej jak potrafią. Widać, że są świetnie zgrani, także z własnymiTorche 1 instrumentami, bo brzmienie jakie wydobywali, było tego wieczora autentycznie znakomite. Kiedy spozierałem na wesolutką buźkę Andrew Elstnera, wiedziałem, że jest dobrze. Sam zespół – uosobienie amerykańskiego, ulicznego luzu. Załoganci co spędzają kupę czasu w drodze, w skłotach i raczej bliżej im punka niż mainstreamu. A to cieszy. Ciśnie mi się na usta słowo „pocieszni”, szczególnie nieco misiowy (piwko, piwko!!) pałker takie sympatyczne uczucia budził. I cały koncert taki był – dynamiczny, napakowany energią, dobrą zabawą i muzyką, która zdradzała bez problemu korzenie (czyli Sabbath nadal żywy), ale było też sporo psychodelicznych rozwałek, fajnych melodii, choć dzisiaj, trochę brakuje mi rozmachu, jaki można było usłyszeć na „Meanderthal”. Z wiadomych powodów usłyszeliśmy trochę kawałków z najnowszej, promowanej płyty Restarter, parę staroci, słowem, bez jakichś strasznych zaskoczeń, solidnie, mocno i z polotem. Jest takie straszne określenie „solidna druga liga”, ale chyba w przypadku Torche nie jest to obraźliwe. Dobrze im tam gdzie są i może jeszcze przyjdzie ich czas. Na co będę czekał. (Arek Lerch).

Kolektywna relacja: JF+AL.

Zdjęcia: Janek Fronczak