TIMBER TIMBRE – Nieoczywista jakość

Bardzo często idąc na koncert mamy w głowie wyobrażenie jak może zaprezentować się dany wykonawca. Często konfrontacja ze stanem rzeczywistym bywa bolesna, dlatego osobiście lubię sztuki, na które udaję się kompletnie bez żadnych oczekiwań czy wizji. Tak było z Timber Timbre. „Sincerely, Future Pollution”, nowa płyta Kanadyjczyków została w naszym serwisie bardo wysoko oceniona przez Adama Gościniaka, który także pojawił się w poniedziałkowy wieczór w stołecznej Proximie i z którym poniżej dyskutujemy o tym, co zobaczyliśmy. Wbrew teoretycznym obawom, było całkiem rockowo, momentami hałaśliwie i na pewno nie był to stracony wieczór.

Timber Timbre, Chris Cundy, Warszawa, Proxima, 25.09.2017r.

AL: Minęliśmy się wczoraj, panie kolego w Proximie. Ale z tego co wiem, byłeś wcześniej, czyli uratowałeś honor Violenca, który notorycznie spóźnia się na supporty…

AG: Zgadza się, miałem przyjemność widzieć ten dziwny spektakl zaprezentowany przez Chrisa Cundy’ego… Jegomość ów, zaopatrzony w klarnet basowy, stworzył jednoosobowe, przedziwne misterium. Pomyślałem o Twin Peaks, ale przecież to tak utarty trop. Później stwierdziłem, że gdyby taka muzyka wdarła się do jakiejś wizji ćpuna, ten mógłby naprawdę się przestraszyć. Koncert pełen krótkich, rwanych dźwięków, które jakby zderzały się ze sobą, budując jakąś drżącą, wibrującą całość. Przyznam, że nie należał ten koncert do najłatwiejszych w odbiorze, ale… podobał mi się. Ostatni utwór to już takie klarnetowe disco – rzeczTT2 niebywała. Wyczytałem później, że był to pierwszy solowy występ Cundy’ego kiedykolwiek. Nie do wiary. Jeżeli tak, tym bardziej czapki z głów.

AL: A ja myślałem, że to będzie jakiś tamtejszy Zimpel. Z drugiej strony, trochę mam przesyt dętymi, bo cała alternatywa ich ostatnio używa i próbuje improwizować. Oczywiście, jak ktoś robi to po mistrzowsku, to czemu nie. W każdym razie, support jak support, tradycyjnie musiałem przegapić i wszedłem do klubu, kiedy wszyscy przestępowali z nogi na nogę, czkając na TT. Przyznam, że ludzi jakoś strasznie dużo nie było. A szkoda…

AG: Już po fejsbukowych polubieniach w liczbie 300 (wiem, marny wyznacznik) można było wyczuć, że to jakaś ostra alternatywa. Mimo wszystko – nie było źle. Masz rację, w poniedziałkowy wieczór o ścisku w Proximie nie było mowy. Nie mam oka do takich wyliczeń, ale… myślałem, że będzie tych ludzi więcej. Chociaż TT wydawali się zadowoleni z reakcji tłumu, nie wiem, jak oni na co dzień stoją z frekwencjami.

AL: Przyszło mniej więcej standardowo, czyli jakieś 80% z tych co zdeklarowali się na evencie fejsbukowym. Jeśli chodzi o frekwencję na Timber Timbre, cóż… wydaje mi się, że nie jest to zespół, który elektryzuje i przyciąga tłumy. Dlaczego? Może dlatego, że wyglądają tak bardzo zwyczajnie. Byłem ostatnio na Soundrive i tam zobaczyłem co to znaczy kreacja sceniczna. TT wyglądają jak stateczni panowie, a Taylor, który aspiruje do pozycji barda z charyzmą, powinien KONIECZNIE, od razu i w trybie pilnym udać się do fryzjera, bo jeśli coś mnie na tym koncercie wk…, to właśnie relacja „fryzura lidera vs jego zachowanie”. Ale nie chcę być złośliwy, bo sam łysieję (śmiech).

AG: O jakim konkretnie wykonawcy mówisz w kontekście tej kreacji scenicznej? I mówisz jako o czymś dobrym, czy jednak nie do końca? (śmiech) Racja – w kilku miejscach gestykulacje przywodziły na myśl… Girę może? Takiego uduchowionego przewodnika czy szamana. Magia (albo jej liche przejawy) działa się jednak tam, gdzie kończyła się choreografia i jakakolwiek kalkulacja. W sumie już podczas przedłużonego intro do numeru tytułowego z „Sincerely, Future Pollution” byłem niemalże pewien, że to będzie dobry koncert.

AL: A nawet o Kamińskim, choć na Soundrive mało było „normalnych chłopaków z sąsiedztwa”. Ale żeby nie było, moje przytyki do wyglądu absolutnie nie zmieniają faktu, że był to udany koncert. Choć, w przeciwieństwie do Ciebie, początek akurat nie napawał mnie optymizmem. Zespół ewidentnie miał problemy na scenie, coś z odsłuchami, kablami, „przody” skrzypiały i pierwsze dwa numery poszły w zasadzie na „ustawianie się”. Nie wiem, co robili na próbie w takim razie. Ale gdzieś od trzeciego numeru wszystko było już w normie. No, może poza miernymi światłami, bo to one odpowiadały za lekko mdły klimat wizualny. Na szczęście, zespół nadrabiał atmosferycznymi i mrocznymi brzmieniami. Co ja mówię – BRZMIENIAMI!

AG: To znaczy – i ja zauważyłem pewne zgrzyty, jakiś brak selektywności brzmienia, ludzi biegających po scenie… Mimo wszystko, skupię się na tym rozciągniętym intro. W tym niemal shoegaze’owym zamgleniu była zapowiedź ton zawiesistego klimatu, o których wspominasz. Ja stałem gdzieś w kącie i stamtąd światła – ascetyczne, mizerne, sztuk trzy – wydały mi się idealnym tej atmosfery dopełnieniem. A raczej rzadko zwracam uwagę na podobne kwestie. No dobrze – początkowo przeważał materiał z najnowszego LP. Pomyślałem, że miło, że tak w niego wierzą (słusznie przecież!), by z czasem, wraz z rozwojem zdarzeń, dopuścić do siebie ewentualność, że rzucając go na wstęp, potraktowali jako swego rodzaju przystawkę, z którą należy się uporać przed przejściem do dania głównego. A Tobie które wrażenie jest bliższe?TT

AL: Przyznam, że na początku skupiałem się głównie na technicznych aspektach. Zestaw pałkera, klawiszowa ambona itp. I na pomyłkach rzeczonego fizycznego, bo momentami miałem wrażenie – znowu na początku – że jakoś średnio się zgrywał z resztą. Znowu się czepiam, wiem, ale to już koniec (śmiech). Bo kiedy się już dograli, opanowali brzmienie i scenę, zażarło tak, że całość zlała się w jeden wielki, transowy rytuał. No, może mogli połączyć wałki, żeby nie było przerw (czasami za długich z punktu widzenia dramaturgii – znowu czepialstwo…), ale to detale. Pomijając wszystko, w tym tracklistę – bo nie jestem psychofanem TT – to co mnie zauroczyło, to fakt, że na żywca TT brzmiał niczym wczesne, surowe wcielenie The Bad Seeds. Nie możesz się nie zgodzić (śmiech).

AG: Ja, odnośnie pałkera właśnie, chciałbym napisać, że materiał z „Sincerely Future Pollution” odegrany został z zaskakującą, rockową prostotą. Podejrzewam, że był to zamysł grupy, a nie zachcianka instrumentalisty, ale mimo wszystko… przy odrobinie chęci i lekkim skomplikowaniu swoich partii perkusista mógłby chociaż częściowo odtworzyć ten chłodny klimat nagrań. Takiej zawiesistości zabrakło chociażby w „Western Questions”, przyspieszonym tak, że syntezatorowe outro nie wybrzmiało równie potężnie, jak na płycie. Ale to niuanse. Rzeczywiście, pałker się mylił – zauważyłem nawet kilka skierowanych w jego stronę, skonsternowanych spojrzeń… I nie wiem, czy po prostu powinęła mu się noga, czy sprawdzał kolegów (śmiech). Co do transu, pełna zgoda. Zwłaszcza, jeśli mowa o materiale z „Hot Dreams” i dopełnieniu całości pysznym saksofonem…

AL: Saksofonista dawał radę, szczególnie w tych momentach, kiedy porzucali nowofalowe zimno i kejwowski mrok na rzecz awangardowych odjazdów. Tych była idealna ilość: nie za dużo, żeby nie zmęczyć, w sam raz, tak dla smaku. Co do wspomnianego garowego – wydaje mi się, że pomijając zwałki, zagrał bardzo fajnie, oszczędnie, prosto, tak, żeby nie wpieprzać się między wódkę i zakąskę. Miał trochę elektronicznych bajerów, ale też ich nie nadużywał. Zwróciłem uwagę na gitarzystę, który parę razy popisał się świetnymi zagrywkami i nie mówię tu wcale o wibrującej americanie. Wrócę obsesyjnie do mojego porównania. Trochę smutno mi się zrobiło, kiedy uświadomiłem sobie, że Cave już nigdy tak nie zagra, bo oddał władzę Warrenowi Ellisowi. Timber Timbre godnie wskrzeszają tego ducha. Momentami pojawiały się nawet całkiem chwytliwe refreny!

AG: Szczerze mówiąc, fajnie, że to tak połączyli i Candy najpierw gra support, a później dopełnia brzmienia TT w około połowie piosenek (bardzo dużo tych łączonych utworów było). Zasługuje ostatecznie na audytorium szersze, niż te dwadzieścia osób, co stało pod sceną podczas jego solowej sztuki. Pomijając już wartość jego własnego materiału, muzykiem jest dobrym i widać, że z Timber Timbre współpracuje scenicznie od jakiegoś czasu. Naprawdę żarło to jak należy. I masz rację – te prostsze, bardziej stonowane momenty (ze dwa razy pomyślałem o Morphine, gdy tak bujało) brzmiały dobrze, ale odjazdy i lekkie improwizacje to była sól tego koncertu. Porównanie o tyle ciekawe, że na TT z tej akurat strony nigdy wcześniej nie patrzyłem. Zdaje się, że robią coś swojego, co skutkuje całą mnogością i różnorodnością porównań… A refrenom, chociaż te nie są chyba dla Kanadyjczyków celem nadrzędnym, rzeczywiście nie można niczego zarzucić.

TT1AL: Ha, z Morphine trafiłeś w punkt, też o nich podczas koncertu pomyślałem. Ogólnie, ten koncert pozwolił mi zupełnie inaczej spojrzeć na TT. Przyznam, że wydawało mi się, iż brzmią bardziej syntetycznie, tymczasem przyjemnie się rozczarowałem. Pomijając te wszystkie detaliki, pomyłki, był to bardzo naturalny, świeży set dobrego zespołu. Choć mam też wrażenie, że jest to skład typowo klubowy. Patrząc na nich uświadomiłem sobie, że kompletnie nie nadają się na duże festiwale. Pozbawienie ich tego elementu intymności zniszczyłoby cały wizerunek. A może się mylę…

AG: O ich klasie świadczy to, że jedni (jak Ty) będą upatrywać w nich nienachalnych następców legend, inni (jak ja) – jakiejś nowej, ekscytującej nazwy, będącej gwarantem pewnej jakości, chociaż nieoczywistej (bo przecież nie wiadomo, jakie będą ich kolejne kroki…). I wszystkie te twierdzenia będą miały swoje solidne podstawy. Mnie też lekko ich brzmienie zdziwiło, ale, jak wspominałem, przez odpuszczenie oglądania urywków na YT pozostawiłem sobie spore pole na zaskoczenie. Z klubami to raczej racja, a jeśli już festiwal, to raczej mała scena, jakiś namiot, najlepiej po zmroku.

AL: Zdecydowanie. I powinni zatrudnić gościa od wizualizacji, żeby trochę dramaturgię podkręcić. Ale uogólniając, był to bardzo przyzwoity, klubowy szoł, z wszystkimi blaskami i cieniami takich wykonawców. Zamiast bezdusznej perfekcji, naturalny, niepozbawiony szorstkości spektakl. Nikt mnie nie deptał, na parkingu miejsce na auto było (co nie jest normą), dostałem, co chciałem. Koncert roku to nie będzie, ale w pamięci zostanie. Wróciłem na kwadrat zadowolony.

AG: I ja nie będę narzekał, bo dostałem to, czego oczekiwałem. Dobra, bardzo solidna sztuka z momentami czegoś więcej. Brak wielkich tłumów także znajduję zaletą. Zdziwiło mnie dość szczególne potraktowanie utworów z tegorocznego LP, ale nie była to zmiana jednoznacznie zła – ostatecznie, nie wiem, czy tak wielka dawka melancholii sprawdziłaby się w warunkach scenicznych. Zamazana wspomnianą, rockową prostotą wypadła nieźle. Nie zawiedli.

Koncert komentowali Adam Gościniak i Arek Lerch

Zdjęcia: Grzegorz Szklarek/cantaramusic.pl