THURSTON MOORE BAND – Równowaga

Kiedy lekko ogłuszony wychodziłem z Proximy, akurat obok klubu przejeżdżała trumpowa limuzyna wraz z całą świtą. Gdyby włodarz największego mocarstwa na świecie wiedział, co Thurston Moore wygadywał podczas koncertu na jego temat, pewnie zatrzymałby się, żeby złożyć mu wizytę. Albo chociaż posłałby paru ochroniarzy. Tak czy inaczej, symboliczna chwila.

Thurston Moore Band, Dom Grill, Proxima, Warszawa, 05.07.2017r. 

Zanim ekipa Moore’a wyszła na scenę, zabawiał nas Dom Grill. Co ciekawe, przed koncertem niczego na temat tego projektu nie można było znaleźć. Nie powiem jednak, że jakoś oszalałem – pan z laptopem, który do mrocznych, elektronicznych preparacji dodawał wokalne wariacje. Pomysł nienowy, efekt… cóż, pięć ospałych klaśnięć na koniec było najlepszym podsumowaniem.

Zdziwiłem się, uświadamiając sobie, że ostatni koncert Thurstona miał miejsce już dwa lata temu. Pisałem wtedy o doskonałym secie i iście profesorskiej postawie Moore’a; po wczorajszym koncercie muszę przyznać, że te dwa lata wpłynęły znacząco na artystę i cały skład, bo to co wczoraj w Proximie miało miejsce muszę już dzisiaj uznać – biorąc oczywiście pod uwagę moją słabą aktywność koncertową – za muzyczne wydarzenie roku. Co ciekawe, scena wyglądała niemal identycznie jak pod koniec 2015r. – nawet ustawienie efektów gitarowych było podobne, takoż samych muzykantów; czułem się trochę jak w jakimś wehikule czasu. Na szczęście, to był jedyny element styczny z poprzednim wydarzeniem. Thurston promuje najnowszy album „Rock’n’roll Consciousness” i robi to z wielkim animuszem. Wyraźnie pobudzony, dużo gadał, dyrygował światłami i – co w sumie nie dziwiło – mnóstwo miejsca poświęcił prezydentowi USA, który właśnie zawitał do Polski. Z racji używanego słownictwa, pominę ten wątek, przyznać jednak trzeba, że Moore entuzjastą D. Trumpa nie jest. Żywiołowość byłego sonica była zaskakująca. Zamiast dystyngowanego sterczenia przy pulpicie, szalał niczym punkowiec i wreszcie – na co czekałem z utęsknieniem – pokazał co to znaczy dystorcyjna, atonalna gra w starym dobrym stylu. Czyli wykład trwa nadal, tyle, że stał się o wiele bardziej ogłuszający.Moore (2)

Rzecz jasna, dostaliśmy w pakiecie cały nowy album, ze szczytowaniem w postaci „Turn On” i „Cusp”, choć „Smoke of Dreams” też nie mogę niczego zarzucić. Jak się spodziewałem, odgrywanie nowych numerów, pomijając precyzję, odbyło się w asyście niezliczonej ilości sprzęgów i gwałcenia gitary na wszelkie możliwe sposoby. Tym razem jednak bohaterem była dla mnie sekcja – Deb i Steve pracowali jak doskonale naoliwiona machina, prostotę podnosząc do rangi sztuki. Przy tak precyzyjnym fundamencie, Thurston i James mogli sobie pozwolić na piękne, rozchełstane, dysonansowe dialogi. W zasadzie nie ma się co rozpisywać, tego trzeba po prostu doświadczyć. Momentami czułem sięTMB jak na koncercie SY, ale muszę przyznać, że po rzeczonym widowisku nie tęsknię już za tym zespołem. Momentami grupa wpadała wręcz w ekstazę grając niczym szamani. Gwoli ścisłości, był jeszcze pięknie odegrany „Speak to the Wild” z „The Best Day” a w czasie bisów (były dwa) pojawiła się kompozycja „Ono Soul”. Spontanicznie (jak to z awariami bywa) wypadło żartobliwe pożegnanie rozwalonego kabla gitarowego, interakcja z publicznością była wręcz modelowa. Ta ostatnia nie zabetonowała wprawdzie klubu, ale było wystarczająco dużo luda, żeby muzycy mogli czuć się usatysfakcjonowani. Czy można się czegoś przyczepić? Niestety, nie, w zasadzie nawet ascetyczny wystrój sceny działał na korzyść zespołu, pozwalając skupić się tylko i wyłącznie na dźwiękach. A jeśli już, przyczepię się tradycyjnego braku większej ilości płyt w merchu i skandalicznych cen koszulek.

Łatwo zauważyć, że grupa jest w stanie idealnej równowagi, i nie mam tu na myśli jedynie strony muzycznej; z kilku gestów, jakie zaobserwowałem już poza sceną wnioskuję, że także towarzysko dzieje się między nimi bardzo dobrze. Pozostaje czekać na kolejne ruchy ze strony zespołu i na… wrześniową premierę nowej płyty Lee Ranaldo.

Arek Lerch