THE THURSTON MOORE BAND – Wykład

Przyznam, że mam już trochę dość wysłuchiwania jak to Thurston spieprzył sprawę i przez niego rozpadł się Sonic Youth. Jasne, chciałbym, żeby ten zespół nadal nagrywał, ale może po ponad 30 latach dobrze im to wszystko zrobiło? Może myślę tak dlatego, że słuchając ostatniej płyty Moore’a nie mam kaca a muzyka z The Best Day spokojnie mogłaby zostać opatrzona legendarnym szyldem. Thurston zresztą chyba już „wydobrzał”, przełknął gorzką pigułę pt. „Girl In A Band”, w którym to dziele jego była życiowa i muzyczna partnerka mocno go zboksowała i robi to co potrafi najlepiej – hałasuje. W Proximie sprawiał zresztą wrażenie całkowicie wyluzowanego i wyraźnie zadowolonego z życia.

Różnica między niedawnym koncertem A Place To Bury Strangers i The Thurston Moore Band jest taka jak między imprezą w akademiku a wykłademTMB2 dystyngowanego profesora. Takie właśnie wrażenie zrobił nam mnie Thurston. Wyszedł z uśmiechem na scenę, kulturalnie się przywitał, a następnie wyciągnął gruby kajet, który rozłożył na oświetlonym pulpicie. Może do tego wizerunku nie pasowały trampki, ale czy ktoś wyobraża sobie Moore’a w czarnych, garniturowych butach? Tym razem – w odróżnieniu od lipcowego występu w Pardon, To Tu – zespół w komplecie; to niezwykle miłe uczucie zobaczyć na scenie ½ składu Sonic Youth i ¼ My Bloody Valentine w postaci basistki Debbie Googe. W zasadzie, co mnie w sumie zaskoczyło, był to niezwykle… zwyczajny koncert – skromny sprzęt na scenie, żadnych efekciarskich zagrywek, dymów, mrygających stroboskopów (no, może czasami…). Czterech niezwykle świadomych muzyków i kapitalne dźwięki. Siłą rzeczy pojawiły się kawałki z najnowszej płyty a koncert otworzył rewelacyjny „Speak to the Wild”. Od samego początku skupienie, precyzja i akademickie (!) dawkowanie dźwięku. Byłem zaskoczony, bo nawet w tych bardziej szalonych, improwizowanych momentach słychać było, że wszyscy doskonale się rozumieją, śledząc wzajemnie swoje sceniczne harce. Nic się nie sypało, ale też eksplozje dysonansowych dźwięków miały zupełnie inną siłę wyrazu niż miało to miejsce w przypadku A Place To Bury Strangers; miałem wrażenie, że żaden dźwięk nie zerwał się ze smyczy i nawet wtedy, kiedy Thurston pozwalał sobie na największe szaleństwa, spektakl trzymał się kupy. Ta oszczędność, precyzja i spokój robiły piorunujące wrażenie.TMB

Muzyka była oczywiście niemal w całości trzymana w ryzach zdyscyplinowanego bębnienia Steve’a Shelley, który stał się dla mnie takim Charlie Wattsem alternatywy. Niby prosto, niby banalnie, ale miało to moc, sens a przede wszystkim idealnie napędzało pracę zespołu. Większość uwagi – co zrozumiałe – skupiała się na Thurstonie, ale dla mnie cichym bohaterem koncertu był gitarzysta James Stewards, który spokojnie, może ciut na uboczu, rzeźbił znakomite podkłady i nawiązywał świetne dialogi ze swoim szefem. Może początek koncertu był nieco spokojny, ale w miarę czasu muzyka robiła się coraz bardziej zgrzytliwa, zespół się rozkręcał i choć do końca wszystko pozostało mocno uporządkowane a szaleństwo dokładnie obliczone, nie było wątpliwości, że obcujemy z fenomenem współczesnej muzyki gitarowej. Dla Moore’a każdy, najdziwniejszy dźwięk był oczywisty, grany jakby od niechcenia, ale dokładnie osadzony w czasie. Po tym koncercie utwierdziłem się w przekonaniu, że cała alternatywna i co bardziej pokręcone, indie rockowe rzeczy, bez wynalazków tego pana nie miałyby racji bytu. Z nowej płyty pojawiły się jeszcze „The Best Day” i „Grace Lake”, był też bodajże „Staring Statues” z „Psychic Hearts”, reszta zlała się w jedną wielką, soniczną (ech, dawno tego słowa nie używałem…) ucztę. Na twarzach muzyków zadowolenie, publika szczęśliwa, trochę gadek, żarciki, słowem – Thurston złapał oddech i oby tak dalej.

A na koniec pozwolę sobie na małą niekonsekwencję w stosunku do wstępu, bo gdy po długim, improwizowanym i psychodelicznym temacie Moore z kolegami podziękowali i zeszli ze sceny (oczywiście, były jeszcze dwa bisy…), z nutką nostalgii pomyślałem sobie, co by było, gdyby obok Thurstona na scenie pojawili się Kim i Lee. Cóż, wiem, to nie ma sensu. W każdym razie dzisiejszy poranek rozpocząłem od „The Best Day”. Bo każdy dzień z hałasem jest najlepszy.

Tekst+zdjęcia Arek Lerch

Awatar to oczywiście kawałek plakatu, przygotowanego przez niezrównanego Dawida Ryskiego