THE KURWS – Żarciki i humor

Są koncerty i koncerty. Te duże, oczekiwane i komentowane, ale też te małe, w ciasnych klubiszczach, spełniające wszystkie znamiona podziemnych, alternatywnych imprez, o których w podsumowaniach nikt nie będzie pamiętał, a jednak będących zarzewiem czegoś nowego czy wywrotowego. Taki był warszawski występ The Kurws, promujących wydany pod koniec ubiegłego roku album „Alarm”.

The Kurws, Warszawa, Chłodna 25, 03.03.2018r.

Był to też kolejny występ, na który postanowiłem pójść, głównie dlatego, żeby zrozumieć ideę, jaka przyświeca zespołowi, bo takie projekty zdecydowanie łatwiej pojąć doświadczając muzyki w fizyczny sposób. I po raz kolejny była to trafna decyzja. Ostatnio często chodzę na Chłodną 25 i muszę przyznać, że jest coś przyjemnego w tej miejscówce. Niby ciasno, ale jakoś tak przytulnie i swojsko, niemal squottersko. Miejscówka idealna dla wszelkiej maści eksperymentatorów i szaleńców. Fajnie wypadła tu Purusha, The Kurws także czuli się tu jak w domu. Zespół to zaprawiony w bojach, z prawdziwie punkowym zacięciem włóczący się po bezdrożach Europy i Azji. I to było słychać – luz, zabawa i nieskrępowana radocha z tworzenia poplątanych, powykręcanych dźwięków.the kurws!!

Kurwsi wystąpili w podstawowym składzie, prezentując surową mieszankę hałasu, łamańców i improwizowanych harców rozpisanych na bas, gitarę i skromny zestaw perkusyjny. Niby mało, a dźwiękowo tyle, że głowa mała. I faktycznie, na żywo ta muzyka przybiera bardziej przystępną formę. Prym wiedzie nowofalowo skrzecząca gitara, której wtórują zadziorny, mięsisty bas i szalone wyczyny perkusisty. Co mnie zaskoczyło? Dwie rzeczy – po pierwsze ogromna, faktycznie granicząca z jazzem swoboda wykonawcza. Zespół z finezją obija się po aranżacyjnych zakrętach, szaleje, zacina się, biegnie do przodu, to znowu niemal awangardowo wykręca dźwięki. No i w ciekawy sposób koncertowa wersja The Kurws kojarzy mi się jako żywo z klasycznymi aktami jazzcore’owej rewolucji wczesnych lat 90. Jest w tym faktycznie improwizowane rozedrganie, ale jest też sporo matematycznych układanek, które są dla The Kurws naturalne i wykonywane z frywolną swobodą. Jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę wspomnieć – radość z jaką trójka muzyków bawi się na scenie – banany na twarzach, przekomarzanie się z publicznością (całkiem liczną, trzeba przyznać…), żarciki i humor były obecne do ostatnich chwil koncertu. Nie było typowego dla zespołów grających podobne rzeczy, skupienia i powagi; jak coś nie wsiadło, obracamy to w żart. Chcecie, żebyśmy dalej grali? Ok, coś jeszcze zagramy. Ostatni numer? Nie martwcie się, możemy go grać dwa dni. Efekt – mimo teoretycznie męczącej/trudnej muzy, wychodziłem z klubu totalnie zrelaksowany. I to się nazywa rozrywka.

Arek Lerch