THE JESUS AND MARY CHAIN – Rzemieślnicza poprawność

Obiecałem kiedyś pewnemu naczelnemu, że po koncercie The Jesus and Mary Chain przestaję słuchać  szugejza. Impreza przeszła do historii, a ja… nadal słucham, łamiąc obietnicę, choć na własną obronę mogę powiedzieć, że koncert nie spowodował u mnie tak daleko idących zmian, bo zwyczajnie nie postawił kropki na „i” . Choć byłbym niewdzięcznikiem, twierdząc, że był zły i niepotrzebny.

The Jesus And Mary Chain, Noże, Proxima, Warszawa, 18.05.2018r. 

Trudno jednocześnie mówić o czymś w rodzaju ekstazy. Idąc do Proximy nie liczyłem, że bracia Reid spowodują jakiś zbiorowy amok i odwrócą bieg muzycznej historii. Zresztą, takich, co liczyli na tego typu wydarzenie było chyba mało; ogólnie w Proximie nie stawiły się jakieś zapierające dech w piersiach tłumy. Wśród tych co jednak pojawili się na koncercie, z pewnym rozbawieniem wyłapałem dwie dominujące grupy – starszych, pokrytych siwizną osobników, co usilnie chcieli sobie przypomnieć czasy ekscytacji jakiej doświadczyli podczas pierwszego kontaktu z dopiero co wydaną płytą „Psychocandy” oraz nastolatków, co nagle odkryli, że przed 2000 rokiem też fajna muzyka była. Kto z nich wyszedł zadowolony? Nie wiem, zdaję sobie jednak sprawę, że Jezusy są w dość słabej sytuacji – usilnie próbują grać swoje i promują ostatnie, nie do końca cudowne dzieło, choć wiedzą, że ludzie przychodzą na nich, żeby choć przez moment poczuć zapach rebelii sprzed wielu lat. Tej jednak nie było.TJAMC

TJAMC promuje „Damage&Joy”, i dość mocno eksploatuje rock’n’rollowe rejony, przez co ich muzyka obdarta jest z magii. Owszem, nie mogę zarzucić braku profesjonalizmu – cała grupa sprawowała się doskonale, nie było problemów technicznych, każdy wiedział gdzie jego miejsce i wykonywał solidnie swoje obowiązki. Jim – i tu zaskoczenie absolutne – wokalnie nie postarzał się ani o rok, ciągle dysponuje świetnym, nie zniszczonym głosem, William schowany gdzieś z tyłu sceny odpalał od czasu do czasu pięknie brzmiący, monstrualny przester gitarowy, dzięki któremu momentami robiło się autentycznie ogłuszająco – wtedy można było doświadczyć przez chwilę tej charakterystycznej, firmowej ściany dźwięku. Gorzej, kiedy zapodawał niby wesołe, gitarowe melodyjki. Ogólnie, pierwsza część koncertu składała się z numerów, które – i tu „pojadę” nieprofesjonalnie –  zwyczajnie mi nie pasowały i za cholerę nie mogłem choć troszkę odpłynąć. Było po prostu rzemieślniczo poprawnie, co jednakJim ciągnie Jezusów w stronę indie rockowej średniej. A może im tam po prostu dobrze? W zasadzie, dreszczyk odczułem dopiero przy kończącym zasadniczy set utworze „Reverence” z ostatniej, dobrej płyty tego składu, czyli „Honey’s Dead”. Wreszcie wszystko „siadło” – rave’owy, pulsujący rytm wspomagany bit maszyną, zgrzyty, senna atmosfera łamana hałasem i piekielnie sprzężenie gitary na koniec, kiedy zespół schodził ze sceny. To był moment, na który czekałem. Oczywiście, były bisy, dość złośliwie rozpoczęte od klasyka „Just Like Honey”. Nie wiem czy to przekora zespołu, żeby ustawić go tuż po kawałku z płyty „Honey’s Dead”, będącej przecież symbolicznym uśmierceniem tamtego, wczesnego Jezusa. Tak czy inaczej, trochę niemrawo wypadła ta kompozycja, jednak ucieszyłem się, że mogłem ją usłyszeć na żywca. I… tyle. Dobry koncert, ale dla takiego zespołu to nie jest laurka. A może pozostało im już granie „tylko” dobrych koncertów? W sumie, nie dali ciała, choć gdzieś z tyłu głowy liczyłem na jakiś skandalik, może choć malutką bijatykę na scenie. Nic z tego – dzisiejszy Jezus to nieszkodliwy, sympatyczny band, którego nikt już nie boi się wpuścić do klubu.

Osobiście chciałbym Jezusów grających „Psychocandy Tour”, podczas dwudziestominutowego szoł, zakończonego rozpierdolem, jednak pozostanie to jedynie w sferze marzeń. Miły, choć dość stateczny wieczór. Oczywiście, na support, czyli zespół Noże, nie zdążyłem, za co przepraszam…

Arek Lerch