SYNY – Od początku do końca napięcie

Otwieram okno, myślę se: wywietrzę/ Patrzę, a ty na ulicy piszesz wiersze” Był dym, były Syny. W Katowicach Piernikowski pisał wiersze na ulicy, dosłownie – i to takiej, która w weekend, liczony gdzieś od czwartku, zamienia się w królestwo hedonizmu. Przez resztę tygodnia można tam napotkać pozostałości tańców i zabaw: wzorki wyrzygane na chodniku i potłuczone szkło. Otwieram okno i myślę se, że, paradoksalnie, Syny w takich warunkach przyrody zabrzmiały bardzo, bardzo naturalnie.

Syny, Katowice, ul. Mariacka, 20.09.2018r.

Po tym, co usłyszałem i zobaczyłem (a raczej czego NIE zobaczyłem) na Mariackiej, naszło mnie kilka wniosków. Po pierwsze, Syny to dzisiaj najlepszy uliczny rap w kraju. W kanonie to pojęcie ma zupełnie inne znaczenie, ale białasy są przecież uliczne do potęgi; nie chodzi bowiem o to, skąd te dźwięki przyszły, tylko jak rezonują między jedną ścianą kamienic a drugą, w tłumie głów, głosów i spraw. A rezonują wspaniale, ba, to było jak ścieżka dźwiękowa do filmu granego po raz pierwszy i ostatni. Synoskiego filmu. Czasem proste słowa najlepiej dopełniają obrazów widzianych na ulicy, właściwie to czasem wypada ze słów zrezygnować i zamienić je na zwyczajne „ej, ej, ej”. Nic mądrzejszego i tak nie zostanie powiedziane.

Po drugie, co podświadomie przeczuwałem od dłuższego czasu, Syny są odmieńcami nie tylko w studio, ale też na żywo. Przede wszystkim w tej swojej prostocie i w bardzo klasycznym podziale obowiązków na scenie. Gdzieś pomiędzy rozbudowanymi live-bandami, które mają wynosić rap na salony i czynić go „mądrzejszą” muzyką, a czysto tanecznymi spędami, wiedzionymi przez hypemanów, wokale z laptopa i kilku raperów wzajemnie wpadających sobie w słowo, jest sobie taki duet, gdzie zagubiony w dymie producent rzeczywiście mutuje, a nie udaje, że mutuje, a MC wyrzuca z siebie kolejne linijki niby rzetelnie i bez zbędnych ozdobników, ale też… bez sztampy ani recytowania formułek. „Sen” przyniósł sporo niedopowiedzenia i grania ciszą, a w warunkach scenicznych Syny wynoszą te elementy na jeszcze wyższy poziom, czyniąc naprawdę ważnymi składowymi swojej sztuki. To zdumiewające, że z jednej strony te momenty ciszy pozostawiają pewne pole do popisu – wykorzystane – improwizacji, a z drugiej nie wnoszą w koncert uczucia jakiegoś braku. Syny brzmią na żywo bardzo pełno.prime shit

I po trzecie – ostatnie – czwartkowa sztuka tylko uświadomiła mi, jak skończonym i wymykającym się kontekstom dziełem jest „Sen”. Chociażby kontekstowi czasu, bo z każdym kolejnym dźwiękiem czułem, że to siedzi wyryte głęboko w głowie, i myślę, że podobnie ma wielu ludzi; wydaje się, że ta płyta istnieje i rezonuje we wrażliwości słuchacza od wielu lat, nie widzę sensu wrzucania jej nazwy w końcoworoczne podsumowania, jest zupełnie poza takimi sprawami. To dzieło skończone, bo można oprzeć na nim cały właściwie set i stworzyć sztukę trzymającą w napięciu od początku do końca, gdzie co chwila pojawia się jakiś moment szczytowy znany z płyty – mnóstwo jest takich punktów odniesienia – a jednocześnie także cisza dochodzi do głosu, jest gra kontrastem i miejsce na jakiś eksperyment. Primeshit po prostu.

Adam Gościniak

Zdjęcie: archiwum zespołu