SWANS – Do trzech razy sztuka

Swans wyraźnie upodobał sobie ziemię pełną płaczących wierzb i przepraszających polityków. O ile w swoim pierwotnym wcieleniu zaliczył Polskę tylko w 1987 roku, o tyle po reaktywacji przyjeżdża niczym Rodowicz na festiwal opolski – jak do siebie. Czas zatem zdać relację z kolejnego turu, który tym razem objął swoim zasięgiem Poznań, Gdańsk i Warszawę. Nie ma co wybrzydzać, postanowiliśmy zatem niczym nastolatki goniące za swoimi idolami, pojechać i za Swans. Znamy wszyscy przysłowie: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, zatem gdzie trzech dziennikarzy, nie wiadomo, co się zdarzy. Chcecie wiedzieć czy Swans zagrał coś z nowej płyty, czy może urządził sobie kilka długich prób? Czytajcie!

 

 

 

01.12.2014, Poznań, klub Eskulap, 02.12.2014, Gdańsk, klub B90 03.12.2015, Warszawa, Basen Artystyczny

Adam: Niezwykle często w artykułach publikowanych na Violence posługujemy się określeniem „ekstrema”. Stojąc pod sceną poznańskiego Eskulapa w poniedziałkowy wieczór 1 grudnia, oglądając występ Swans, zastanawiałem się kto tak naprawdę jest ekstremalny i czym do cholery jest ekstrema. Black, death metalowe zwierzęta czy może właśnie podstarzała ekipa Michaela Giry, Christopha Hahna i Normana Westberga? Nierzadko piszemy, że dany zespół jest bezkompromisowy czy nie ma litości dla słuchacza. Choć na płytach studyjnych Swans można znaleźć kompozycje, które z ręką na sercu śmiało nazwiemy piosenkami, na żywo jednak o koncercie życzeń złożonym z przebojów nie ma mowy. Swans wychodzą na scenę nie po to, aby bawić czy umilić czas. Wychodzą grać to, co uważają za słuszne i zdają się sprawiać wrażenie, że to czy jest przed nimi publika, nie ma żadnego znaczenia. A że robią to zabójczo głośno i bez pośpiechu, w nużącym, wręcz ślimaczym tempie rozkręcając poszczególne numery, to już wybór ich samych, a nie robienie czegokolwiek pod potrzeby zgromadzonych. No bo trudno sobie wyobrazić, że granie otwierającego kawałka, opartego o jeden powtarzający się motyw i trwającego pięćdziesiąt minut, to coś czym natychmiast kupi się słuchaczy. Jestem raczej skłonny stwierdzić, że jest to swoisty test na wytrzymałość i cierpliwość. Sztuka Swans wymaga wyrzeczeń, żąda uwagi, nie idzie na układy. Czy nie taka twórczość właśnie jest najczęściej określana mianem ekstremalnej?2wawa

Michael Gira niewątpliwie ma w sobie coś z szamana. Podczas poznańskiego występu lider Swans wydawał się pochmurny, lekko poirytowany, ale przede wszystkim skupiony na odprawianym rytuale. Już na samym początku z morderstwem w oczach rzucił spojrzenie człowiekowi, który ośmielił się dosłownie na moment wprawić w ruch światła sceniczne. Mimo sześćdziesięciu lat na karku Gira to wciąż twórca wkurzony, niepokorny, a nade wszystko pragnący, aby jego muzyka stała się językiem, który nie potrzebuje słów. Posługuje się bowiem dźwiękami wymownymi, które mimo wszystko trudno nazwać czy złapać w jakiekolwiek ramy. Do tej pory nie byłem fanem Swans. Po poznańskim misterium wciąż nim nie jestem.

DwaBartek: A ja fanem Swans byłem i pozostałem, ale ich gdański koncert był dla mnie… dziwny. Przeważnie jest tak, że z wykonów wynosi się jedno spójne wrażenie – było albo super, albo słabo. Tutaj odnotowałem momenty ocierające się o muzyczny absolut, o potężnym ładunku emocji – ale też takie, które brzmiały jak mętne męczybułstwo donikąd i po nic. Nie podobała mi się na przykład koncertowa wersja „A Little God In My Hands” i nikt nie przekona mnie, że 20-minutowe intro na gongu naprawdę musiało trwać 20 minut i ani sekundy krócej. Oczywiście, Swans wielkim zespołem jest, wydarzenie było wyjątkowe, wrażenia intensywne, ale to wszystko niekoniecznie przekładało się na muzykę, która byłaby tak samo ekscytująca przez cały koncert. Problem tkwi być może w absurdalnym wymiarze czasowym, bo czy koncert dwuipółgodzinny jest z automatu lepszy niż półtoragodzinny? Grany na koniec „Black Hole Man” był rewelacyjny i brzmiał, jakby na scenę wyskoczył nagle jakiś neopsychodeliczny band złożony z 25-latków, ale ten numer cieszyłby bardziej w 90. minucie, a nie w 140. Jeśli Swans nie wychodzi na scenę po to, by bawić i umilić czas, to jaki jest sens grania koncertu? Zamęczyć ludzi? Momenty wielkości (świetne wersja „Just A Little Boy”, „The Cloud of Unknowing”) były jak najbardziej warte tego, żeby się wybrać do B90. Tym bardziej, że rzeczony B90 potwierdził swoją renomę najlepszego klubu koncertowego w szeroko pojętej okolicy, zapewniając porządną organizację i brzmienie na medal – było głośno, ale selektywnie i bez balansowania na granicy bólu. Doceniam autorską wizję i lubię taki artystyczny autyzm, twierdzę jednak, że gdyby gig trwał 40 minut krócej, a improwizacje zostały powściągnięte „każda o trochę”, to nikt nie poczułby niedosytu. Panowie, ale tak szczerze – nie było wam trochę za długo i za dużo tej ekstremy i wielkiej sztuki?1wawa

moda na Swans?

moda na Swans?

Arek: Było, ale trudno w przypadku tego koncertu pisać o samej muzyce, więc może trochę domorosłej socjologii. Stojąc na galeryjce warszawskiego Basenu i obserwując publiczność, zastanawiałem się, ilu ze zgromadzonych przyszło na ten koncert bo akurat jest wśród hipsterów „moda na Swans” a ilu pamiętało, że podobnymi dźwiękami zespół torturował już w 1983 roku? W przypadku Giry słowo „bezkompromisowość” nabrało nowego znaczenia, scena stała się – dosłownie – salą prób, gdzie zespół testuje i aranżuje nowe numery, publiczność sprowadzając do bandy debili, którzy przypadkowo trafili akurat w to miejsce. I w takim kontekście chylę przed muzykantami czoło. Kolega Bartosz utyskuje na wymiar czasowy koncertu i ma rację, bo… żałuję, że nie grali dłużej; wtedy mógłbym zobaczyć, komu pierwszemu puściłyby zwieracze. Sam mistrz ceremonii był jak zwykle wkurwiony. Co ciekawe, był też taki, grając z Angels of Light dla kilkudziesięcioosobowej, przypadkowej publiczności w 2005 roku. Zatem wszystko się zgadza – artysta musi być zły, żeby płodzić sztukę. Koncert w Basenie pokazał, że owa sztuka niejedno ma imię, z gitary lap steel można wydobywać dźwięki absolutnie niestrawne (niezrównany dziadek Hahn i jego „stalowa ręka”) a perkusiści mają w zestawie tylko blachy. I jeśli miałbym postawić koncertowi jakikolwiek zarzut, Jedento byłaby właśnie strona rytmiczna. A właściwie jej brak. Szkoda, że tych snujących się, zapętlonych drono – zgrzytów i zawodzenia Michaela nie dało się ująć w klamry potężnego rytmu, bo wtedy – takie mam odczucie – siła rażenia byłaby piorunująca. Odnoszę też wrażenie, że zespół, przy okazji płyty My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky stojący w rozkroku, między tym co było a jest, teraz wreszcie znalazł właściwą ścieżkę, prowadzącą wstecz, do lat 80 – tych, do mroku i w efekcie całkowitej izolacji. Bo jestem pewien, że jeszcze rok – dwa takich eksperymentów na słuchaczach a znowu będzie grać dla garstki szaleńców, którzy dźwięk traktują jako portal do innego wymiaru. Przekładając to na słowa ludzkie – jak nie zaczną w końcu grać kawałków z płyt, następnym razem wylądują w klubie No Mercy. Czy mi się zatem podobało? Jasne, że mi się podobało. Tak samo jak podoba mi się oglądanie zżerania bawolich jaj i nadpsutych końskich jelit w programie Fear Factor.

Za zespołem podążali: Adam Drzewucki, Bartosz Cieślak i Arek Lerch 

Zdjęcia: Michał Spryszak, Adam Zych&Arek Lerch