SWANS – ekshibicjonistyczny trans…

Bardzo trudno będzie opisać wydarzenie, które miało miejsce 10 grudnia w stołecznej Stodole. Do kraju zawitała bowiem grupa trubadurów zniszczenia, piewców apokaliptycznego noise, stawiająca sobie za cel dezintegrację ludzkości. Na razie udało im się skutecznie pozbawić mnie słuchu…

Zapewne ktoś z szanownych czytelników zauważył dziwne, jak na relację z koncertu, zdjęcie zdobiące tekst. To moja krucjata przeciwko organizatorowi, który dziennikarzy traktuje jako zło konieczne, przedkładając nad nich patronów, niezależnie, jaki był ich udział w promowaniu  imprezy. Zdjęć robić nie mogłem, kupować (kuriozum…) mi się nie chciało, zaproszenia na koncert też nie dostałem, widać brak zaplecza w postaci kolorowej gazety, niezależnie, czy coś w ramach promocji zrobiła czy nie, jest decydujący. Cóż, to zawsze jakieś doświadczenie, na szczęście niesmak pt. „Polska ogórkowa” został w pełni przytłoczony przez występ zespołu.

Michael Gira… Legenda, nietuzinkowy twórca, wspaniały głos, historia muzyki niezależnej, sól podziemnej Ameryki, nobilitacja kiczowatych lat 80 – tych… Człowiek neurotyczny, nieobliczalny, w pewnym sensie niezadowolony z życia i nienawidzący ludzi. Mizantrop, poszukujący ciągle spełnienia po rozstaniu z muzyczną i życiową partnerką, Jarboe? Zabrakło jej na tym koncercie, ale też odnoszę wrażenie, że dzisiejszy SWANS to nie miejsce dla niej. Nie sądzę, by była potrzebna muzykom towarzyszącym Michaleowi. Ze starej gwardii pozostał Norman Westberg, twórca monstrualnego, gitarowego brzmienia SWANS w latach 80 – tych. Dzisiaj pozuje raczej na szarą eminencję, przyjmując postawę podobną do zachowania Blixy Bargelda w The Bad Seeds – grał mało, ale czujnie i kiedy już decydował się włączyć do gry, jednym dźwiękiem zmieniał charakter muzyki. Wielka osobowość. Pozostali muzycy (wielki szacunek dla Phila Puleo i Thora Harrisa za hipnozę, dla Christopha Hahna za dźwięki z ziemi niczyjej oraz dla wiecznie odwróconego plecami do publiczności Chrisa Pravdicy za basowy dół wszechczasów…) skupili się na jak najczęstszym wpadaniu w dziki trans pod silnym przewodnictwem Giry, który dyktował tempo i kontrolował każdy zwrot akcji na scenie. To nie były wiernie odgrywane, studyjne wersje, ale monstrualne, szamańskie improwizacje na bazie kilku tematów, min. ”No Words No Thoughts”, „Jim” i „Eden Prison” z nowej płyty, czy staroci „Sex God Sex” i „I Crawled”. Dzisiaj nie ma to już dla mnie znaczenia, bo jakość tych numerów przewartościowana była ilością hałasu, który w kilku momentach przekraczał niebezpiecznie możliwości ludzkich narządów słuchu. To nie był koncert, ale próba unicestwienia słuchających, połączenie kakofonii, awangardowych miejscami poszukiwań brzmieniowych ze specyficznym teatrum lidera, który wprawdzie w 2010 roku nie szokuje już striptizem na scenie, ale i tak kanon jego zachowań niebezpiecznie ociera się o ekshibicjonizm z jednej strony i przytułek dla ubogich umysłowo z drugiej. Czyli jest zawstydzająco i niepokojąco szczery. Słuchając kolejnych, dźwiękowych transów zastanawiałem się, czy tak naprawdę okres „Children Of God” był najlepszy w dziejach grupy, bo dzisiejszy Gira wydaje się być wyzwolony z okowów industrialu, grając miksturę wszystkiego, co najlepsze w jego karierze i ciągle poszukuje nowych środków wyrazu.

Dwie godziny twarzą w twarz z nowojorskimi prekursorami nowego/starego myślenia przekonały mnie, że nawet jeśli zespół celowo burzy legendę, to czyni tak z przekonania o swoim potencjale, który jest ważniejszy niż próba reaktywacji trupa sprzed blisko dwóch dekad.

Nie powiem, że był to najlepszy koncert roku 2010. Nie był najlepszy, bo mierząc typowymi kategoriami, jakie mieszczą się w znaczeniu tego słowa, musimy do razu zapomnieć o grudniowym występie zespołu. Był to jednak niewątpliwie najważniejszy koncert, jaki dane mi było zobaczyć i odczuć całym niemal ciałem w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

Sądzę, że sztuka, jaką uprawia SWANS, sceniczny performance niemłodych dżentelmenów, wyglądających – jeśli o wizerunku mówimy – podejrzanie dziadowsko, był oczyszczeniem, które od czasu do czasu jest potrzebne naszej duszy, tak samo jak dobry post dla ciała. Amen…

Zapomniałbym o supporcie… James Blackshaw to młody gitarzysta z Londynu. Grał głównie akustyczne kawałki na gitarze, o kilkadziesiąt minut za długo.

Arek Lerch