SÓLSTAFIR – Pieśń o czarnym piasku

Niektóre zespoły zdobywają popularność ze względu na otaczającą je atmosferę kontrowersji. Inne ponieważ w wirtuozerski sposób posługują się instrumentami. Są jeszcze takie, które po prostu komponują dobre piosenki i w kapitalnym stylu grają je na żywo. Do tej właśnie grupy należy islandzki Sólstafir, których ostatni album „Ótta” zdobywa uznanie na całym świecie. Kwartet, po czteroletniej przerwie, ponownie przyjechał do Polski, aby dać dwa natchnione występy, w Poznaniu oraz Warszawie.

Sólstafir, Esben and the Witch, Obsidian Kingdom – Blue Note, Poznań, 16 listopada 2014

Choć Sólstafir nie należy wcale do najgłośniejszych i najcięższych zespołów, ich koncert otworzyli hałasujący do granic możliwości Hiszpanie z Obsidian Kingdom. Pod koniec października nakładem Season of Mist ukazał się ich materiał „Mantiis”, który został opublikowany pierwotnie dwa lata temu, ale dopiero teraz doczekał się oficjalnej premiery. Zespół poruszający się na granicy ekstremalnych brzmień z domieszką nowoczesnych, progresywno-eksperymentalnych naleciałości robi na żywo wrażenie dźwiękowej trąby powietrznej.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trafnym kontrapunktem dla głośnego rozpoczęcia był występ angielskiego trio Esben and the Witch. Ich stonowane, nieskomplikowane granie oparte o tradycyjny zestaw gitara-perkusja-bas, wprowadziło licznie zgromadzoną publiczność w stan nieważkości. Chłodne, post-punkowe melodie, pochodzące przede wszystkim z najnowszego krążka grupy „A New Nature”, kołysały niespiesznym tempem przez dobre pół godziny.

Gdy muzycy Sólstafir, ubrani w kowbojskie buty, kamizelki i kapelusze, wyszli na scenę klubu Blue Note, zostali przywitani burzą oklasków tak entuzjastycznych, jakby muzyka rockowa miała już jutro wyjść z mody. Prawdopodobnie zaskoczeni aż tak owacyjnym przyjęciem rozpoczęli energetycznym numerem „Köld”, który nadał odpowiedni rytm całemu koncertowi. Zaraz potem skupili się na najświeższych kompozycjach z „Ótta”, płyty zdobywającej powszechną aprobatę muzycznej prasy nie tylko w Europie. Na pierwszy ogień poszło „Lágnætti”, które za sprawą wspaniałego wideoklipu stało się prawdziwym przebojem. Zresztą swój piąty album pochodząca z Rejkiawiku grupa odegrała niemal w całości. Nie zabrakło takich kawałków jak „Rismál”, „Dagmál”, „Náttmál” czy numery tytułowego.

Pieśń o czarnym piasku

Pieśń o czarnym piasku

Wyglądający na lekko zblazowanych, pogrążeni w melancholijnej zadumie muzycy po kilku piosenkach wyraźnie swobodniej poczuli się w wypchanym dosłownie po brzegi poznańskim klubie. Gitarzysta i wokalista Addi Tryggvason wyraził zdziwienie i zadowolenie, że Sólstafir cieszy się tak ogromnym uwielbieniem polskich fanów. Frontman zespołu, nerwowo poprawiający głośnik z odsłuchem, z gitarą opuszczoną do kolan, wspaniałym, donośnym i charakterystycznym głosem zdobył całą uwagę przybyłych słuchaczy. Półtoragodzinny, wyczerpujący i zagrany z pasją występ Islandczyków usatysfakcjonował każdego wielbiciela niebanalnych i klimatycznych brzmień. Mimo faktu, że w muzyce Sólstafir pojawia się mandolina czy fortepian, przede wszystkim jest to zespół rockowy i taki był ten koncert – rockowy.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zagrali tytułowy kawałek z poprzedniej płyty „Svartir Sandar” i zeszli ze sceny, by za moment wrócić i poprawić jeszcze dwiema kompozycjami, w tym zamykającym „Goddess of the Ages” z albumu „Köld”. Sprawiający wrażenie częściowo nieobecnych, jakby funkcjonujący w innej rzeczywistości, członkowie Sólstafir być może nie dali w Poznaniu koncertu życia, ale trudno mi jest sobie wyobrazić, że ktoś mógł opuścić klub niezadowolony czy rozczarowany. Muzyka islandzka kojarzona w pierwszej kolejności z wyjątkowo popularnymi Björk oraz Sigur Rós, ma nową, ponurą i intrygującą gwiazdę. Sólstafir nie gra od wczoraj, a ich pierwszy album ukazał się w 2002 roku, ale ich czas jest właśnie teraz.

Tekst Adam Drzewucki

Zdjęcia Łukasz Popławski