RED SMOKE FESTIVAL – Odlot, błyskawice i zielony dym…

Oczekiwania wobec tegorocznej, trzeciej już edycji Red Smoke Festival, odbywającego się niezmiennie w Pleszewie, były bardzo wygórowane. I choć plany organizatorom usiłowała pokrzyżować pogoda, nękając przybyłych a to smagającym wiatrem, a to rzęsistą ulewą, nawet najbardziej wybredni koneserzy niskich dźwięków mogli poczuć się w pełni usatysfakcjonowani tym, co zobaczyli na scenie pleszewskiego amfiteatru.

DZIEŃ I Pierwsze wrażenia po przybyciu na miejsce festiwalu? Mały las, otulający zewsząd teren amfiteatru, pozwala zachować kameralny klimat, pomimo wypełniającej trybuny, z każdym rokiem coraz większej rzeszy fanatyków stonera. Właśnie – trybuny i krzesełka. „Poważnie? Tutaj się tak siedzi na krzesełkach i słucha stonera?” Dokładnie tak. Niczym, nie przymierzając, na recitalu Zbyszka Wodeckiego. Dla tych niemogących usiedzieć w miejscu jest co prawda mała przestrzeń tuż pod sceną, co nie zmienia faktu, że na RSF przeważającą formą odbierania wrażeń dźwiękowych jest właśnie pozycja siedząca. Pełna kultura. Jest to co prawda rozwiązanie dość niespotykane, ale wynikające z natury amfiteatru, przy tym pozwalające w pełni skupić się na muzyce dziejącej się na scenie.2 (2)
Pierwszy, piątkowy zespół, a więc gospodarze z Red Scalp, dali na siebie długo czekać. Było to jednak spowodowane problemami z elektrycznością, które wynikły niespodziewanie dzień przed rozpoczęciem imprezy. Na szczęście, udało się je zażegnać, a „pleszewscy Indianie” zagrali koncert, którym potwierdzili wszystkie swoje atuty słyszalne na wydanym w tym roku, debiutanckim albumie Rituals. Nie trzymają się uporczywie jednego gatunku, przeplatają stoner-doomowe kolosy rockowymi piosenkami i pochwalić się mogą sporą swobodą sceniczną. Miałem, co prawda, skarżyć się na brak pióropusza na skroni frontmana, ale podczas odgrywania tytułowego utworu z „Rituals” pojawił się i on. Weedpecker zameldował się w składzie imprezy dosłownie w ostatniej chwili, zastępując nieobecny z przyczyn losowych, niemiecki Wucan. Na palcach jednej ręki można było jednak policzyć tych, którzy z takiego zastępstwa byliby niezadowoleni. Występ warszawiaków udowodnił, że nie przypadkiem zdobywają oni coraz większe uznanie wśród fanów stonera na całym świecie. Były hity z debiutu, nie zabrakło też utworów z „II”. Charakterystyczne dla Weedpecker połączenie siarczystych riffów i leniwych, psychodelicznych melodii świetnie sprawdziło się w warunkach zapadającego zmierzchu. Dopelord nie zaskoczył – było dokładnie tak, jak się spodziewaliśmy, czyli potężnie, tłusto, a przy tym dość przebojowo. Nad wszystkim unosił się oczywisty duch Electric Wizard. Zaczął wzmagać się wiatr, błyskawice przeszywały nocne niebo, a scena jawiła się w tych okolicznościach niczym monumentalne greckie Koloseum. Ostatnie dźwięki „Preacher Electrick” wybrzmiewały w strugach deszczu. Część publiczności w pośpiechu ewakuowała się na pole namiotowe, część schowała się pod parasolami stoiska z merchem, a najbardziej niewzruszeni na warunki atmosferyczne trwali w ekstatycznym transie aż do samego końca.
Choć występ Dopelord udało się dokończyć, Grekom z Naxatras nie było tego dnia dane wkroczyć na scenę. Opady nie ustawały, a właściwie z każdą chwilą stawały się coraz mocniejsze. Z uwagi na bezpieczeństwo muzyków, ostatni zaplanowany na piątek koncert nie doszedł do skutku. Wielka szkoda, ponieważ sztuki Greków wyczekiwała dość pokaźna grupa przybyłych, nie wyłączając niżej podpisanego. Natura okazała się tym razem silniejsza, i jeśli miałbym szukać minusów RSF 2016, na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie właśnie odwołany koncert zespołu z Salonik.2 (1)

DZIEŃ II Niemiecki Daily Thompson z rozmachem rozpoczęli drugi dzień imprezy i trochę rozgrzali zziębniętą i markotną publiczność. Ich muzyka właściwie nie ma za wiele wspólnego z szeroko rozumianym stonerem, ale proste, wpadające w ucho piosenki były idealnym przetarciem przed głównymi aktami wieczoru. Limestone Whale to z kolei, jedna z największych niespodzianek tegorocznego Red Smoke. W zasadzie nie spodziewałem się po tym koncercie wiele – sądziłem, że Niemcy to kolejna, nieudana kopia Led Zeppelin, nie wyróżniająca się niczym z tłumu ślepych naśladowców. Na scenie zobaczyłem jednak świadomy swoich możliwości, pełen energii zespół, który swoim soczystym brzmieniem wprawił chyba wszystkich w osłupienie. Warto wspomnieć, że grupa już w październiku ponownie zawita do Polski jako support szwedzkiego Asteroid. Godsleep znakomicie udało się odtworzyć duszną atmosferę słyszalną na ciepło przyjętym debiucie „Thousands Sons of Sleep”. Potężne, południowe riffy przechodzące w momenty odjazdów w nieznane i opętańczy wokal charyzmatycznego frontmana – to musi zdawać egzamin na żywo. Grecy byli zachwyceni przyjęciem, jakie zgotowała im polska publiczność (a w zasadzie nie tylko oni – sporo zespołów wyglądało na całkowicie zaskoczone tak dużą liczbą obecnych fanów).
Libido Fuzz to moje drugie, po Limestone Whale, największe odkrycie festiwalu. To niesamowite, ile ten trzyosobowy skład potrafi przekazać pozytywnej energii. Bluesowa dusza, niemalże „kwasowe” odloty, próby nawiązania kontaktu z istotami pozaziemskimi – to wszystko było obecne podczas występu Francuzów. Gitarzysta, wijący się po scenie niczym opętany, co chwilę powtarzał „you are fucking mad, people”. Jeremy Irons & The Ratgang Malibus rozpoczęli koncert nieco inaczej, niż mógłbym to sobie wyobrażać. Intensywne, transowe riffy, nad którymi górował wysoki, nieskrępowany krzyk wokalisty mogły przypominać twórczość chociażby ich rodaków z Horisont. Jednak po kilku utworach zwolnili, dając dojść do głosu także nieco łagodniejszej, psychodelicznej stronie osobowości zespołu. Jak się później okazało, był to występ szczególny, bo Szwedzi wyjątkowo zaprezentowali się w Pleszewie jako trio, dodatkowo zamieniając się między sobą instrumentami.Belzebong
Można powiedzieć, że Belzebong planowo dopełnił dzieła zniszczenia. Wyrósł nam światowej klasy zespół, który swoim graniem hipnotyzuje, przeżuwa i zostawia słuchacza całkowicie zdezorientowanego. Po pewnym czasie przestajemy postrzegać ich występ jako ciąg następujących po sobie utworów – widzimy tylko kompletną, nierozerwalną całość. A może to jeden, wielki RIFF snuty przez nieledwie godzinę pośród oparów zielonego dymu? Z umysłem zmiażdżonym przez dźwiękową potęgę Belzebong, powolnym krokiem opuszczałem teren festiwalu. Niestety, nie dane było mi uczestniczyć w ostatnim, wieńczącym dzieło dniu tegorocznego Red Smoke. Zachwycony atmosferą i poziomem artystycznym, w przyszłym roku z pewnością z wyprzedzeniem zarezerwuję trzy dni w kalendarzu na to prawdziwe święto stonera mające miejsce w Pleszewie.

Adam Gościniak

Zdjęcia: Agata Frelik