RED FANG – Wilk ukradł show!

Jedna nauka płynie dla zespołów, które nie mają w składzie tak niesamowitego frontmana jak Chris Georgiadis – jeśli zabierasz Turbowolf na trasę, schowaj do kieszeni ego i pozwól im zagrać na samym końcu. Tylko na tym zyskasz. To, co stało się w krakowskiej „Fabryce” pozwala na taki, być może odważny, wniosek.

Red Fang, Turbowolf, The Stubs, Kraków, Fabryka, 27.04.2015r.

Kwestia pierwsza, świetny lineup. The Stubs, Turbowolf i Red Fang grają inną muzykę, ale łączy ich podejście do tworzenia, muzyka oparta na oldschoolowych brzmieniach, prawdziwej, szczerej energii. Z każdym koncertem jesteśmy jakby w tym samym domu, ale przenosimy się na inne piętro, gdzie czeka na nas coś ciekawego. 27 kwietnia jako pierwszy zaprosiło nas do siebie warszawskie trio The Stubs. Dawno – zbyt dawno! – nie widziałem ich na żywo. Kapela niezmiennie wspaniale odświeża garażowego rocka, w którym obok punka mieszka też obskurny bluesior. Niezmiennie równie przyjemnie się ich słucha, co ogląda. Rozglądając się po Fabryce widać było, że podobnego zdania było całkiem sporo osób. Już nie mogę się doczekać kolejnego koncertu The Stubs. Tym bardziej, że lekkie spóźnienie pozbawiło mnie szansy na obejrzenie pełnego występu.turbowolf_27042015_romana_makowka

A potem… Potem stało się coś, czego prędko, mam wręcz nadzieję, że nigdy, nie zapomnę. Na scenie pojawił się przypominający anorektycznego Franka Zappę Chris Georgiadis wraz z Lianną Lee Davies (na basie i w chórkach), Andym Ghoshem (gitara) i Blake’em Daviesem (perkusja), i miało się wrażenie, że w Fabryce wybuchła bomba z gigantycznym ładunkiem, która zmiotła wszystko i wszystkich. Energetycznie Turbowolf rozruszali chyba każdą osobę w klubie, a mający niebywałą charyzmę i odwagę Chris, skutecznie nawiązywał dialog z widownią, komplementował ochronę, zagadał do obsługi baru oraz namówił fanów, aby parokrotnie złapali go po skokach ze sceny oraz z naprawdę wysokiej kolumny. Ten ostatni wyczyn, myślę, że nie tylko u mnie, wywołał spore zaniepokojenie. Na szczęście, publika nie zawiodła i wokalistę złapała, choć nie byłbym zdziwiony, gdyby z powodu impetu uderzenia Anglikowi zostało na pamiątkę z Krakowa kilka siniaków na plecach. Nie wiem, jak on to robi, że tak wariuje na scenie, nawija jak szalony, a głos ani na moment go nie zawodzi. Może czuwają nad nim mityczni bogowie z jego pierwszej ojczyzny, Grecji…

Turbowolf zabrzmiał świetnie i dobrze bawił się na scenie, co było wyraźnie widać po minach muzyków. Anglicy patrzyli na szaleństwo w mosh picie, nawet wysłali na płytę tour menedżera, aby uwiecznił wariujących fanów dla potomności. Zespół promował wydany niedawno świetny album Two Hands i z niego zagrał chyba wszystkie najbardziej przebojowe numery z „Rabbit’s Foot”, „Nine Lives” i „Solid Gold” na czele, ale nie zapomniał też o kawałkach sprzed lat, zaś wspaniałe dzieło zwieńczył „Let’s Die”. Naprawdę trochę koncertów w życiu widziałem, ale niewiele tak fantastycznych jak ten. Turbowolf lubi być blisko fanów, więc parę minut po występie Lianna już stała na stoisku z merczem, zaś po paru minutach dołączył do niej Chris. Podobno we wrocławskim „Alibi” było jeszcze lepiej niż w „Fabryce”, co trudno mi sobie wyobrazić, ale nie mam powodu temu nie wierzyć, bo opinia taka padła z ust wiarygodnych osób. Cieszy mnie to, że Turbowolf na pewno miło zapamiętają kolejną wizytę w Polsce i nie wątpię, że w niedalekiej przyszłości do nas powrócą. W rozmowach zapewniali, że są zachwyceni tym, czego u nas doświadczyli.redfang_27042015_romana_makowka

Red Fang zagrał naprawdę dobry koncert. Chyba nawet lepszy od tego, który w bardzo życzliwej pamięci przechowuję, z MetalFestu z 2013 roku. Aaron Beam sprzedał parę zabawnych tekstów do mikrofonu, nawet robota poudawał. Ale przy takiej energetycznej petardzie jaką odpalił Turbowolf, kapela z Portland wyglądała jak wrośnięta w ziemię i poruszająca się w zwolnionym tempie. Brzmieli świetnie, repertuarowo też nie było się do czego przyczepić, kilka swoich przebojów jak najbardziej zagrali. Anglicy spowodowali coś takiego, że czułem się jak uzależniony od scenicznej charyzmy, siły uderzenia, dynamiki, a Red Fang po prostu fajnie zagrał, trochę się pogibał i przekazał w krótkich żołnierskich słowach miłe uwagi pod adresem polskiej publiki. Czekałem na kolejny wybuch i się nie doczekałem, czując się deczko jak narkoman na głodzie. Wiem, że show-biznes rządzi się swoimi prawami, a jak ktoś jest gwiazdą, to gra na końcu, ma więcej mocy, lepsze światła, etc. Ale Amerykanie lepiej wyszliby, pozwalając Turbowolf wystąpić po sobie. Anglicy ukradli starszym kolegom show. Byli bezdyskusyjnym zwycięzcą tego wieczoru. Oglądanie ich to przeżycie, którego doświadczenia życzę każdemu, kto kocha rocka z wykopem.

Tekst: Lesław Dutkowski

Zdjęcia: Romana Makówka