PURUSHA – Szorstka lekcja

Koncert dżezowy bez garniturów, bez zadęcia za to z agresją godną młodziaków, czyli Purusha na Chłodnej. Byliśmy tam i w kameralnej atmosferze piwniczki nieźle się bawiliśmy.

Purusha, Warszawa, Chłodna 25, 08.02.2016r.

Na początek wtręt wyjaśniający i poniekąd osobisty: na jazzie się nie znam. Nie studiowałem mądrych ksiąg, kanon gatunku jest mi obcy, z muzyką zapoznaję się od d… strony, ale z chorą fascynacją chłonę wszystko co się trafia. Grunt żeby było instrumentalne (do jazzowej wokalistyki przekonać się nie mogę…), rytmiczne (perkusista w jazzie to rzecz święta) i odpowiednio wykręcone. Purusha spełnia wszystkie założenia.

A teraz scenka rodzajowa. Wyjechała Purusha za ocean szukać odpowiedzi na pytanie „jak grać jazz”. Przypadkowo spotyka na ulicy Johna Coltrane’a i od razu, tak po polsku, startuje – gadaj, jak grać ten jazz! Coltrane niezbyt gadatliwy był, zatem Purusha nie czekając daje mu w pysk i dalej wyciskać z niego informacje. W końcu oklepany Coltrane zdradził co i jak; wraca Purusha do Polski i gra w najlepsze. Chuligańsko, arogancko, głośno i szorstko. Nawiązując bardzo trafnie do korzeni free jazzu, nie bawiąc się w konwenanse, zabierając z tego gatunku to co jest najistotniejsze. Trio to zresztą najlepsza forma dla takiej muzyki – Paweł Postaremczak to saksofonista totalny, mający doświadczenie i współpracę z takimi tuzami jak Mikołaj Trzaska, Hamid Drake czy Raphael Rogiński. Świetnie wykształcony kontrabasista Wojciech Traczyk grywał z Maseckim, Peszek czy Zimplem, akademicką biegłość równoważąc bardzo surowym i mocnym groovem, wzbogaconym o całe mnóstwo niebanalnych zagrywek, czasami nieźle dysonansowych. No i Szpura, nad którym już się na naszych łamach zachwycałem, tym razem w nieco innym układzie oraz jakości, pokazujący dyscyplinę i wachlarz umiejętności, które zawstydzą większość krajowych pałkerów.Materiały zespołu

Koncert był solidny, skondensowany i gwałtowny, tak, to najlepsze słowo. Rozpoczęli delikatnie, w skupieniu, lekko awangardowym tematem, wzmocnionym szorstką elektroniką. Zamknięci w sobie; odnosiłem wrażenie, że w 200% skupieni na muzyce, na swoich instrumentach, weszli na scenę nie zwracając na nikogo uwagi, takie oderwanie jest tu chyba konieczne. Z biegiem koncertu muzyka gęstniała, stawała się coraz bardziej dramatyczna. Klasyczny, jazzowy swing był gwałtowny, zamieniał się niemal w kakofonię. Obok przestrzennych, klarownych pochodów pojawiały się erupcje hałasu, kierujące myśli w stronę niepokornego yassu, kolory malowane przez saksofon były raczej mroczne, partie kontrabasu zadziorne i twarde a Szpura w kilku momentach dał brutalny popis rozgrywając w wykańczających tempach tremola i paradiddle. Tradycja, która cały czas tkwi w tej muzyce jest traktowana jako niewygodny krawat. Rozluźnienie i faktyczne free, prezentowane przez zespół, było pełne agresji ale też i pasji, brutalnych, zaskakujących zwrotów akcji i zwieszeń, jednocześnie przez cały czas czujnie kontrolowanych, płynących do przodu, ba, w zasadzie pędzących. Tak musiały wyglądać pierwsze szalone, jazzowe jamy, kiedy wściekłość mieszała się z szukaniem tych najwłaściwszych rozwiązań muzycznych. Doświadczenie tej muzyki było totalne, ale kiedy człowiek przyzwyczaił się do brudnego brzmienia, szybko odkrywał, że kryją się za nim świetne harmonie, dalekie jednak od klasycznie rozumianego jazzu, momentami ocierające się o atonalne, awangardowe eksperymenty. Koniec był równie gwałtowny, bez podziękowań, po prostu zeszli ze sceny, otoczeni aurą tajemnicy. Zwarta, szorstka lekcja na najwyższym poziomie, niełatwa, ale odpowiednio hipnotyzująca. Chcę więcej.

Arek Lerch

Zdjęcie: materiały zespołu