OFF FESTIVAL – Ręka na pulsie

Trzynaście lat organizacji OFF Festivalu zdecydowanie nie poszło na marne. Misja, jaka przyświeca tej imprezie, rozpoczęta w malutkich Mysłowicach, a następnie kontynuowana w ekspresowo rozwijających się Katowicach, realizowana jest planowo, a były takie edycje, że śmiem twierdzić, iż Off kształcić swoich fanów nadprogramowo, i nieco śmielej niż robi to obecnie. Nie oznacza to jednak, że Festival pod wodzą byłego lidera Myslovitz osłabł, czy utracił pierwotny rezon. Wręcz przeciwnie, rozgościł się na krajowym rynku na tyle swobodnie i pewnie, zwłaszcza w roli cenionego w środowisku ogrodnika podlewającego rosnące zainteresowanie alternatywą.

I tu dochodzimy do miejsca, w którym należy sobie powiedzieć, że Off Festival, tak bardzo zakorzeniony w świadomości słuchaczy i kalendarzu letnich imprez, ma swoje wady, o których trochę się milczy, a z racji na bezwarunkową miłość do święta niezalu, pomija, celebrując to, co jest. O tym jednak nieco później.

PIĄTEK Wszystkie trzy dni imprezy rozpoczynam mniej więcej o podobnej, mocno popołudniowej porze. Nauczony doświadczeniami z poprzednich edycji, i przestraszony tegorocznym skwarem – a raczej jego poważnymi następstwami po innym nadmorskim festiwalu – starałem się nie wystawiać na żar, raz, żeby nie zniechęcić się do dalszych występów, a dwa, i będzie to jedyny taki coming out w relacjach z tej edycji Offa – żeby nie podrażnić dość pokaźnych oparzeń II stopnia, które skutecznie utrudniały mi nawet obserwowanie koncertów z pozycji siedzącej.

Na deskach sceny leśnej punktualnie o 18.35 melduję się aby zobaczyć, czym tak naprawdę jest Hańba! Kiedy przypominam sobie ich nieśmiałe prośby o występ na organizowanym przeze mnie festiwalu kilka lat wstecz, i moją wymowną odmowę, że to za mało punkowe i wykraczające poza formułę… Cóż, pluję sobie w brodę, bo dziś zespół doceniają zarówno przedstawiciele rozgłośni KEXP, włodarze SXSW czy generalnie, wszyscy Ci, dla których polska muzyka w swej prostej, folkowo-imprezowej formule stanowi swoistą egzotykę. I wiecie co, Hańba! jest nie tylko bardziej punkowa niż większość anty-systemowców, a z całą pewnością ciekawsza, mniej nachalna i na swój sposób prześmiewcza niż nieco zapomniana już R.U.T.A. Kto żyw skakał pod scena do iście weselnego „Żandarma” czy mojego ulubionego „Komornika”. Krakowski kwartet niemal z miejsca zyskał aprobatę niemałej publiczności, a dla licznego grona obcokrajowców, z pewnością stał się wesołą odskocznią od dużo poważniejszych dźwięków, jakie towarzyszyły festiwalowiczom na innych scenach. Jeśli jeszcze nie widziałeś czwórki pieśniarzy, co wychodzą na pole, a za najpiękniejsza uważają kulturę klezmerską, to powinieneś to nadrobić. Na szczęście okazji nie brakuje.20180803-Kult-fot_mmurawski__R8A9249

Mainstage, scena miasta muzyki, a niegdyś scena mBanku (do czego wrócę) zgromadził rekordową publiczność, która wiernie towarzyszy rodzimemu Kultowi. Bez dwóch zdań zespół legenda, jeden z najbardziej wizjonerskich i trudnych do sklasyfikowania tym razem pojawił się z materiałem ze swojego trzeciego, szeroko docenianego albumu. „Spokojnie” to bowiem post-punkowa podróż, pełna dziwnych brzmień i mocnych tekstów. To właśnie po materiał z tego albumu zespół sięga najczęściej, ciesząc swoich fanów tłumnie śpiewających (mocno funkowe) „Do Ani”, „Jeźdzców” czy „Arahja” (sprawdźcie wersję Hey z ubiegłorocznego Woodstocku). Zespół, który zagrał tysiące koncertów, głównie dla juwenaliowej publiczności nie krył tremy związanej z występem na katowickim festiwalu. Według mnie zupełnie niepotrzebnie, gdyż – czy się tego chce czy nie – Kult to koncertowa maszyna nie do zatrzymania, grająca zarówno u boku Organka, co w towarzystwie znacznie cięższych kolegów, zawsze wychodząc z tych występów z twarzą, a nie rzadko przyćmiewając młodsze gwiazdy. Nie będę robił z siebie jakiegoś fana Kazika i spółki, bo tak nie jest, i generalnie od zespołu (a częściej jego die hard fanów) stronię, ale „Spokojnie” to materiał, który zarówno studyjnie, jak i w wersji zaprezentowanej w Dolinie Trzech Stawów, młodym powinien otworzyć oczy na Kult, a starym przypomnieć dlaczego po 30 latach od premiery, to ten album i ten właśnie zespół wciąż jednym tchem wymieniany jest jako jedno z wiekopomnych dzieł polskiej muzyki. Odnośnie samego występu, można by się doczepić do nieco kulejącego brzmienia, mało rozbudowanej jak na taki jubileusz scenografii, czy wreszcie – do samej publiczności – która nie po raz pierwszy, nie ostatni w ciągu tego weekendu postawiła na „otwartą głowę” i dosłownie spokój pod sceną, aniżeli porwanie się pulsowi muzyki.OFF Festival - Karol Grygoruk (17 of 23)

Występujący niewiele później, hałaśliwy Oxbow był jednym z najmocniejszych punktów całego festiwalu. Skromna reprezentacja ciężkiego grania na Offie to zawsze miód na moje serce, ale były edycje (i to wcale nie tak dawno), na których kaliber wykonawców był większy, a i koncerty zwyczajnie lepsze. Mimo to jeden z filarów muzyki noise zaprezentował się z dobrej strony, a wokalista Eugene Robinson, dosłownie topił się w swoich ubraniach, stąd z garnituru występ zakończył w majtkach i kamizelce. Punk rock, heavy metal? A czemu nie. Gdyby jednak sam występ cechowała większa selektywność (największa wada namiotu Trójki) nie miałbym problemu z identyfikowaniem głównie nowych kompozycji z wydanego rok temu „The Black Duke”.20180803-The Brian Jonestown Massacre-fot_mmurawski__R8A9883

The Brian Johnston Massacre oraz występujące po nich The Mystery Lights pełniły podobną funkcję jak w sobotę Turbonegro i Skalpel. Z jednej strony, psychodelicznie, rockowo i z luzem, z drugiej chillout i pełna kontemplacja. Swoją drogą, to właśnie ten nieśpieszny charakter tegorocznej edycji Offa najbardziej dał się we znaki. Jeśli pod scena pojawiały się tłumy, to tylko na duże nazwy. Mniejsi wykonawcy (gros lineupu) nie cieszyli się aż takim zainteresowaniem, a nie oszukujmy się – pogoda ścinała kolejne głowy, mniej odpornym, którzy wybierali strawę w strefie gastro i zimne napoje na leżakach. Nie mam im tego za złe, sam wielokrotnie decydowałem się taki krok ale…

Pomijanie powyższej dwójki i raczenie się zimnym Lechem (!) zamiast rockową dawką neurostymulantów uważam za faux pas. Mało tego, jeśli pierwszego dnia widziałeś czytelniku lepsze koncerty (produkcja, nagłośnienie, kontakt z publicznością) to tylko dlatego, że mamy inne gusta (tyczy się to również soboty).OFF_03082018_MIA_fot_michal_murawski__R8A0615

Dzień, a przynajmniej jego właściwa część kończy M.I.A. Wokalistka wielokrotnie współpracowała z ikonami muzyki elektronicznej, a przez pewien czas tworzyła nie tyko studyjny duet z nikim innym jak samym Diplo. Twórczyni nieśmiertelnego „Paper Planes”, w mojej opinii przespała swój czas, stajać się wyblakła gwiazdą muzyki z pogranicza indie, dancehallu, afrohouse i popu. Sądzę, że jej występ na Off-ie był ukłonem w stronę tych, którzy oczekiwali wielkich nazw, a odnaleźli je dopiero na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Colours of Ostrava. Czysto produkcyjnie show jakiego nie powstydziliby się na Openerze (światła, tancerki, dj-ka i hypemanka z prawdziwego zdarzenia), ale technicznie dno mułu i rozpaczy. Rozumiem problemy techniczne, narzekanie na odsłuch, albo taki inside joke, że jest za cicho niczym na koncercie Swans, ale występ można było przerwać. Bywały w historii tego festiwalu dłuższe przerwy niż 10 minut, i nikt nigdy nie robił z tego afery. Za to z formy wokalistki, która swoje najlepsze lata ma zdecydowanie za sobą, oj tu można się popastwić, dorzucając do tego dość dziwaczne różowe, ortalionowe stroje. Kogoś w ekipie M.I.A zwyczajnie poniosło, i bynajmniej nie była to fala wznosząca.

SOBOTA Kolejny duszny wieczór, pełen wielu skrajnych wrażeń. Począwszy od pogody, która pod koniec seta Unsane spłoszyła wcale nie małe grono wielbicieli punkowego hałasu, a która na sam koniec dnia sprawiła psikusa serwując iście tropikalną duchotę. Nie to jest jednak przedmiotem offo-wych rozważań, a to, czy amerykańskie trio należy do grona zespołów, które w ogóle powinny zagrać w Katowicach.20180804-Unsane-fot_mmurawski__R8A2643

Odpowiedź jest prosta niczym cios w potylice za czasów pamiętnego koncertu Converge. Oczywiście, że tak i największą bolączką tej imprezy jest, nie to, że na swój sposób żongluje podobnymi do siebie artystami, co nie stawia na prawdziwie mocne nazwy, stanowiące kanon sam w sobie. Do zgarnięcia w okolicy Offa był Quicksand, Shelter, a obstawiam, że bez zbędnej zwłoki na imprezie pojawiłby się taki Helmet. Za mocno, zbyt hardcore’owo? Wręcz przeciwnie. Przynajmniej jedna z wymienionych nazw jest w formie, i mniemam, że zaprezentowałaby równie udany, a może nawet lepszy set. Mimo to, Unsane, choć cichutko (jak wszystkie zespoły!!) zaprezentowali się ze strony, której po tym trio nie oczekiwałem. Zagrali tak gęsto, intensywnie, z jajem, pazurem i czymkolwiek tam sobie nie wymyślisz czytelniku, że blisko pięćdziesiąt minut spędzonych z twórcami „Total Destruction” minęło dość szybko, a gęste partie basu, bardziej przypominające drugą gitarę, mile uderzały w podbrzusze. W rozmowach kilku osobników w publiczności wychwyciłem, że gra Dave’a Currana, to taki proto-djent. I coś w tym jest!20180804-Turbonegro-fot_mmurawski__R8A2812

Turbonegro jawili się jako jedna z największych, i przynajmniej w moim punkowo-hardcore’owym odczuciu, najbardziej wyczekiwanych gwiazd imprezy. Norwescy giganci rock’n’rolla przejęli deski sceny miasta muzyki niczym AC/DC Stadion Śląski, i bez ściemy godzina spędzona z tym sympatycznym sekstem to jedno z najbardziej energetycznych doznań tego roku. Pokaźne grono wielbicieli zespołu (pozdrawiam fanów z Krakowa) po po raz pierwszy i chyba ostatni pokazało zagranicznym uczestnikom imprezy jak bawić się na niemal metalowym koncercie (którego zwieńczeniem była ściana śmierci przed „I Got Erection”). Ubrani w najrozmaitsze stroje, pełni luzu, którego zazdrości cała polska scena stoner, i blisko kilka tysięcy osób każdorazowo na koncertach zagranicą, zdominowali ten festiwal. Naturalność jaka biła od Turbonegro, te melodie i masa naprawdę chwytliwych refrenów w połączeniu z bardzo dobrym brzmieniem i prawdziwym arsenałem hitów, również z wydanej w tym roku „Rock’n’Roll Machine” (a raczej fuck machine!) nie mogły się nie podobać. Nie przeszkadzała ani deszcz, ani pląsające w okolicy sceny dzieci. Zgadzało się wszystko, i gdybym mógł na jeden dzień zostałbym Turbojugend, najlepiej w Stodole lub jak mniemam wyprzedanej Progresji. Wielka szkoda, że nie mamy możliwości oglądać tych panów częściej, bo kawał roboty jaką odwalają, nawet jeśli zdarzają im się drobne fałsze (zwłaszcza u trollującego publiczność klawiszowca Haakon-Mariusa Pettersena), wybaczam, bo Turbonegro to kwintesencja dobrej imprezy. Chłopcy apokalipsy, fani gorzały i dobrego humoru. Czyli czegoś, czego na Off-ie tego dnia mocno brakowało.20180804-and you will know us-fot_mmurawski__R8A4083

Powrót na scenę leśną i wielka niespodzianka, a razem największe rozczarowanie i fuck up całej imprezy. Ja rozumiem, że Pitchfork i NME wyniosły …And You Will Know Us By The Trail of The Dead na wyżyny mieszanki indie (grunge i punka), ale tak słabego koncertu nie widziałem od.. mniej więcej pijanego Kultu w Częstochowie dwa lata temu. To jest akurat najmniej istotne, bo teksańska formacja zaserwowała nam ponad trzy kwadranse niemożebnego męczenia buły pod batutą i zawodzącym głosem (delikatnie rzecz ujmując) Conrada Keely, który ewidentnie przeżywał najgorszy dzień swojego życia. Kto widział wyraz twarzy muzyka, i nie mniejszą konsternację jego całkiem żywiołowych kolegów, ten wie o co chodzi.20180804-Skalpel BIg Band-fot_mmurawski__R8A4151

Pomijając występ Trail of Dead, dalsza część wieczoru upłynęła pod znakiem dwóch rzeczy. Jakości i melancholii. Ta ostatnia  towarzyszyła niemal wszystkim kluczowym dla programu występom, więc nie będę ukrywał, że ktoś kto planował lineup, a przynajmniej dwóch głównych scen, bardzo postarał się, aby znaczna część publiczności znalazła chwilę na oddech.  Zarówno Skalpel z orkiestrą, w swej najbardziej eklektycznej, sennej i chilloutowej formule, zadedykowanej przedwcześnie zmarłemu Tomaszowi Stańce, a następnie nie mniej czarująca, ale znacznie, nomen omen, chłodniejsza Aurora, pozwoliły na wypoczynek przez duże W.20180804-Aurora-fot_mmurawski__R8A5103

Ta ostatnia ewidentnie podpatrzona u naszych południowych kolegów zaskarbiła uznanie słuchacz skromnością, pewną doza nieśmiałości i subtelnością proponowanych dźwięków. Skandynawski pop w żadnym wypadku nie kończy się na Lykke Li i jej podobnych. 22 latka choć onieśmielona pokaźnym tłumem, doskonale poradziła sobie na scenie, a w najbardziej szalonych momentach, wijąc się w dziwnym, hipnotycznym tańcu. Zresztą, taki charakter ma muzyka Norweżki, podskórny, magnetyczny. W styczniu nadarzy się okazja aby zobaczyć jak te dźwięki radzą sobie w ciemnym klubie. Lepsza akustyka i grono samych zainteresowanych Aurorą fanów – to brzmi kusząco. W ramach Off-a Aurora Asnes dała się poznać jako wschodząca gwiazda, której sodówa zdecydowanie nie uderza do głowy. Aberracja na tle jej pokolenia, a przy okazji, promyk nadziei na to, że są na tym świecie ludzie, głównie Skandynawowie, którzy od początku potrafią mądrze prowadzić swoją, miejmy nadzieję oszałamiającą, i pełną sukcesów karierę.

Dzień kończy superpopularna w mediach (Radiowa Trójka) Charlotte Gainsbourg, występująca w roli dość nieoczekiwanego i nadal nie wiem, czy dobrze przyjętego headlinera imprezy. Brytyjska aktorka i piosenkarka w tym roku wielokrotnie gościła na ustach dziennikarzy. Nie sądzę, aby za sprawą samej muzyki, bo ostatni album artystki „Stage Whispher” nie cieszył się estymą. Prędzej, ze względu na wciąż burzliwą i szalenie produktywną karierę filmową. I jeśli o to chodzi, Charlotte kupuję niezależnie czy będzie to średniej klasy sci-fi czy dramat. Po prostu, dobrze się na nią patrzy, a jeszcze lepiej słucha na ekranie.20180805-Charlotte Gainsbourg-fot_mmurawski__R8A5764

Za to na scenie odnoszę wrażenie, że cały ten wielki, muzyczny świat to dla niej wciąż nowe miejsce. Takie w którym niby się zadomowiła, niczym w hotelu przy teatrze w którym przez długi czas wystawia się sztukę, ale jednak, czuje się nieswojo i przebywa z założoną maską o wymownej nazwie profesjonalizm.. Dało się to odczuć. Nie pomogła ani produkcja sceny a’la Hurts (podświetlane ramki wokół muzyków), ani utrzymanie całego występu w quasi-wyrafinowanej, romantycznej atmosferze. Sama zainteresowana uparcie utrzymuje, że celem jej występów nie jest zabawianie publiczności. I zgoda. Bo odniosłem wrażenie, że męczy się na scenie, a delikatne tupanie nóżką do bardziej żywego rytmu (m.in. „Heaven can wait”) to raczej taki wymóg, aniżeli chęć dzielenia się jakąś energią – czy to po angielsku czy francuski. Również głos wokalistki pozostawiał wiele do życzenia, a całkowicie od czapy, nieoczekiwany i nijak pasujący do koncepcji tego występu cover Kanye Westa tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że na Offie widzieliśmy lepszych headlinerów, nawet jeżeli były to nazwy-wykopaliska. Nie ukrywam, że wśród relacji, które już miałem okazje przeczytać panują skrajne opinie na temat tego występu, a raczej całej jego słuszności. Staje po tej negatywnej stronie barykady, i powiem wprost, wolałbym po raz n-ty odgrzewany shoegaze’owy kotlet (aż sam się dziwię) niż występ na swój sposób dość snobistycznej artystki, stojącej na rozdrożu gitary, subtelnej elektroniki a prawie poezji śpiewanej. Nie podobało mi się i na tym zakończmy ten dzień.

NIEDZIELA Trzeci i ostatni dzień festiwalu, czas podsumowań i ostatnich wrażeń. Tutaj bez większych niespodzianek Reprezentanci polskiej sceny, Bass Astral X Igo grają we własnej, electro-popowej lidze, co rusz modyfikując swoje występy o dwa całkowicie zamienne pierwiastki. Niemal filmowy charakter i taneczny puls. Koncert w ramach Offa cechowało to drugie, stąd trochę żałuję, iż ten skądinąd wciąż nowy na scenie, a jednak posiadający oddane grono fanów duet, nie grał o późniejszej godzinie, a najlepiej w namiocie. Mało tego, najlepiej za „grającego” dj-set Ariela Pinka. O tym jednak nieco później.20180805-Bass Astral-fot_mmurawski__R8A7443

Dwie godziny później na scenie leśnej pojawia się największe zaskoczenie całej imprezy, porównywalne chyba do King Khan And The Shrines. Mowa tutaj o Big Freedia, której a raczej któremu wszak to Freddie Ross, poświęcono dokument na Netflixie. To, co usłyszeliśmy, zobaczyliśmy i do czego tańczyliśmy, porównałbym do dzikiego zrywu tłumu na Omarze Souleymanie kilka lat temu. Sample z hitów Beyonce, Adele i innych w połączeniu z mocnym, hip-hopowym brzmieniem i nie oszukujmy się, godnym pozazdroszczenia luzem i szalonym tańcem (mnóstwa osób na scenie) zwyczajnie musiały porwać do tańca. Dodajmy do tego bodaj najlepszą produkcję całego festiwalu, kolorowe wizualizacje i dawkę uśmiechu jaki towarzyszył temu występowi i byłem kupiony. Kocham EDM niemal w każdej odsłonie, a propozycja Big Freedie, ukrywająca się pod enigmatycznym gatunkiem bogunce idealnie sprawdziła się w warunkach scenicznych. Pod względem imprezy samej w sobie, chyba lepiej niż Ilovemakonnen trzy lata temu, produkcyjnie kosa, a wizualnie – sami sprawdźcie w sieci. Jest na co popatrzeć, i czego pozazdrościć. Kocie ruchy (w tym wybrańców z publiczności).20180805-Big Freedia-fot_mmurawski__R8A8235

Zmiana klimatu na posępny, zimny i zwyczajnie zły nastąpiła nieco później w namiocie Trójki. Tradycyjnie, jak co roku, na Off-ie gościmy przedstawiciela sceny black metalowej. Było ich nie mało, nie tylko z polskiego poletka, więc czas aby po kilku latach przerwy przywitać śląską, perłę i jeden z filarów gatunku – Furię. Po rewelacyjnie przyjętym występie na tegorocznej Metalmanii wielu upatruje w zespole Nihila nie tylko lidera całej polskiej, i zyskującej uznanie sceny, co jeden z najbardziej prominentnych tworów ostatnich lat. W pełni się z tym zgadzam, choć kilka ostatnich podejść, zwłaszcza do wydanej dwa lata temu „Księżyc Milczy Luty” ostudziło mój entuzjazm, a zainteresowanie krajowym BM przybrało nieoczekiwany obrót spraw i fascynację Varmią czy Wędrującym Wiatrem. Wracając do samego występu20180805-Furia-fot_mmurawski__R8A8885 Furii – zdania są mimo wszystko podzielone. Wielu oczekiwało prawdziwego black metalowego misterium, ociekającego blastem i pełnego najbardziej ekstremalnych wyziewów zespołu. Błąd, bo Furia jest zespołem poszukującym, eksperymentalnym i takim, który doskonale uzupełnił skład tegorocznej edycji. Panowie nie muszą, a w zasadzie, to chyba nawet nie chcą być postrzegani jako zespół, który kieruje swoją wielowymiarową, miejscami dziwną i zdecydowanie wychodzącą poza metalowy schemat  twórczość do kucowatego odbiorcy. Chwała im za to, bo jeśli jest miejsce gdzie spotykają się otwarte głowy, to właśnie w Dolinie Trzech Stawów, w ramach takich koncertów jak ten intensywny, ale nie pozbawiony wad występ. O ile czysto muzycznie przynajmniej większość zebranych, skandujących zarówno nazwę grupy co poszczególne teksty (a były nawet requesty!) była ukontentowana. Za to pod względem technicznym, kolejny raz bolączka całego weekendu – cicho, momentami bardzo, ale to bardzo nieselektywnie (nie ma przebacz, że to black metal), i jak na najbardziej metalowy koncert festiwalu, pod tym względem rozczarowująco.

Występujący po Furii Ariel Pink w roli dj-a niestety nie podołał zadaniu. Spontanicznie i w zastępstwie Gary’ego Wara może i dałby radę, jako selekcjoner, ale brak przygotowania i wyraźne „zmęczenie”, widoczne w trakcie show na dużej scenie dały się artyście we znaki. Kurator sceny eksperymentalnej nie udźwignął ani ciężaru dwóch występów jednego dnia, ani sztuki didżejskiej, co zaowocowało, zresztą słusznie, rychłym przerwaniem tegoż nawet nie po kwadransie. Bez dwóch zdań najgorszy moment całego festiwalu i – jakby nie patrzeć – kolejny odwołany występ.20180805-Ariel Pink-fot_mmurawski__R8A7946

Na koniec pozwolę sobie rozwinąć kilka wątków, które przewijały się wcześniej. Zacznę od bezwarunkowej miłości do festiwalu i chwalenia go niejako z marszu, po prostu za to, że jest. Przez blisko trzynaście lat istnienia udało się organizatorom stworzyć wyjątkowy, niepowtarzalny ale całkiem bezpieczny festiwal, który ma w miarę stałą publiczność. Zauważam jednak, że w pewnym sensie kulturalny trzon Katowic stał się czymś na miarę imprezy do odhaczenia i lansowania się. Już nie na hipsterstwo, bo to jest passe, co na zwykłe bywanie, aniżeli uczestniczenie w nie rzadko wyjątkowych i jednorazowych wydarzeniach. Może dlatego, że ludzie mają więcej czasu i pieniędzy, a mniej chęci na to, aby dać się porwać muzyce? Obserwacje głównie rozkochanego w modzie lat 90. tłumu dowodzą, że w pierwszej kolejności liczą się trendy, te off-owe również (nagła masowa miłość do Grizzly Bears), a dopiero potem wymiana energii na linii muzycy – publiczność. Jeszcze parę lat temu nie dość, że ludzi było więcej, to i jakoś tak żywiej reagowali na koncerty (a nawet spoken word Henry’ego Rollinsa). Staliśmy się bardziej wygodni, czy może to jakiś nowy trend i niczym Niemcy (albo, o zgrozo, Czesi) celebrujemy piękne momenty bez krzty szaleństwa? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć za rok.20180806-Grizzly Bear-fot_mmurawski__R8A0311

Skoro już wspomniałem o publiczności. Cieszy obniżająca się średnia wieku i być może paradoksalnie do tego o czym napisałem wyżej, rosnące zapotrzebowanie na kształtowanie własnej wrażliwości. Martwi za to, iż dla  ludzi w wieku pi razy drzwi, trzydziestu lat, Off na chwilę obecną jest imprezą jedną z wielu, a nie głównym kierunkiem wakacyjnych wojaży. Wydaje mi się, że mniej więcej od 2012 roku przemielono wszystkie najciekawsze nazwy, które przyciągały tłumy i dziś festiwal już bez wsparcia największych sponsorów stoi na pewnym rozdrożu. Czysto muzycznie przybliżając się do środka, zerkając w stronę maintreamu (M.IA) drenując w międzyczasie indie rock i subtelnie muskając elektronikę (tutaj na stracie przegrywają z rosnącą w siłę Nową Muzyką), ale bez tej odwagi aby szarpnąć się na naprawdę duże nazwiska. Mam jednak cichą nadzieję, że wraz z rosnącymi cenami karnetów, rzecz się odmieni i za rok na scenie eksperymentalnej zobaczymy pokaźny zestaw młodych gniewnych z naciskiem na wizjonerów z Code Orange, na Leśnej ulubieńców fanów schoegaze Title Fight, a na mainie po latach Sigur Ros czy może (w końcu) At The Drive-In, a ponadto, gdzieś w ramach „nowości” rapera Cuco. Jeśli nie na Off-ie to gdzie indziej? Tropów jest wiele. Mam nadzieję, że jeśli któryś z nich się sprawdzi, odmieni fatum z odwołanymi występami, bo tegoroczna edycja to kolejna, w ramach której musiałem obejść się smakiem i pożegnać z wizją koncertów kilku lubianych przeze mnie artystów.20180803_OFF_GrzeBro_12967

Na koniec wydaje mi się, że pozytywne info, a zarazem prognoza dla przyszłości nie tylko tej imprezy. Rośnie nam pokaźne grono godnych uwagi twórców, którzy nijak nie odstają od wielkich zagranicznych gwiazd. Nierzadko oczywiście są mniej lub bardziej udanymi kopiami, ale z czasem wychodzą przed szereg znacznie śmielej niż pierwowzory. Off Festival zwiększa swoją aktywność na polu wyszukiwaniu swoistych nieoszlifowanych diamentów, stając się platformą do promocji i pchnięcia dalej wielu młodych, głodnych wielkich scen muzyków. Projekty takie jak w ubiegłych latach dzikie koncerty, czy w tym roku powołana dość spontanicznie scena Dr. Martens to dobry start dla wielu z nich, a śmiem nawet twierdzić, że postępująca polonizacja lineupu Offa świadczy o trzymaniu ręki na pulsie, bez żadnej ujmy dla samej marki. Wyprzedane koncerty większości rodzimych zespołów w końcu o czymś świadczą,  i widać to też w trakcie tak dużych imprez. Czas pokaże co, i czy w ogóle zobaczymy za rok. Oby festiwal przetrwał i – choć na razie ciężko to sobie wyobrazić – w miarę możliwości rozwijał się, prezentując coraz nowsze oblicza w głównej mierze gitarowej muzyki.

Komentował Grzegorz Pindor

Zdjęcia: Karol Grygoruk/Michał Murawski/GrzeBro