OFF FESTIVAL – Obfity tygiel

Wróciłem z OFF-a i spieszę donieść, że było wspaniale. Różnorodność, jaką ten festiwal ma w swojej naturze, przypomina powiew świeżego powietrza, który nigdy się nie kończy. Nic do siebie nie pasuje i – w tym samym momencie – wszystko pasuje idealnie. Tegoroczna edycja stanowiła prawdziwy urodzaj koncertów dobrych, bardzo dobrych i takich, na które wręcz brak słów. Pogrupowałem je w kilka szufladek, podążając jednak nie za ułomną, subiektywną oceną, a trendami, jakie w całym tym zamieszaniu zdołałem wychwycić.

PUNK IST TOT   Tę kategorię ochrzciłem po debiutanckim albumie Siksy, bo inaczej zwyczajnie nie mogłem. Występ gnieźnieńskiego duetu przyćmił dosłownie wszystko – i gatunkowych kolegów, i OFF-a jako takiego. Można by rzec, że ten koncert trwał jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego wrzasku, bo w kwestii, czy to jeszcze sztuka, czy już tania prowokacja, zdążyli wypowiedzieć się chyba wszyscy. O proszę, Siksa na okładce najnowszego wydania „Wysokich Obcasów”, chwali mi się fejsbuk. Czekam na Siksę w telewizji śniadaniowej i w każdej lodówce. Cały szum świadczy jednak o tym, że cel został osiągnięty. Ja sam tym performance’m byłem oczarowany i nie rozumiem głosów mówiących, że OFF to nie miejsce na takie rzeczy. To czekajcie – jesteśmy otwarci i alternatywni, czy jednak nie do końca? Jesteśmy, ale tak, żeby było raczej bezpiecznie i pod kontrolą? Aha. Przecież to była sztuka do głębi offowa, prowokująca i niewygodna. Tylko ładnych piosenek brakowało. Highlighty? Brawurowa interpretacja klasyka „Mariusz, wracaj do domu” i przyśpiewka o Legii. Dzień wcześniej w namiocie Trójki IDLES zagrali tak, że niechybnie spadłyby mi z nóg kapcie, gdybym tylko takowe nosił. W tym występie było wszystko. I choć już „Brutalism”, wydany w tym roku album Brytyjczyków, maluje przed słuchaczem obraz jednej z najciekawszych grup na okołopunkowej scenie, dopiero w warunkach koncertowych te utwory nabierają rumieńców. Mówiąc inaczej: jest po stokroć tłuściej, potężniej i pełniej. Takie „Divide And Conquer” to na żywo pieprzone monstrum. A gdy tak na nich patrzyłem: spoconych, kiwających się, tarzających po ziemi, plujących na siebie i półnagich, mógłbym wręcz przysiąc, że to ludzie grający swój ostatni koncert w życiu. Jakby jutra miało nie być. The Men w przeciągu godziny zdążyli zaprezentować światu kilka zupełnie odmiennych oblicz. Od rock’n’rollowego bujania, kiedy to brzmieli jak Gluecifer czy The Hellacopters pozbawione wąsów, przez noise’owe plątaniny, w których sami się nieco gubili, aż po czyste niemal country. Punku samego w sobie, jak widać, nie uświadczyliśmy, ale pewna odwaga i będąca lekiem na wszystko prostota mówiły same za siebie. Równie solidnie zaprezentowali się londyńscy młodzieńcy z Shame, którzy byli na przemian brutalni i chłodni post – punkowym chłodem, prymitywni i wysmakowani. Koncert pełen energii i szaleństwa. Jakie wnioski wysunąć można z dobroci wszystkich tych sztuk, zupełnie od siebie różnych, choć związanych przecież jakąś nieprzewidywalnością i surowością? Punk ist tot, ale jedynie ciałem. Duch fruwa swobodnie i przybiera przeróżne, często zupełnie nieoczywiste, formy. Kwitnie i (twórczo) fermentuje.Made In Poland

POWROTY  Powroty małe i duże. Do świata żywych albo do krążków, które z jakichś względów są dla wykonawcy szczególnie istotne. Zacznijmy od tych pierwszych, bo ich waga jest – mimo wszystko – bardziej donośna. To co, zaprezentował Łoskot, stanowczo zachęciło mnie do sprawdzenia, z czym cały ten yass się je. Było wystarczająco szalenie i nie zanadto poplątanie. Nie wiedzieć czemu, pomyślałem sobie, że to jakby soundtrack najpiękniejszych sennych marzeń i najgorszych koszmarów zarazem. „Nie wiem, co się wydarzyło i nie wiem, czemu mi się to podobało. Ale podobało.” No właśnie. Koncert Wolves In The Throne Room stanowił natomiast doświadczenie ascetyczne i intrygujące. Momentami forma ulegała przejściowemu zagęszczeniu, ale dominowały rozmarzone, shoegaze’owe wręcz plamy, takie w sam raz, by się w nich zapomnieć. Ekstatycznych porywów, co prawda, nie odnotowano, lecz niewątpliwie Amerykanie przypomnieli, dlaczego parę lat temu cała fala hipsterskiego, dziwnego blacku miała właśnie ich oblicze. Made In Poland w bardzo dobrym stylu przypomnieli swój „Martwy kabaret”. Wszystko w punkt, chłodno i precyzyjnie, bez zbędnych ceremonii. Lirycznie i straceńczo. Krakowianom jakimś sposobem udało się odtworzyć klimat lat dawno minionych i jednocześnie udowodnić, że ten materiał świetnie broni się również dziś. Nieco gorzej wycieczki w przeszłość wypadły w wykonaniu Japończyków. „Pink” należy do grona najpopularniejszych i najbardziej przebojowych albumów Boris i o ile przystępność tych utworów aż biła po uszach, tak ich klasa jakby gdzieś się rozmyła… Nie można mieć zastrzeżeń do brzmienia, które było nienaganne i w zasadzie bliskie ideału (ściana Orange’ów jednak robi swoje), ale czysto wykonawczo liczyłem na coś więcej. Groteskowe wrażenie zrobił na mnie zwłaszcza wokal, zupełnie rozmijający się z sednem tej muzyki i trafiający w nie od wielkiego dzwonu. Zbłądzony. Konkludując – powroty to zjawisko ze wszech miar interesujące i samo w sobie, i widziane jako przyczynek do zupełnie nowych historii. Bywa jednak, że stare ścieżki ulegną zatarciu, a wtedy… lepiej trzymać się od nich z daleka. Po prostu.BEAK

POTAŃCZMY  No właśnie. Trochę ruchu nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a okazji do niego – całkiem sporo. Mitch&Mitch rozgrzewali się dosyć powoli i nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że jakkolwiek „własnym” składem by nie byli, tak, ekhm, kogoś im na tej scenie brakuje. Z każdą upływającą minutą brzmieli jednak bardziej przekonująco, a najbardziej ujął mnie materiał „brazylijski”, ich najświeższy. Taneczny i beztroski. W podobnych kategoriach postrzegam to, co zrobili Idris Ackamoor&The Pyramids. Czysta, niczym nieskrępowana celebracja muzyki i życia. Pełen autentyzm, dobre piosenki i radość wypływająca z każdego dźwięku. Tańczyć można również do odkryć. Jednym z takowych okazała się Jessy Lanza, niepozorna, kanadyjska wokalistka, dla której scena wydawała się być zbyt wielką. To skakała nieśmiało, to kiwała się, to znów dokładała coś do sampli. Zagrała jednak porywająco. Z kruchych, eterycznych wokaliz bardzo płynnie przechodziła do bujających, klubowych wręcz, motywów. Był to trans. Zupełnie, jak w przypadku innego off-owego zauroczenia – BEAK. Projekt znanego z Portishead Geoffa Barowa zagrał sztukę fascynującą i magnetyzującą, wprowadzającą w stan ekstatycznego upojenia. Oderwanie się od ciągle potężniejących, uderzających prostotą i melodią utworów było niemożliwością. Hipnotyczne doświadczenie. Szaleńczo podrygiwałbym na Thee Oh Sees, gdybym tylko trzeciego dnia festiwalu miał na cokolwiek siłę. Grupa przedstawiła własną wariację na temat amerykańskiej psychodelii: od garażowego prymitywizmu, przez bardziej piosenkowe podejście do sprawy w stylu The Black Keys, aż po odrobinę rock’n’rollowego szaleństwa. Dwie perkusje (wygrywające mniej więcej to samo) czyniły całość naprawdę potężną. I niemożliwie intensywną. Umieszczenie w tym gronie PRO8L3Mu chyba nie będzie większym zaskoczeniem. Przy wszystkich artystycznych walorach tworzonej przez stołeczny duet sztuki, przy niezwykłej umiejętności budowania własnych światów i zapraszania do nich słuchacza, nie należy zapominać, że to wciąż muzyka, która ma bujać. I buja. Równie ciepło przyjęte zostały utwory z „Art Brut”, „PRO8L3M” i tegorocznej małej płyty. To opętańcza zabawa niewyzbyta nutki zamyślenia – mimo wszystko, mniej wyraźnej, niż ta towarzysząca słuchaniu tego materiału w domowym zaciszu. Koncertowa energia duetu przyćmiewa wszystko. Kikagaku Moyo koła nie odkrywają, ba – nie są wyjątkowi nawet w tym swoim zapatrzeniu w przeszłość. Mimo wszystko, ich poszukiwania naznaczone są otwartogłowością i jakimś nienazwanym, egzotycznym pierwiastkiem. Czy łupią proste, zahaczające o stoner riffy, czy skręcają w stronę kwasowo – piosenkowej psychodelii rodem z Death Hawks, brzmią jak u siebie, zupełnie swobodnie. Aż dziw, że grali tak wcześnie…Swans

GWIAZDY  A czemu nie? Chociaż to OFF, są przecież nazwy, które budzą emocje w każdym niemal przybyszu. Uczucia nierzadko zupełnie skrajne. Ot, Swans, chociażby. Ostatni koncert grupy w obecnej formule jawił się czymś specjalnym i taki właśnie był. Znów dały o sobie znać szamańskie skłonności Giry, a całość była iście oczyszczającym doznaniem, dźwiękowym katharsis. Mówią, że to hałas absolutny, a ja nie wiem, jak miałoby to o hałasie świadczyć – czy bardzo dobrze, czy wręcz przeciwnie… Jakkolwiek by nie było – przejść obojętnie nie sposób. Mniej spolaryzowane odczucia zrodził koncert PJ Harvey. Zgromadził tłumy, które stały, jak urzeczone. Nic w tym dziwnego – sceniczna prezencja Polly Jane należy do olśniewających, a głos za pomocą prostych środków czyni najprawdziwsze cuda. Większą część setlisty zajęły utwory z ostatniego krążka, choć nie zabrakło reprezentantów „Let England Shake” czy klasyków w stylu „Down By The Water”. Nie wiem, jak można zżymać się, że owszem, klasa i perfekcja, ale właśnie ta perfekcja uwiera, bo jest chłodna i jakby odczłowieczona. To było zjawisko, o jakie trudno na co dzień, piękne i podniosłe; cóż z tego, że idealnie wyreżyserowane? Z Shellac może i żadna wielka nazwa, ale już pan Albini w pewnych kręgach widziany jest półbogiem, a dowodzona przez niego grupa latami wyczekiwana była przez bywalców festiwalu. Czy słusznie? Moim zdaniem – nie. Był to występ przegadany i rozwodniony, mogący służyć za podręcznikowy przykład przerostu formy nad treścią. Szkoda, bo między kolejnymi filozoficznymi dysputami panowie potrafili na krótkich odcinkach budować wciągające, pełne napięcia opowieści, oparte na plemiennych bębnach i szorstkim, metalicznym brzmieniu gitar. To jednak zaledwie epizody. Zazwyczaj Albini udawał, że jest samolotem albo rozprawiał o tym, że chociaż kocha ludzi, to gdyby za pomocą jednego guzika miał możliwość zmiecenia wszystkiego z powierzchni ziemi, zrobiłby to. Klasyczny dylemat moralny. Nie da się ukryć, że szum po wydaniu „Litourgiya” przybrał monstrualne rozmiary, a patrząc po stężeniu okołocerkiewnych t-shirtów przemierzających w piątkowy wieczór offowe tereny, ze spokojem sumienia można stwierdzić, że była to jedna z najbardziej oczekiwanych sztuk dnia. W ciasnym i dusznym namiocie rozegrała się prawdziwa uroczystość, z kadzidłem, chóralnymi zaśpiewami i wznoszonymi modłami. Jasne – cepelia pozostaje cepelią, wiadomo, na kim w kwestiach wizualnych grupa się wzoruje i że, w gruncie rzeczy, wszystko to już kiedyś było. Trzeba jednak przyznać, że przedstawienie zasysa i oszałamia, syci zmysły, a i samemu materiałowi klasy odmówić nie sposób. Nawet, jeżeli to black metal w wersji dla początkujących – przestrzenny, melodyjny i momentami bujający, w kategoriach zjawiska Batushkę należy docenić.Shellac

WÓR PEŁEN WSZYSTKIEGO  Przydaje się. Trafiają doń rzeczy, które – jak na złość – nie chcą poddać się klasyfikacjom, albo te, na których nieco się zawiodłem. Bo i tak bywało… Bitamina grała wcześniej tego roku na Open’erze, dodatkowo – nazwa znana uchu i przyjemnie się kojarząca, toteż pełen pozytywnych przeczuć udałem się pod scenę Miasta Muzyki. Pragnąłem zobaczyć grupę, która wie, dokąd zmierza, natomiast wyszło, jak wyszło – Bitamina jawi mi się zespołem wciąż poszukującym własnej tożsamości, lawirującym między hip – hopem, jazzem, radiową alternatywą czy… reggae. I w żadnej z tych stylistyk nie mogącym zagrzać miejsca na dłużej. Koncert naznaczony manieryzmem i pewną egzaltacją, choć przebłyski czegoś więcej były. Przy tej nazwie stawiam znak zapytania. Inaczej ma się sprawa z Ulrika Spacek. Lektura kilku singli z drugiej, nadchodzącej płyty grupy przekonała mnie, by występ Brytyjczyków przedłożyć nad post – rockowe Spoiwo. Cóż to była za pomyłka! Ulrika zaprezentowała się bezbarwnie i nieprzekonująco, a o rozmiarach tej katastrofy wiele mówi fakt, że najlepiej zespół prezentował się, uciekając w przeciętny, nieodkrywczy i schowany pod grubą warstwą fuzza garaż. Mam natomiast problem z Sheer Mag. Owszem, o zawodzie mowy być nie może – w swoim fachu grupa raczej nie ma sobie równych. Zabrzmiała energicznie i swobodnie. Problem w tym, że fach ów zwie się hard rockiem… W tym miejscu zaczynają się schody. To granie proste, by nie powiedzieć: trywialne, wyzbyte jakiegokolwiek drugiego dna czy smaczków. Chciałbym odrobiny choć wariacji na dobrze znany temat, ale nic takiego nie nastąpiło. Z drugiej strony, burzyłem się wcześniej, że na OFFie powinno być miejsce na wszystko… Zatem – na hołdowanie tradycjom rachitycznej gitary także. Podobny konflikt – zderzenia oczekiwań z rzeczywistością – zaistniał w przypadku Preoccupations. Po kapeli, która nosiła wcześniej nazwę Viet Cong, spodziewałem się jednak odrobiny więcej ciężaru i brudu. Miast dźwiękowej konfrontacji, otoczyły mnie omamy oraz wizje. Halucynacje, jakie mogłyby nawiedzać jankesów schwytanych przez miejscowych w niewolę i pojonych jakimś nieznanym specyfikiem. Rzecz tajemnicza, rozmarzona i wysmakowana, w ostatecznym rozrachunku – niezła, choć dosyć daleka moim wyobrażeniom. Takim worem pełnym wszystkiego można także nazwać OFF Festival. Bo przecież różnorodność i rozstrzał gatunkowy naprawdę mogą imponować. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy tegoroczna edycja była bardziej gitarowa, niż choćby poprzednia – całe postrzeganie sprawy zależy w głównej mierze od wyborów słuchacza i tego, pod którą scenę zechce skierować swoje kroki. Cieszy fakt, że jedynym kluczem doboru artystów jest ich klasa i że (w przytłaczającej większości) wybory organizatorów należą do trafnych. Niektóre z wystąpień wprawiają w osłupienie, inne zachwycają „zaledwie” zgodnie z planem. W każdym razie, ciężko o tygiel równie obfity w przeróżne muzyczne odkrycia…Preoccupations

P. S. Był jeszcze Rojek, Kwadrofonik i „Symfonia przemysłowa nr 1”, których nie chciałem upychać gdzieś po macoszemu, a zmilczeć podobne zdarzenie byłoby grzechem nawet cięższym. Była to magia. Odrealnione, senne dźwięki idealnie dopełniły obraz piękny i straszny zarazem.

Adam Gościniak

Zdjęcia: Marcin Pawłowski