OFF FESTIVAL – Muzyczny piknik

Czekało się, czekało… Ale już po OFF 2016 i można: wspominać, komentować, porównywać i narzekać. Tak, ten ostatni element, jakże swojski i ukochany przez moich krajan w tym roku dominował. Dobrze to czy źle? Mamy demokrację, więc każdy może opinię swoją wyrazić. Ja też, tym bardziej, że merytoryczną stronę tegorocznej imprezy dobrze skomentował kolega Michał.

Festiwal zawsze będzie specyficzną formą prezentacji dokonań artystycznych. Dreszczyku emocji dodaje fakt, że nie chodzi tu tylko o dyspozycję zespołów, ale często o zwykły przypadek. O porę koncertu, warunki atmosferyczne itp. Bo nawet najlepszy wykonawca polegnie w starciu z dużym słońcem albo deszczem. W tym roku było podobnie – wygrali ci, co mogli zaprezentować się wieczorem, w dobrej oprawie świetlnej; to powodowało, że występy zyskiwały ze 40% jakże potrzebnego klimatu. Off z roku na rok robi się coraz bardziej eklektyczny, rozstrzał artystów bardzo duży, w tym roku z naciskiem na wszystko co związane z szeroko pojętą elektroniką. Zresztą, zważywszy na tłumy przed sceną T-Mobile Electronic Beats, trudno się dziwić. Z cyklu dla każdego coś miłego, pojawiło się jak zwykle paru wykonawców stricte gitarowych, był black i death metal, mocny rock, szczypta indie i reprezentanci shoegaze. No i cała masa zaskakujących szaleńców, dziwaków, outsiderów i arogantów, którzy powodują, że ta impreza jest tak intrygująca.R10ccL

Dominowały jednak kontrowersje i narzekania, zatem od nich zaczynamy…

Nie dziwię się, że tak duża impreza budzi różne reakcje. To w sumie normalne, jednak w tym roku pewne aspekty festiwalu trochę mnie zniesmaczyły. Zaczęło się przed imprezą, i to wcale nie z powodów muzycznych. Po raz pierwszy – i zapewnie nie ostatni – w festiwalowe życie wkradła się polityka. Pojawienie się panelu dyskusyjnego pt „żołnierze wyklęci” – jednego ze sztandarowych tematów, wałkowanych przez nową władzę, wzbudziło spory i w zasadzie śmieszny odzew ze strony przyszłych uczestników. Że niby jak to… Większy uśmiech wzbudziły jednak reakcje ludzi z branży, wydawałoby się, teoretycznie bardziej rozsądnych, którzy w obliczu zmian politycznych w tym kraju poczuli, że mają wreszcie przed sobą kolejną możliwość zdobycia opozycyjnych szlifów. Być może powinienem zrozumieć te nerwowe/histeryczne reakcje, ale nie potrafię. Festiwal ma to do siebie, że każdy może – jeszcze – robić co chce, słuchać czego chce i uczestniczyć w tych wydarzeniach, które są dla niego ciekawe. Jeśli komuś nie podoba się taka czy inna atrakcja, to po prostu z niej rezygnuje, zamiast robić raban na całe internety. Zresztą, w podsumowaniu można stwierdzić, że każdy z narzekających może przecież zorganizować własny festiwal, zgromadzić środki, zaprosić artystów i zderzyć się z oporną, krajową materią. A potem narzekać w cholerę. Uważam, że Artur Rojek nadal nie przekroczył magicznej granicy oddzielającej komercję od alternatywy i jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie zanim to się stanie. Nawet zaproszenie Brodki – kolejnego punktu zapalnego – tej sytuacji nie zmieni. Akurat – wbrew niektórym krytykom, uznającym występ Moniki za ch… – uważam sztukę za całkiem udaną i każdemu artyście życzę takiego zestawu muzyków w zespole. Jasne – było może troszkę pretensjonalnie, ale Brodka jako jedyna w 100% wykorzystała przestrzeń jaką jej dano i zapełniła dużą Scenę Miasta Muzyki  w niemal teatralny sposób. Chciałem zobaczyć jak na żywo wypadnie trudna do zagrania płyta Clashes i jestem usatysfakcjonowany. Dziewczyna wykorzystuje swoje pięć minut i robi to w ciekawy sposób. Bo jest w tym trochę sacrum, kejwowskiej maniery, może lekkiego zadęcia, ale z jakim rozmachem podanego. Paradoksalnie, artystka, która wyraźnie cieszyła się z występu na tym właśnie festiwalu, spotkała się z wieloma negatywnymi opiniami. Niezasłużonymi. Dużo bardziej dziwne było dla mnie zaproszenie np. Napalm Death, który nie dość, że występuje często w tej części świata, to jakoś mi tu nie pasował. Choć oczywiście jest klasą samą w sobie. Nie rozumiem za to pojawiających się tu i ówdzie opinii, że udział dinozaurów z Mudhoney był kiepskim posunięciem. Osobiście wole żywotne oryginały niż całe rzesze naśladowców, podobne zresztą odczucia mam w stosunku do Lush, przenoszących słuchaczy w czasy, kiedy shoegaze miał swoje pięć minut…Brodka

I tu dochodzimy do kolejnej kontrowersji, po doborze lajnapu – chodzi o odwoływane koncerty. Oj, dostało się Rojkowi za te zmiany, dostało, choć w zasadzie nie sądzę by mógł coś zrobić. Jasne, żałuję, bo bardzo chciałem zobaczyć i The Kills i Anohni a to właśnie te gwiazdy sprawiły zawód, szczególnie druga pani (pan?), bo do Katowic dojechała, ale choroba zatrzymała ją w hotelu. I co miał zrobić Rojek? Przekładał występy, przepraszał… Choć nie wiem czemu, bo to w sumie nie jego wina i nie jest prorokiem, żeby przewidzieć takie czy inne atrakcje. Takie niespodzianki może zgotować każdy artysta – i ten z górnej i ten z dolnej półki… O zamieszaniu w temacie występów raperów nie piszę, bo przecież wiadomo, że to nieprzewidywalni artyści a mnie osobiście szczekaczy jakoś nie brakowało. Zresztą, w tym Feral Treestemacie sprawę załatwił Sleaford Mods. W pierwszym momencie żenujący, ale zostałem na koncercie i dobrze się bawiłem. Choć płyty w samochodzie sobie nie odpalę. Obok Brodki najmilej wspominał będę występ moich ulubieńców z Minor Victories, bo zobaczyć na jednej scenie muzyków Slowdive i Editors to super sprawa. Odkryłem też coś dla siebie w postaci duetu Sotei (elektronika plus żywy pałker) czy TaxiWars, choć ten zespół poległ w zderzeniu z nie do końca idealną akustyką trójkowego namiotu. Dobrze zagrał The Feral Trees, tu także dużo większe wrażenie byłoby po zmroku. I tak można w kółko, bo wykonawców cała masa. Nie widziałem wszystkich, ale to co udało mi się zobaczyć, wystarczy, by uznać Off za idealne miejsce dla moich aktualnych, muzycznych zapotrzebowań. Tym bardziej, że fascynujący jest kontekst. Nie ukrywam, że jakiś czas temu zaczęły mnie mierzić spędy metalowe, głównie ze względu na nie do końca pasujący klimat, sprowadzający się do imprezowego aspektu, tymczasem na Ofie było niemal piknikowo, a ku mojemu zaskoczeniu, ludzie… rozmawiali o muzyce, faktycznie interesując się wydarzeniami na scenach a nie tylko tym, czy w zasięgu reki jest dostępna wódka albo inne używki. To też bardzo cieszy.

Podsumowując – nie narzekam na muzykę a raczej na malkontenctwo różnych, mniej lub bardziej znanych przedstawicieli tego biznesu. Ok, jasne, miałem ‚”wjazd” akredytowany, był fajny backstage, ale i tak nie wpływa to zbytnio na moje nastawienie. Udzieliła mi się atmosfera, deszcz nie przeszkadzał aż tak bardzo, co chciałem, zobaczyłem i zapisałem w kajeciku nowe nazwiska. Żałuję, że z przyczyn obiektywno/technicznych nie zobaczyłem Liima, bo, sądząc po płycie, mógł to być ciekawy występ… Za rok – jeśli D.Z. nie wejdzie tu z butami – znowu pojawię się w Dolinie Trzech Stawów…   (Arek Lerch)off

Katowicki festiwal planowałem rozpocząć od koncertu So Slow, na który jednak nie udało mi się dotrzeć (wybacz, Arek) – w czasie, gdy byłem macany przez ochroniarza, zespół schodził już ze sceny. Na pierwszy ogień poszedł zatem projekt Zimpel/Ziołek. Mam słabość do koncertów Kuby, nawet, jeśli jego aktywność ogranicza się praktycznie tylko do kręcenia gałkami i okazjonalnego brzdąkania na gitarze i nawet, jeśli to nie on gra przysłowiowe pierwsze skrzypce. Albo saksofon, bo to właśnie tym instrumentem w większości posługiwał się Zimpel. Występ obu panów rozwijał się dość niespiesznie, również dlatego, że tego typu muzyce wybitnie służy jak największa kameralność, jednak z utworu na utwór między muzykami tworzyła się coraz większa chemia, wszystko zaczynało pięknie płynąć, by na samym końcu osiągnąć fantastyczną kulminację. Nie sądzę, by z namiotu wychodziło zbyt wielu zawiedzionych ludzi.

Ciężki orzech do zgryzienia mam natomiast przy występie Willisa Earl Beala. Z jednej strony mieliśmy bardzo nietypowe podejście do słuchaczy (m.in. wyraźna sugestia, by nie klaskać), z drugiej show był bardziej czymś w rodzaju performance’u niż typowego koncertu muzycznego. Beal był na scenie sam, co skrzętnie wykorzystywał, prezentując, hm… dość oryginalne układy taneczne, w których z umiłowaniem wykorzystywał wszystkie przedmioty, jakie wpadły mu w ręce. Odniosłem jednak wrażenie, że było to nieco zbyt pretensjonalne oraz bezpośrednie i nachalne, przez co muzyka poniekąd została zepchnięta na dalszy plan. Do tej pory mam mocno mieszane uczucia.cZO4DB

Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że koncert Clutch był jednym z lepszych festiwalowych gigów, a już na pewno należał do tych najbardziej żywiołowych. Jasne, spodziewałem się, że na scenie będzie przysłowiowy ogień, jednak nie sądziłem, że Neil Fallon rozkręci ten koncert aż tak bardzo. Prawdę mówiąc, nie wiem, na ile to zasługa wysokooktanowej muzyki Clutch, a na ile sprawił to fakt, że facet po prostu świetnie się bawił i jego entuzjazm najzwyczajniej w świecie udzielił się ludziom. W każdym razie, najistotniejsze jest, że nawet pomimo bardzo wyśrubowanych oczekiwań względem występu Clutch, ani trochę się nie zawiodłem. Wszystko brzmiało jak należy, Fallon świetnie spisał się wokalnie, nie można mieć też żadnych zastrzeżeń odnośnie tracklisty. W tym przypadku wygrał rock’n’roll.

Nie zawiedli także Brytyjczycy ze Sleaford Mods. Co ciekawe, koncert duetu był niezwykle punkowy, głównie za sprawą Jasona Williamsona i chyba przede wszystkim ten uliczny styl tak mnie urzekł. Zarówno muzyka, jak i postawa Sleaford Mods jest wręcz idealnym przykładem brytyjskiej łobuzerki – coś a’la „Hooligans”. Studyjnie Brytyjczycy nie przekonują mnie do końca, na żywo jednak zdają się być na tyle autentyczni, że ciężko było się nie pobujać chociażby do „Tied Up In Nottz”. Po prostu electronic munt minimalist punk-hop rants for the working class.93F57b

Występ Napalm Death był dokładnie taki, jaki miał być – właściwie niezapamiętany, bo pierwsze, co zrobiłem, to wjebałem się w sam środek młyna. Nie wiem, czy brzmieli dobrze, czy do dupy, nie jestem pewien wszystkiego, co zagrali, zarobiłem w jaja i podarłem buty, ale i tak bawiłem się wybornie. Wiem jedno – mimo olbrzymiego doświadczenia, weterani z Napalm Death mają ciągle w sumie mnóstwo energii i wkurwienia, którym spokojnie mogliby obdzielić przynajmniej z tuzin zespołów. Jedyne, co mnie trochę wkurwiało, to niezbyt wyszukane monologi Greenwaya, ale cóż, taka jest specyfika gatunku i trzeba przełknąć tę gorzką pigułkę. No i skarpety miał świetne. To nie jest bez znaczenia. Po Napalm Death chciałem się jeszcze zajrzeć zarówno na Banharta, jak i na Yung Leana, zaczęło jednak padać i stwierdziłem, że w moim wieku trzeba już uważać, żeby się czasem nie przeziębić, a ani na jednym, ani na drugim jakoś bardzo mi nie zależało. Nie będę oszukiwał – nie dla headlinerów przyjechałem na Offa (a tych – w większości – przecież i tak nie było).Napalm

Drugi dzień rozpocząłem od koncertu Jaaa! i zupełnie nie wiem, co mam na ten temat powiedzieć, ponieważ muzyka projektu to niekoniecznie to, czego słuchałbym codziennie. Na koncert wybrałem się na zasadzie: „Nie wiem co to, sprawdzę”. Pomijając już kwestie stylistyczne, nie był to najlepszy występ, na jakim byłem w życiu, aczkolwiek doceniam ręcznie wykonaną scenografię. Gdyby przed festiwalem ktoś kazałby mi wskazać ewentualnego czarnego konia, byłbym skłonny sobie rękę uciąć za Goat. I wiecie co? I bym teraz, kurwa, nie miał ręki. Japończycy srogo mnie rozczarowali, grając po prostu… mało porywająco. To już druga sytuacja, obok Zeni Geva, gdy japoński zespół w wersji koncertowej zupełnie mnie nie przekonuje. Być może to kwestia swego rodzaju bariery kulturowej i pewnego zamknięcia na odbiorcę, które wydają się być charakterystyczne dla muzyków pochodzących z Azji, a być może głównym problemem były moje wygórowane oczekiwania. No ale jeśli zespół ma taką nazwę, to po prostu musi na żywo być sztosem…

Egipski Islam Chipsy to kolejny projekt odmienny kulturowo i dlatego stosunkowo atrakcyjny dla przeciętnego offowicza. O ile jednak Goat w samej muzyce przemyca niewiele elementów tożsamych dla swojego miejsca pochodzenia, tak dla Islam Chipsy niezwykle ważnym elementem jest „ludowość”. Podstawą twórczości Egipcjan jest rytm, co w połączeniu z charakterystyczną arabską melodyką tworzy połączenie wręcz idealne na duży festiwal. Egzotyczny projekt porwał zdecydowaną większość publiczności – tańczyli właściwie wszyscy. Sami muzycy też świetnie się bawili, ewidentnie czerpiąc z entuzjazmu publiki. Nie wiem, jak to wyglądało podczas drugiego występu Islam Chipsy, gdy chłopaki zastępowali na głównej scenie The Kills. Na Leśnej, to znaczy na Electronic Beats dali radę, nawet jeśli studyjnie ich propozycja może przypominać kebaba – niby się najesz i w sumie Ci smakuje, ale jednak trochę wstyd, że jesz coś takiego.

Natomiast jeśli chodzi o Lush, byłem pewny, że mi się spodoba. Musiałaby się zdarzyć jakaś katastrofa, nie wiem, brak prądu, cokolwiek. Po prostu cholernie lubię ich piosenki, więc nie było bata, że cokolwiek zabierze mi przyjemność z ich słuchania. To nie był porywający występ; prawdopodobnie w innych okolicznościach stwierdziłbym wręcz, że zespół zaprezentował się rozczarowująco. Kiedy jednak po prostu chcesz posłuchać piosenek i trochę się posmucić, tylko naprawdę fatalne wykonanie mogłoby to spieprzyć. No i to faktycznie momentami było średnio, ale nie na tyle, by odebrać mi godzinkę lekkiej depresji.

Występ Jaga Jazzist chętniej oglądałbym w bardziej kameralnych warunkach. Nie jestem przekonany, czy jest to muzyka stworzona do grania na dużych scenach. W ogóle z nu jazzem mam taki problem, że o ile w domu mogę posłuchać takiej muzyki, tak na żywo raczej mnie ona nudzi. Jaga Jazzist na szczęście nie nudzili.

No, a ogólnie to tego dnia – obok Lush – najbardziej czekałem na występ Mgły. Nigdy wcześniej jeszcze nie widziałem krakowskiej grupy na żywo, a zarówno „Exercises In Futility”, jak i (zwłaszcza) With Hearts Toward None to dla mnie absolutna czołówka tego typu grania. Było bardzo fajnie zagrane „Exercises In Futility II”, wcale nie gorsza „V” z tego samego albumu, absolutny sztos w postaci „I” z „With Hearts…”, przyzwoicie odegrana „I” z zeszłorocznego albumu. Oczywiście był mrok i były zasłonięte twarze. Niestety, było również nieczytelnie, gdzieś mi ginęły gitary, momentami – zwłaszcza na początku – także wokale, ale mam nadzieję, że wynikało to z tego, że stałem bardzo blisko sceny. Wierzę, że dalej wszystko brzmiało lepiej, no ale… Musiałem zobaczyć.EeTceA

Tego dnia chciałem się wybrać jeszcze na koreański Jambinai, jednak nie ogarnąłem, że koncert przeniesiono na inną godzinę i inną scenę, zapychając w ten sposób dziurę po GZA. Ponoć mogę żałować.

Niedzielę rozpocząłem leniwie, od wylegiwania się na trawce przy muzyce Lotto, natomiast aktywniejszy udział wziąłem dopiero w koncercie Lightning Bolt. Goście grają we dwóch, a hałasu robią co najmniej za dziesięciu. To był kapitalny, nieprawdopodobnie energetyczny, głośny i szybki koncert. Tu nie było czasu na odpoczynek, nie było chwili wytchnienia, były natomiast perkusyjne popisy Briana Chippendale’a i mocne partie basu Briana Gibsona. Dla mnie bez wątpienia najlepszy koncert festiwalu, który – trochę niechcący – kojarzyć mi się będzie też z uśmiechniętym cały czas Maćkiem Nowackim z Kaseciarza, który gibał sobie koło mnie. Ja też, z nieustannym bananem, trząsłem się jak pojebany, próbując jakimś cudem nadążyć za Chippendale’m i przy okazji nie urwać sobie karku. Mówiłem już że to koncert festiwalu? No to mówię jeszcze raz.

Zupełnie inny był natomiast występ Księżyca. To kolejny projekt, który zasadniczo większość potraktuje w formie swego rodzaju festiwalowej ciekawostki, chyba nie doceniając w pełni tej muzyki. Kameralność – tego potrzebowali muzycy Księżyca, a właściwie nieco innego klimatu niż trójkowy namiot. Mimo to poradzili sobie świetnie. Nie wiem, jak można było nie dać się oczarować. Zespół raz hipnotyzował ambientowymi tłami, kiedy indziej motał dźwiękami inspirowanymi rodzimym folkiem, nade wszystko jednak kreował klimat tyleż smutny, co momentami upiorny.

Będąc w kosmicznych klimatach, przenieśmy się na scenę Electronic Beats, gdzie przed północą ulokowali się Islandczycy z Kiasmos. Trzeba im oddać to, co ich – wiedzą, jak świetnie wyglądać. Wizualnie zaprezentowali się fantastycznie, gra świateł mogła robić wrażenie, przede wszystkim natomiast współgrała z muzyką, która – choć podparta wyraźnym rytmem – często uciekała się do ulotnych, nostalgicznych melodii. Był to więc zarazem koncert, podczas którego można było potańczyć, ale równie dobrze słuchać i dawać się hipnotyzować nie tylko dźwiękom, ale także świetnej oprawie wizualnej.zTW4ZR

Czytając relacje z Offa, najbardziej w oczy rzucają się elaboraty o odwołanych koncertach i faktycznie, ciężko się nie zgodzić, że nieobecność czterech (!) artystów, w tym dwóch headlinerów (!!), z których jeden odwołuje koncert na dwie godziny przed wyjściem na scenę (!!!) z pewnością musiał być bolesnym kopniakiem w jaja dla organizatorów. Wydaje mi się, że to już samo w sobie jest na tyle nieprzyjemne, że nie widzę większego sensu w pastwieniu się nad tym, jak bardzo brakowało mi The Kills czy Wiley. Nie brakowało, bo czy bez nich ten festiwal byłby dla mnie lepszy? Nie, bo i tak nie wybrałbym się na ich koncerty. Brak Anohni był jednak rozczarowaniem, bowiem po udanej Hopelessness miałem dość wyostrzony apetyt. Zamiast tego, na głównej scenie pojawili się Thundercat, których propozycja muzyczna była dla mnie niezwykle irytująca. Spróbowałem więc Flatbush Zombies. Nie lubię hip hopu i po tym koncercie na pewno to się nie zmieni. Mimo to chłopaki dali naprawdę dobry koncert – owszem, stricte hip hopowy, odwołujący się do powszechnie znanych technik rozruszania publiki, które okazały się jednak bardzo skutecznie. Zapewne, gdyby w tym samym czasie na głównej grała Anohni, w namiocie Trójki ilość uniesionych rąk nie robiłaby takiego wrażenia.

Jedenasta edycja Off Festivalu należała chyba do najbardziej pechowych i o tyle specyficznych, że największe gwiazdy – mimowolnie – musiały ustąpić pola zespołom drugiego planu. To, mimo wszystko, na swój sposób było piękne. Inną sprawą jest, czy ci wykonawcy dali radę to udźwignąć – patrząc na skromną grupkę podczas występu Thundercat, chyba niekoniecznie. Mimo wszystko tegoroczny Off był bardzo udany, bo jednak wszystkie kwestie pozamuzyczne, typu te pierdolone kubki do piwa, w obliczu naprawdę dobrych koncertów stają się zupełnie nieistotne. (Michał Fryga)

Zdjęcia: Michał Fryga/Arek Lerch