NOTHING – Podziemie kwitnie

Jest parę zespołów, na których koncert jestem w stanie ruszyć dupę i zazwyczaj nie są to nazwy, które elektryzują tłumy. Ba, w zasadzie sam nie jestem w stanie wytłumaczyć, co mnie w danym momencie wykopuje z domu. Nothing to właśnie taki zespół. Ani specjalnie znany, łapiący się wprawdzie na falę szugejza, jednak pozostający w samym środku podziemnej, typowo klubowej sceny. Jeśli coś mnie w nim pociąga, to chyba autentyzm, bo ci goście są faktycznie dość mocno poobijani przez życie i to ładnie łączy się z muzyką. Innych powodów nie znajduję. Termin koncertu był brutalny – wakacje, w dodatku tzw. długi weekend, dlatego raczej nie obawiałem się, że ktoś zgniecie mi tego wieczoru jajca.

Nothing, Cocaine Piss, Kapitan Korsakov, Warszawa, Klub Pogłos, 14.08.2017r.

Choć początek był jak zwykle brutalny. Źle nastawiony zegarek, wizyta u chirurga, konieczność powrotu do domu po dokumenty (nie będę ryzykował rejzy autem bez papiera w długi weekend…) i parę tym podobnych zdarzeń spowodowały, że do klubu wchodziłem bezpośrednio na Nothing. W dodatku przed Pogłosem rozgrywała się także malownicza scena z udziałem rowerzystów, kierowców i policji (klasycznie: dwukółkowcy starli się z czterokółkowcami), ale to zostawmy odpowiednim władzom. W klubie całkiem przyjemnie – spodziewałem się wiejącego wiatru a tu spora gromadka młodzieży. Wprawdzie ścian nie rozerwali, ale zapewnili suport muzykantom. Cocaine Piss i Kapitana Korsakova nie słyszałem, więc się nie wypowiadam, merch tym razem zaskakująco bogaty a i nastroje w klubie całkiem niezłe. Trochę znajomych, niektórzy już w innych wymiarach, ale przecież o to chodzi.  Nothing

Czteroosobowy skład Nothing wytoczył się na scenę i zgodnie z przewidywaniami, był także dość mocno nafaszerowany różnymi substancjami, co na szczęście nie przeszkodziło w odegraniu niezłej sztuki. Zespół o wyglądzie typowej, hardcore’owej załogi, zero scenicznych fanaberii, wizualizacji i jakichkolwiek upiększeń. Dwa małe Fendery i piec basowy, skromne bębenki. W zasadzie nic interesującego. Ale zagrali konkretnie, łącząc szugejzową blazę, punkowy brud i sporą dawkę hałasu w piękne piosenki. Jasna sprawa, że szczególnie kompozycje z ostatniej, dość wygładzonej płyty na żywca zyskiwały dodatkowy pazur, jasne, że ginęły w ogólnym zgiełku wokale, ale całość miała odpowiedniego kopa (szczególnie fragmenty debiutu) i trafiła na podatny grunt, bo młodzież ruszyła w tany. Miły widok. Zespół też zadowolony, choć momentami odnosiłem wrażenie, że szczególnie Domenic nie do końca wiedział, gdzie jest a o tym, że to Warszawa, ktoś mu napisał na kartce. W zasadzie jestem zadowolony, być może brakowało mi trochę dramaturgii, bo zespół robił dość duże przerwy między numerami, co wyglądało trochę, jakby zastanawiali się co dalej zagrać. Z drugiej strony – cały ten lekko senny i wycofany imidż muzykantów pasował do dawki hałaśliwego szugejza.

I taki to był koncert. Typowa klubówka, która pewnie nie będzie zaliczana do koncertowych wydarzeń roku, jednak jestem zadowolony, że Nothing przyjechał do Polski o czasie, mając na koncie fajne płyty i w momencie, kiedy cała ta shoegaze’owa zawierucha ze Slowdive czy Ride na czele jest jeszcze całkiem ciepła i nikt ich nie zamordował. Nie rozczarowałem się, bo w zasadzie dostałem dokładnie to na co liczyłem.

Arek Lerch