MORBID ANGEL ‒ Cyrograf wciąż w mocy

W 1993 roku wydali album, który uczynił z nich potęgę i stał się kamieniem milowym death metalu. Aby upamiętnić dwudziestą rocznicę ukazania się „Covenant”, zespół ruszył w trasę, podczas której prezentuje jego zawartość w całości, od A do Z. Nadarzyła się więc wyjątkowa okazja, aby zmierzyć się z utworami, których część publiczności nigdy wcześniej nie słyszała na żywo. Polscy fani mieli wiele powodów do radości, gdyż trasa dotarła do aż trzech polskich miast: Gdańska, Warszawy oraz Katowic.

Morbid Angel, Azarath, Ogotay – Progresja, Warszawa, 21 listopada 2014

W ekstremalnym, muzycznym święcie oprócz głównych bohaterów udział wzięły dwa polskie supporty. Rola otwierającego przypadła gdańskiej grupie Ogotay, w skład której wchodzą dawni muzycy Yattering, Pandemonium czy Mess Age. TwórcyOLYMPUS DIGITAL CAMERA albumu Eve of the Last Day weszli na zastawioną sprzętem scenę punktualnie o 19. Powoli gromadzącą się publiczność zaatakowali brutalnym, ciężkim death metalem pełnym ciekawych pomysłów i stojącym na niebagatelnym poziomie technicznym. Mimo pewnych niedociągnięć brzmieniowych, które są częstym problemem zespołów otwierających, występ mógł się podobać dzięki energii i zaangażowaniu muzyków. Znany z Yattering wokalista/basista Świerszcz utrzymywał dobry kontakt z publicznością i nie szczędził dedykacji. Ważnym gestem było przypomnienie fanom o wspieraniu akcji charytatywnej na rzecz Covana (ex-Decapitated). Mimo, że tłum nie był jeszcze rozgrzany, 30-minutowy występ Ogotay spotkał się z należytym przyjęciem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERANastępnie zgromadzeni w Progresji mogli przekonać się jak brzmi piekło – scenę opanował Azarath. Czołowi gracze polskiej sceny deathmetalowej bez zbędnych ceregieli uderzyli utworem „Supreme Reign Of Tiamat” otwierającym ich ostatni, znakomity album Blasphemers’ Maledictions, z którego później zagrane zostały jeszcze takie bomby, jak „Holy Possession” i „Firebreath Of Blasphemy And Scorn”. W tym ekstremalnym, ponurym i bezlitosnym występie nie zabrakło również fragmentów wszystkich pozostałych albumów. Z debiutu „Demon Seed” zespół zaserwował „Doombringer”, album „Infernal Blasting” reprezentowały „Infested With Sin” oraz obowiązkowy „Christscum”. Z nieokiełznanego „Diabolic Impious Evil” z furią odegrano to, co najlepsze: „Whip The Whore”, „Devil’s Stigmata”, “Baptized In Sperm Of The Antichrist” oraz “For Satan My Blood”. Pojawiły się też fragmenty „Praise The Beast” w postaci utworów „Sacrifice Of Blood” i „Azazel”. Ożywienie pod sceną dało do zrozumienia, że taki zestaw trafił w gusta zgromadzonych. Bestia z Tczewa, mimo nieco odmienionego składu, nie straciła żadnego ze swych atutów. Stali muzycy: Bart i Necrosodom wspierani przez znanego z Witchmaster i Christ Agony basistę Reyasha oraz słynącego z huraganowego bębnienia w Infernal War perkusistę Stormblasta dokonali 40-minutowego aktu deathmetalowego terroru – tego, czego od nich oczekiwano. Dzieło zniszczenia dokonane, a rozgrzana publiczność gotowa na to, co miało nastąpić już za kilka chwil – zderzenie z kultem!

Każdy koncert Morbid Angel to wielkie wydarzenie, gwarancja profesjonalizmu i ekstremalnego widowiska metalowego najwyższej klasy, które przyciąga fanów z różnych grup wiekowych. Tym razem dla starszych fanów miała to być sentymentalna podróż, a dla młodszych surowa lekcja, prowadzona przez profesorów.

Cyrograf wciąż w mocy

Cyrograf wciąż w mocy

Amerykanie punktualnie o 21 weszli na scenę i kvlt zaczął sączyć się z głośników. Od pierwszych sekund „Rapture” pod sceną rozpętało się piekło i tym samym prezentacja całości albumu „Covenant” stała się faktem. Siła i precyzja, z jaką grają ci niemłodzi już panowie, robi wielkie wrażenie i nadal pozostawia daleko w tyle większość wojowników na deathmetalowym polu bitwy. Zespół atakował kolejnymi klasycznymi kompozycjami, pogłębiając szaleństwo wśród publiczności. „Pain Divine”, “World Of Shit”, “Vengeance Is Mine”, “Lion’s Den”, “Blood On My Hands” – tu nie trzeba czarowania, czy jakiejś otoczki, ponieważ muzyka broni się sama! Warto zauważyć, że najbardziej gorąco zostały przyjęte piosenki z drugiej połowy albumu: heavymetalowo-punkowy „Angel Of Disease”, ozdobiony piękną solówką „Sworn To The Black” oraz potężny i ponury, zamykający płytę, „God Of Emptiness”.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Długa owacja zakończyła pierwszą część wyjątkowego koncertu. Obcowanie z całością „Covenant” na żywo musiało być spełnieniem marzeń wielu fanów, dla których jest to najważniejszy album w dorobku amerykańskich mistrzów. Atmosfera w klubie była tak gorąca, że wymuszone oczekiwanie i budowanie napięcia było całkowicie zbędne. Morbidzi nie schodząc ze sceny od razu rozpoczęli drugą część koncertu, opartą o utwory ze wszystkich pozostałych albumów. Tak – wszystkich! Najpierw „Where The Slime Live” z „Domination”, dalej rozpędzony “Bil Ur-Sag” z “Formulas Fatal To The Flesh”. Następnie dwie niespodzianki z albumów nie granych na żywo od powrotu frontmana Davida Vincenta i nagranych bez jego udziału: potężny i pełen rozmachu „Ageless Still I Am” z „Gateways To Annihilation” oraz „Curse The Flesh” z „Heretic”. Te utwory mogły być dla wielu zaskoczeniem, ale reakcje publiczności udowodniły, że pozytywnym. Każdy wykonany kawałek wypadł znakomicie i porażał niesamowitą energią. Tim Yeung grał jak natchniony. Znęcając się nad swoją perkusją dawał popis sztuki cyrkowej i instrumentalnej wirtuozerii, a przy tym cały czas utrzymywał kontakt z publicznością. W przeciwieństwie do Treya Azagthotha – gitarzysty i mózgu zespołu, jak zawsze schowanego trochę w cieniu, za bujną czarną czupryną. Brzmienie jego gitary rozrywa na strzępy i jest zawsze niepowtarzalne, a każda partia solowa to ucieczka w odległe zakątki wszechświata. Ten gitarowy szaleniec nadal fascynuje umiejętnością wydobywania z instrumentu dźwięków niepodobnych do czegokolwiek innego. David Vincent zawsze pełen pozytywnej energii i dobrego humoru robił na scenie show, zachęcając fanów do zabawy, a Thor Anders Myhren dzielnie piłował kolejne zabójcze riffy i świetne solówki.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pochodzący z ostatniego, kontrowersyjnego albumu Illud Divinum Insanus utwór „Existo Vulgore” stylistycznie dobrze wpasował się w wypełniony klasykami repertuar i został przyjęty aplauzem. „Immortal Rites” z charakterystycznym, wyśpiewanym przez publiczność motywem i „Fall From Grace” zakończyły to doskonałe, trwające 80 minut deathmetalowe widowisko, po czym zespół pożegnał się z fanami. Mało… Tego zawsze jest mało… Nikt nie chciał wychodzić z klubu, a zabawa pod sceną trwała nadal. Morbid Angel już jednak na scenę nie wrócili. Może za rok, albo dwa. Dwudziesta rocznica wydania „Domination” tuż tuż, więc znów będzie co świętować.

Tekst & zdjęcia Łukasz Popławski