MGŁA – Świeża transfuzja

Czasem aż chce się założyć konto na tym popularnym amerykańskim portalu randkowym choćby po to, aby na bieżąco czytać gorzkie żale podstarzałych metalowców, którym źli ludzie kradną ich ukochaną muzykę. „Olaboga, Mgły słuchają hipsterzy, Euronymousie, ty nie widzisz i nie grzmisz”, niesie się szloch jak Neostrada długa i szeroka. Grunt, aby ponarzekać – a to nie ma koncertów, a jak są to ludzie na nie nie chodzą, a jak chodzą i buda pęka w szwach to też źle, bo przyszli nie ci co trzeba. Rozglądając się po publiczności wypełniającej gdyńskie „Ucho” można było dojść do wniosku, że popularność Mgły wśród tych, którzy w latach 90. nie czytali Thrash’Em All jest dostrzegalna, ale nie należy jej przeceniać. Na jakichś stu „normalsów” przypadło 500-600 kataniarzy, w dużej części z rocznika 80. i okolic. Sytuacja przypominała rokroczne gdańskie koncerty Behemoth – płacz o komercji i muzyce dla dzieci niesie się po sieci, a i tak wszyscy przychodzą. Przypadek?

Mgła, Lvcifyre, Bestial Raids, 30.04.2017, Gdynia, klub „Ucho”

Podobno Bestial Raids wystraszył hipsterów, tak czytałem. Cóż, ja nie widziałem młodych ludzi zatykających sobie uszy i uciekających spod sceny z piskliwym „Aaałaaaaaaa!”, ale może nieuważnie się rozglądałem. Skupiłem się bowiem na scenie, z której płynął solidny, plugawy war metal. Muzyka Bestial Raids jest w pewnym stopniu defaultowa, jak wszystko z rejonów „cmentarza Ross Bay”, ale wciąż pozostaje muzyką, a nie bezrozumnym hałasem zapatrzonym w mistrzów z Blasphemy. Tu nie chodzi o budowanie rozpoznawalnego, własnego brzmienia tylko o atak – i ten atak nastąpił. Jeśli kogoś ta muzyka zabolała, to chyba zgodnie z intencjami jej twórców. Fani Bestial Raids mogli natomiast poczuć się dopieszczeni pielęgnując w sobie tak lubiane przez każdego metalowca przeświadczenie o elitarności swojego gustu.

30.04.2017 - Gdynia, Koncert Bestial Raids N/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

Muzyka, jaką wykonuje Lvcifyre, czyli smolisty, podlany czernią death metal w wariancie „bardzo kocham Incantation”, kojarzy mi się bardziej ze studiem niż z koncertami. Zbyt często wykonanie sceniczne ogranicza się do stania w rozkroku i generowania jakiegoś nieczytelnego hałasu z gitary, a śmierć następuje głównie z nudów. Tymczasem Lvcifyre na żywo ma w sobie rzeczywiście coś rytualnego, co nie kończy się na sesji zdjęciowej z czaszką i świeczkami. Coś, co przypomina o korzeniach gatunku, a jednocześnie nie jest tanią retro-zabawą. Nawiedzony bulgot porwał mnie, i nie tylko mnie – ujrzałem death metal żywy, tętniący energią i w stu procentach fanatyczny. Nawet zakapturzony featuring „tego brzydkiego z Wikingów” wpisał się w widowisko, które wyglądałoby śmiesznie, gdyby na scenie produkowała się banda patałachów. Bliżej usłyszenia na żywo Death Like Mass już w tym roku nie będę, a i nie wiadomo, czy trafi się lepszy death metal… Szkoda tylko, że gęstniejący tłum zakrzywiał czasoprzestrzeń i koncert oglądany w ścisku wydał się dwa razy dłuższy.

30.04.2017 - Gdynia, Koncert Mgla N/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

O fenomenie koncertowego oblicza Mgły nasłuchałem się i naczytałem od każdego znajomego, który miał okazję oglądać jeden z nielicznych ich wykonów. Nastawiłem się na przyzwoite wykonanie bardzo lubianego przeze mnie materiału, bo i czego więcej tu oczekiwać? Otóż, nieoczekiwanego. Mgła wychodzi na scenę oskrobana z wizerunku (a więc z prezencją randomowego metalowca, tylko ze skarpetą na twarzy), prawie całkowicie statyczna, bez fajerwerków i błyskotek, które owszem, mogłyby urozmaicić tzw. show i sprawdzają się gdzie indziej, ale nie tu. Tu ma zagrać czysta emocja niesiona muzyką i jej wykonaniem. Nie będzie żadnego „hej, jak się bawicie?”, bo nikogo to nie interesuje. Tzw. fenomen popularności Mgły nie jest w żaden sposób niezasłużony, bo i z taką absurdalną opinią się spotkałem. Spróbujcie, mądrale, przegonić te setki ludzi na koncert jakiegokolwiek innego zespołu blackmetalowego. Niech na koniec wrzasną w ekstazie tak, jak zrobili to tego wieczoru w „Uchu”. Niech drą się o bis choć wiadomo, że żadnego nie będzie. Na dziś taki efekt generują w tej lidze tylko Mgła i Furia, i to nie jest przypadek. Tu nie ma znaczenia, że to „nic nowego”, Mgła gra norweski black metal w sposób adekwatny do gatunkowych wymogów i na tyle przystępny, by dotrzeć do publiczności, która nie marzy o wiecznej zimie. Dźwięki się zgadzają, ale pod nimi wrze energia, której nie ma nikt inny. Tak jak nikt inny nie gra dziś takich koncertów. I dlatego tłumy walą na Mgłę, a nie na (tu wpisz nazwę swoich ulubieńców, pokrzywdzonych przez niesprawiedliwy los i ślepo-głuchą publikę). Oby tylko przy najbliższych okazjach mogły szturmować większe lokale, bo z całą sympatią dla szacownego „Ucha”, zainteresowanie koncertem przekroczyło jego kubaturę.

30.04.2017 - Gdynia, Koncert Mgla N/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

To jasne, że muzyka Mgły może się po prostu nie podobać, i nie wymaga to jakiegoś głębszego wyjaśnienia. Trudno jednak odmówić zespołowi spójności przekazu dźwiękowego i tekstowego, całościowego pomysłu na siebie, bycia gatunkowym i oryginalnym jednocześnie. Nie sposób nie zauważyć, że przebili oni sufit i bez podpierania się „pozamuzyczną” promocją zainteresowali sobą odbiorców spoza subkulturowej niszy. Wreszcie trudno nie przyznać, że grają rewelacyjne koncerty. Jeśli nie tego szukasz w muzyce – ok, każdemu wedle potrzeb, ale ocenianie zespołu wedle rzekomo niezasłużonej, niby to zbyt dużej popularności jest, delikatnie rzecz ujmując, oznaką słabego rozgarnięcia. Jeśli ktoś trzyma gatunek przy życiu to nie skansenowe kapelki grające podróbki dawnych tytanów dla dziewięciu kolegów i udowadniające sobie nawzajem, że jest spoko, tylko głupi ludzie tego nie kumają, a w ogóle to metal jest dla wybranych, wyrobionych słuchaczy. Ten peron już odjechał. Można na nim stać na luzie i z klasą albo tupać ze złości o zdradzie ideałów, ale świat jest gdzie indziej. Świeżą transfuzję i regularne elektrowstrząsy zapewniają takie zespoły jak Mgła. A że słuchają ich również ludzie, których gustów nie wyznaczają widełki „Slayer – Graveland”, to tylko z korzyścią dla wszystkich. Muzyka – każda! – jest i dla profesorów, i dla kanalarzy, i nawet dla undergroundowców z Facebooka. A jeżeli ktoś naprawdę musi uzasadniać swoje gusta rozglądaniem się dookoła kto jeszcze słucha lub nie słucha tego co on, to naprawdę szkoda jego czasu na coś takiego jak muzyka.

Komentował Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Karol „Tarakum” Makurat/Tarakum Photography