METALMANIA – Nie było źle

I stało się – Metalmania 2017 jest już historią. Nie było chyba tak źle, prawda? – pytam sam siebie. No nie było, nie było… Przed oczami stają mi dziecięce wizyty u dentysty, po których za cholerę nie wiadomo, czego się spodziewać. Może być koniec świata i borowanie, ale przy odrobinie szczęścia przegląd okaże się całkowicie bezbolesny, a pani dentystka ładnie się do mnie uśmiechnie i na pożegnanie poczęstuje cukierkiem. Nie było źle.

Poważnie! Choć mniejsze czy większe obawy żywił chyba każdy. Organizator – o frekwencję i generalny odbiór imprezy. Starzy bywalcy – o niezabrudzenie jakimś niesmakiem wyidealizowanych, żywych jak wczoraj wspomnień edycji minionych. Ci, którzy na „starą” Metalmanię nie zdążyli przybyć na świat, pewnie chcieli po prostu, by odgrzewane kotlety okazały się być przynajmniej ciepłe, mówiąc prościej by było czego posłuchać. Uniwersalnym życzeniem było natomiast szczęśliwe, w dobrym zdrowiu dotrwanie wieczora, co z wiadomych względów nie było dane każdemu. Stwierdzenie, że trup słał się gęsto, byłoby w tym miejscu lekką przesadą, niemniej jednak kilku jegomościów zmorzył sen kamienny, tak głęboki, że wybudzić z niego zdołał dopiero Nihil i jego gromkie „RAZ!” z próby mikrofonu. Ale, ale… nieładny to zwyczaj, zaczynać opowieść od ogona. A Furia zagnieździła się przecież na samym korowodu końcu, jako osobliwy headliner – nie – headliner.Thaw
Warto zastanowić się, skąd brały się te wszechobecne i różnej natury obawy. Nie zapędzając się za daleko w akademickie dywagacje, stwierdzam, że sprawa była doprawdy nieskomplikowana – lista płac, delikatnie mówiąc, nie porywała. Owszem, wyglądała do bólu wręcz solidnie, nie pozostawiając jednak większych nadziei na jakieś spektakularne doznania. Organizatorzy postawili na przyzywanie duchów przeszłości, odwołując się do wieloletniej tradycji, a powiew świeżości nawet nie pogładził oblicza „nowej-starej” Metalmanii. Jak powszechnie wiadomo, by wezwać ducha, potrzebne jest całkowite oddanie się chwili i niezachwiana wiara, toteż postanowiono nie ścierać kurzu z żadnego zakątka strychu. No i wyglądało to bezpiecznie, po prostu. Na oko brakowało elementu szaleństwa i jakiejś „ekscytującej” nazwy, która zaintrygowałaby i wprowadziła do zatęchłego pomieszczenia nieco zamieszania. Odwołam się jednak do starej, piłkarskiej prawdy – nazwiska nie grają. Nazwy ani tyle, jak się okazało…OS
Panowało przekonanie, że mała scena nie wypadnie wcale przy swym większym kuzynie ubogo, a może wręcz rozłożyć go na łopatki. Werdyktów ferować nie będę, aczkolwiek wszędzie było co najmniej godnie. Zaskoczyło mnie mentorowe stężenie rock’n’rolla, zaskoczyła opętana potęga muzyki Obscure Sphinx, nie zaskoczyło natomiast przedziwne, zadymione misterium odprawiane przez Thaw, tylko jednak dlatego, że miałem okazję doświadczyć go już wcześniej. Samo umiejscowienie sceny było może nietypowe, lecz miało swój klimat. Niby gdzieś w przejściu, na uboczu, surowe i pozbawione odświętnego garnituru, ale… kto miał zobaczyć, ten zobaczył. Kto nie, ten udał się na suchą zapiekankę za osiem złotych. Albo coś lepszego.
Przechodząc do – teoretycznie – clue całego zamieszania, chciałbym wspomnieć, jak to pięknie przez szklane sklepienie Spodka prześwituje w nocy księżyc. Ten sam, co milczy luty. Nadaje wnętrzu jakiegoś dostojnego charakteru i każe żałować wszystkich tych lat, kiedy jaśniał dla nikogo. Znów jednak zapędzam się za E A.D.daleko, ciągnie mnie widocznie do otępiałego opętańca, a przecież po drodze byli jeszcze… Ot, na przykład Tygers of Pan Tang, których to, jak na kapelę heavymetalową, cechuje niespotykany wręcz southernowy feeling. Trzeba przyznać, że skutecznie rozruszali zaspane towarzystwo. A że nigdy nie nazwałbym ich heavy, to już inna kwestia. Bardziej… amerykańską muzyką drogi. „Kupiłbym sobie ich płytę do samochodu”- skwitował mój ojczulek, a reszta była milczeniem. Trzech wkurwionych Niemców, czyli Sodom, zrobiło dokładnie to, czego wszyscy po nich oczekiwali, ni mniej, ni więcej. W teorii zatem wszystko się zgadzało, jednakże… takich właśnie zespołów, robiących swoje, momentami ożywiających tkwiące głęboko młodzieńcze pierwiastki, lecz przeważnie przygotowujących na tysiąc sposobów tego samego, łykowatego już kotleta, tegoroczna Metalmania widziała chyba nieco zbyt wiele. Podobnie odebrałem sztukę Moonspell, retrospektywną do szpiku kości, acz czasem rozbudzającą zebranych jakimś wysłużonym przebojem. W korowodzie sentymentu nieznającą wieku energią wyróżnił się Entombed A.D., towarzystwo pozamiatali natomiast Szwajcarzy z Coroner. Wbrew pozorom, całkiem sporo było u nich takiej dwuznacznej przestrzeni, mało natomiast matematyki czy przekombinowania. To jest droga- jeśli ściągać już legendy, to nie te zramolałe. Z pozoru nic prostszego… Ach, w tych pochwałach o mało zagubiłbym wspomnienie występu gwiazdy wieczoru. Uwierzcie, nie żałowałbym ani trochę. Z kim bym nie wymieniał po Metalmanii spostrzeżeń – jak jeden mąż, wszyscy wskazują koncert Samael jako moment krytyczny, w którym to ważyły się kwestie kluczowe. Spać, czy nie spać? Powieki opadały pod niewysłowionym ciężarem, nie chcąc zrozumieć źródła swych mąk. Szydzili złośliwi, że metalowe disco. Nie dowierzałem. Ale rzeczywiście, to było coś naprawdę złego. Kolejne numery zlewały się w niestrawną pulpę, która zdawała się pochłaniać wszystko dokoła i nie miała końca. A jednak miała. Koniec ten był błogosławieństwem.

22.04.2017 - Katowice, Festiwal Metalmania 2017, Koncert zespołu Samael N/z Michael "Vorphalack" "Vorph" Locher, Alexandre "Xytraguptor" "Xytras" "Xy" Locher | Fot. Karol Makurat/REPORTER

Obiecałem sobie, że osobny akapit poświęcę Furii, co też niniejszym czynię. Czy to pora nobilitująca, zaszczytna, czy też przekraczająca cienką granicę i będąca już siedliskiem jedynie nocnej ciekawostki, nie głównej gwiazdy imprezy- nie mnie to oceniać. Parafrazując samego siebie sprzed paru akapitów: kto miał zostać, ten został. A księżyc milczał luty. Gdy zamknę oczy, widzę tę sztukę zbiorem odrealnionych, zanurzonych każda w innym barwniku, klisz. Czerwona – czarna- niebieska. W tuszu zanurzony jest Nihil i Sars. Czasem nieznacznie zmienią swe położenie względem tej poprzedniej. Niewiele lepszych fotografii w swoim życiu widziałem, a biorąc pod uwagę jedynie tegoroczną Metalmanię, wszystkie pozostałe okropnie wyblakły przy tej nihilowej. Stwierdzić, że Furia była na całkowicie innym poziomie, niż pozostali, byłoby pewnym niedopowiedzeniem. To było tak dobre, że zupełnie wymazało wszystko, co wcześniej. Skończyli przed trzecią, a księżyc wciąż milczał.

22.04.2017 - Katowice, Festiwal Metalmania 2017, Koncert zespołu Furia N/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

Pragnąłem pozwolić wybrzmieć tym dźwiękom bez jakiejkolwiek przeszkody, po czym przypomniałem sobie, że ich przecież nie słyszycie. Kronikarskim obowiązkiem zatem – Metalmanię zaliczyć należy do udanych, wszelkie obawy okazały się nieuzasadnione, publika dopisała. Okazało się, że trupa można ruszyć z miejsca bez fanfar i mozolnego oliwienia trybów. Niemniej jednak, w przyszłości chętnie zobaczyłbym więcej odwagi, może nawet szaleństwa. Delikatny retusz z pewnością nie zaszkodzi; połączenie starego z nowym już niejednokrotnie rodziło świetne rezultaty. A tymczasem… nie było źle.

Adam Gościniak

Zdjęcia: Marcin Pawłowski/Karol „Tarakum” Makurat/Tarakum Photography (Samael&Furia)