METAL HAMMER FESTIVAL – Udana impreza

Metal Hammer Festival. Z Metalmanią, nad której tegoroczną edycją rozwodziłem się jakiś czas temu, sporo go łączy, lecz chyba jeszcze więcej dzieli. Przede wszystkim, odmienny jest klucz dobierania wykonawców: o wiele, moim zdaniem, ciekawszy w przypadku MHF. Nieobciążony historyczną spuścizną, do której należałoby się odwoływać. Właściwie, ciężko mówić tu o jakichkolwiek kryteriach, bowiem mieliśmy i formacje eksperymentujące, tworzące (lub przynajmniej usiłujące stworzyć) nową jakość, i uznanego mistrza swojego fachu, i celebrytę – skandalistę. Na papierze wyglądało to interesująco i zaskakująco eklektycznie, a rzeczywistość potwierdziła te przypuszczenia. MHF 2017 należy zaliczyć do imprez udanych, nawet, jeżeli nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem…

Występ ARRM w założeniu miał chyba stanowić coś w rodzaju niewinnego aperitifu. Takiego dosyć egzotycznego, bo przecież to, co katowiczanie wyprawiają, pod absolutnie żadnym względem nie zbliża się nawet do szuflady z napisem „metal”. Nie przeszkodziło to grupie zagrać najintensywniejszego, a kto wie, czy i nie najlepszego, koncertu tego wieczoru. Zdaje się, że ktoś kiedyś powiedział o tej muzyce „soundtrack do filmu Lyncha”. Pozostaje temu porównaniu przyklasnąć i dopowiedzieć, że tylko zyskuje ono na trafności, gdy utwory z zeszłorocznego debiutu grupy ożywiane są w warunkach scenicznych. Gęste, ambientowe plamy zdają się ciągnąć się w nieskończoność, ale ostatecznie ustępują miejsca jakby noise’owemu hałasowi. Jest w tym jakaś magia, jest trans i wiszące w powietrzu napięcie. Całość oddycha wspólnie, jak jeden organizm, i nagle okazuje się, że ARRM nie jest wcale obcą tkanką, osobliwością przeszczepioną w warunki metalowego spędu, a panoszy się, jak u siebie. Naprawdę świetny występ.KaraRokita_IMG_6922

Moje oczekiwania względem sztuki Percival Schuttenbach były naprawdę niewygórowane. Szczerze mówiąc, zadowoliłbym się w zasadzie zwykłą, rzemieślniczą poprawnością. Byłbym człowiekiem szczęśliwym. Niestety, wszelkie moje nadzieje zostały rozwiane przez pogański wiatr, a wywleczone z jeziora strzygi jeszcze długo ganiały je dookoła Spodka. Ludzie, ja rozumiem, że „Wiedźmin”, że folk taki fajny i że wracamy do korzeni, ale… to było naprawdę złe. Począwszy od przekombinowanego, śmieszno – strasznego wizerunku, przez zupełną nieczytelność brzmienia, na ubogości samego materiału kończąc. Iskierką w tym ciemnym jak samo piekło tunelu okazał się cover „Roots Bloody Roots”-  odegrany w zgodzie z kanonem, choć po wcześniejszych wyczynach grupy gotów byłem dosłownie na wszystko. Nawet na lubieżną repolonizację klasyka. Korzenie, krwawe korzenie – czyż nie brzmi to dumnie?KaraRokita_IMG_6985

Wiele spodziewałem się natomiast po Zeal&Ardor. Przegapiłem kwietniową sztukę Szwajcarów w Hydrozagadce, ale MHF wydawał się być odpowiednim miejscem do nadrobienia zaległości. O koncertowym wcieleniu grupy słyszałem sporo ciepłych słów, a niepublikowane jeszcze numery miały rzekomo brzmieć nawet dostojniej, niż utwory z „Devil Is Fine”. Nie mnie rozstrzygać, czy rzeczywiście tak jest, ale jedno nie ulega wątpliwości – Manuel Gagneux zbudował wokół siebie świetny skład: przepotężny scenicznie i dający nadzieję na coś niezwykłego w kontekście kolejnego krążka Zeal&Ardor. Można niby zżymać się, że to jedynie namolne ogrywanie jednego patentu, polegającego na bijącym po uszach kontraście połączenia gospelowych zaśpiewów z blackmetalową łupaniną. Cóż jednak z tego, skoro wszystko w tej syntezie się zgadza i brzmi całkiem naturalnie, a całość, okraszona mnóstwem dobrych melodii, wypada nieodparcie intrygująco? Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że następny album grupy może okazać się czymś wielkim; jeżeli tak się stanie, Zeal&Ardor z miejsca zrzuci łatkę sezonowej anomalii i przeistoczy w prawdziwe zjawisko.KaraRokita_IMG_7179

Gagneux oraz Amalie Bruun, persona stojąca za projektem Myrkur, przejawiają zresztą pewne podobieństwa. Dalekie od czołobitnego podejście do gatunkowych kanonów zjednuje obojgu tyleż zwolenników, co oponentów. Da się wyczuć podejrzliwy stosunek do eksperymentu, zupełnie, jakby miał on stanowić cel sam w sobie i drogę do rozpętania wokół siebie szumu. Nie należę do tego typu wątpiących purystów, ale to, co zobaczyłem w Spodku, niespecjalnie mnie do Myrkur przekonało. Nie było ani źle, ani przesadnie dobrze. Przestrzennie i rytmicznie robiło się zaledwie momentami, a większą część koncertu wypełnił gęsty, niezidentyfikowany jazgot. Surowość tegoż uśmierzały eteryczna prezencja i niebiańskie wokalizy pani Bruun, chwilami czyniąc spektakl doprawdy zajmującym. Od zespołu tego pokroju należałoby jednak oczekiwać czegoś więcej, niż nielicznych momentów… Lekkie rozczarowanie.KaraRokita_IMG_7316

Szczęśliwcy, którzy mieli już sposobność usłyszeć nowe dzieło mistrzów posępnego death/doomu wiedzą, że Paradise Lost dokonało rzeczy wielkiej. Moim zdaniem, „Medusa” to jedno z największych dotychczasowych dokonań pochodzącej z Yorkshire grupy. Naiwnie liczyłem, że staruszkowie zechcą podzielić się świeżym materiałem ze zgromadzoną w Spodku publicznością, ale nic takiego nie miało miejsca. Miast tego Brytyjczycy zaprezentowali przekrojowy, solidny do bólu set, ze wspaniałymi „Embers Fire”, „Beneath The Broken Earth” czy „Faith Divides Us Death Unites Us” na czele. Zaskoczeń zatem nie było – przyjdzie na nie czas podczas jesiennej, klubowej trasy. Holmes jest w nie najgorszej formie, chociaż jak na dłoni widać, że pewniej, niż w czystych wokalizach, czuje się w bezpiecznym growlu. Warto wspomnieć, że już podczas opisywanego koncertu dało się słyszeć pierwsze, niepokojące sprzężenia…KaraRokita_IMG_7573

…które, no właśnie, wraz z innymi problemami technicznymi rzekomo zupełnie przyćmiły sztukę gwiazdy wieczoru. Piszę „rzekomo”, bo Mansona ostatecznie nie zobaczyłem – nie dla niego przyjechałem do Katowic, a półgodzinna przerwa między koncertami wydawała się przeszkodą nie do przejścia. Jeżeli to, co mówią o nagłośnieniu zafundowanym panu skandaliście, jest prawdą, wiele nie straciłem – gdy zawiódł dźwięk, całość przekształciła się w wizualny performance, a samozwańczych sobowtórów Mansona widziałem tego dnia aż nadto.

A może któryś z nich nie był sobowtórem?

Adam Gościniak

Zdjęcia: Kara Rokita