MAX&IGGOR CAVALERA – Powrót do korzeni?

Bycie przesadnie sentymentalnym może prowadzić do wielu przykrych konsekwencji. Jeżeli na przykład zbyt dużym uczuciem darzycie to, co zjedliście, i z sentymentu zostawiacie resztki w zębach, nabawicie się co najmniej próchnicy, a wasze dziąsła będą przypominały wnętrzności konia. Jeżeli przywiązujecie się do przedmiotów i wyrzucenie nawet opakowania po gumach do żucia, które bardzo lubicie, wiąże się w waszym przypadku z wylaniem morza łez oraz kilkudniowym obniżeniem nastroju, prawdopodobnie wasz dom zamieni się niedługo w wysypisko śmieci. Jest też znacznie gorsza opcja. Wiedzieni sentymentem możecie wybrać się na koncert kolesia, który robi na scenie za wieszak na gitarę i próbuje śpiewać, ale generalnie najlepiej wychodzi mu udawanie Indianina.

Max&Iggor Cavalera – Return to Roots, Poznań, Hala nr 2 MTP, 24.11.2016r.

No dobra, pewnie trochę przesadzam, ale cała ta trasa Braci Cavalera od początku mi się nie podoba. Redaktor Lerch znalazł dwie możliwości, dla których mogli się na nią zdecydować: money, albo… money, ale znacznie większe – chodzi o to, że koncerty z okazji 20-lecia „Roots” to badanie rynku przed ewentualnym powrotem Sepultury z braćmi za sterami (proponuję nazwę: Sepultura A.D. – red. Lerch). Sprzeda się, czy nie? Otóż tak. Ludzi było naprawdę sporo, a bilety nie były wcale tanie, no i pamiętajmy, że poznański koncert odbywał się w czwartek, co pewnie kilku fanów zatrzymało w domach. Problem polega na tym, że Max jest w nie najlepszej formie. Nie wiem do czego służy mu na scenie gitara, ale na pewno nie do grania – zazwyczaj uderzał po prostu w puste struny, albo nie grał wcale. Ze śpiewaniem też u niego kiepsko. Rozumiem, że lata nie te, i siła w głosie też nie ta, ale można by się choć trochę postarać – tego u Cavalery kompletnie nie widziałem.MAx&Iggor live

Pozostałej trójce w zasadzie nie można niczego zarzucić. Być może wynika to z tego, że kiedy ujarany Max śmiał się z kształtu solniczki, zajadając przy tym sernik z wołowiną, oni ćwiczyli, tudzież robili coś, co nie niszczyło narzędzia ich pracy. W każdym razie na koncercie wypadli naprawdę porządnie; profesjonalnie – Marc Rizo trzymał w ryzach gitary, a Johny Chow świetnie współpracował z Igorem, choć mógłby się na scenie trochę więcej ruszać. Poleciała oczywiście cała płyta „Roots”, a oprócz tego cover „Procreation (Of The Wicked)”, „Ace Of Spades” i – niespodzianka! – „Roots Bloody Roots” po raz drugi, tym razem w szybszej wersji. Aha, fakt, że musiałem skorzystać z toalety akurat podczas wykonywania kawałka Motörhead, przez co załapałem się tylko na końcówkę, uważam za ostateczny dowód na istnienie Boga. Te 40 sekund, które słyszałem, były okropne.

Co tu dużo pisać, nie podobało mi się… Jasne, fajnie jest usłyszeć na żywo ten album, ale nie odegrany w tym stylu. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo szanuję Maxa Cavalerę i kłonię się nisko za te kilka doskonałych płyt, które nagrał. Ale gość na scenie emanuje entuzjazmem, jak – nie przymierzając – strażnik miejski. Jemu się już po prostu chyba nie chce. Może rzeczywiście powrót Sepultury byłby remedium na to niechcenie? Może wtedy by odżył? Jakoś dziwnie mam wrażenie, że niedługo się przekonamy.

Paweł Drabarek

Zdjęcie: mat. zespołu