MASTODON – Rewolucja już była

Sprawiedliwość dziejowa wreszcie gna pierwszoligowe kapele do Gdańska, każąc wszystkim Warszawom, Krakowom i Poznaniom tego kraju cisnąć Polskim Busem na północ. Dobrze wam tak, i tak jest wam łatwiej niż kiedy my 400 godzin cisnęliśmy PKP do stolicy, bo u nas nic się nie działo. I niech nikt mi nie mówi, że na taki koncert jak ten Mastodon w B90 nie warto się telepać przez pół Polski.

Mastodon, Wolves Like Us, Proghma-C, klub B90, Gdańsk, 04.07.2017

Tato, czy to Blindead gra? Nie synku, ale byłeś blisko. To Proghma-C wraca na scenę z byłym wokalistą tego znakomitego ansamblu. Ich debiut sprzed ośmiu lat trafił idealnie w czas, kiedy szeroko pojęty post-metal był zjawiskiem świeżym i atrakcyjnym. Ostatni raz widziałem ich zresztą właśnie na release party „Bar-do Travel”. Coś jednak nie zadziałało, może zabrakło też wsparcia promocyjnego, i tak fajny i obiecujący zespół przepadł na długi czas. Nowe otwarcie na koncercie Mastodon to nie tylko powrót po latach, ale i zupełnie premierowy materiał, który wypełnił cały występ. Szczerze mówiąc rzewny post-metal przecięty elektroniką i mocnym djentem nie jest może moim ukochanym daniem, ale w nowej muzyce Proghma-C słyszę siłę, rewelacyjne wykonanie i pomysł na siebie. Niestety uwiera mnie kompozycyjna niespójność tego, co płynęło ze sceny. Doceniam porwanie się na odegranie jednego, ponad dwudziestominutowego numeru, ale zabrakło w nim rozsądnej selekcji miliona pomysłów. Całość brzmiała jak płyta odtwarzana po minucie z losowo wybranej ścieżki. To rozedrganie męczy bardziej niż jeden motyw grany dłużej, ale konsekwentnie wynikający z poprzedniego itd. Z takimi muzykami i wokalistą potencjał jest bardzo duży, ten skład może nadrobić stracony czas w rok-dwa i wierzę, że tak się stanie, a na „własnym”, nieograniczonym czasowo koncercie dzisiejsza Proghma-C znajdzie czas i miejsce, aby wybrzmieć.

Tato, ci na scenie to Baroness? Nie córciu, to tylko jakiś Wolves Like Us. Też okropny zespół, ale nawet John Baizley tak strasznie nie fałszuje. W pewnym momencie ze sceny poleciało tłumaczenie, że „sorry, jesteśmy skacowani, trochę zabalowaliśmy”, co publiczność przyjęła z wyrozumiałością. Ja też nie rwę się do rzucania kamieniem, bo chyba tylko Cymeon X nie zagrali nigdy na nieświeżo. Co nie zmienia faktu, że słuchało i oglądało się to ciężko. Wilcy Tacy Jak My dwoili się i troili, aby jakoś się ten występ posklejał, co w efekcie dało taki trochę Backyard Babies, ale bez formy, bez dobrych numerów, wypadający tym gorzej, że wciśnięty między dwa o wiele lepsze koncerty. Śmieszniejszy od oślego zawodzenia był chyba tylko perkusista, sypiący się na prostych biciach i ze zmarszczkami na czole goniący resztę kapeli, która mu nagle odjechała. Fajnie jest grać support przed Mastodon i pewnie było co świętować. Ale ważne jest też przestrzeganie przepisów BHP, zwłaszcza na trasie koncertowej! Cześć!

Ileż to nasłuchałem się o tym, kiedy i jak bardzo skończył się Mastodon. Według jednych – kiedy odeszli z Relapse Records. Według innych – kiedy z progresywnometalowego Today is the Day stali się sludge’owym Rush. Jeszcze inni twierdzą, że nigdy się nie zaczęli. O kocich wokalach na nudnawych koncertach od lat krążą legendy. Mimo to na tym nie najtańszym przecież koncercie w dzień roboczy stawił się imponujący tłumek około 1200 widzów, zapotrzebowanie na metalowe miauczenie jest więc w narodzie spore. Kiedy spisuję tę relację emocje jeszcze nie opadły i wciąż mówi się o „koncercie roku”, ale kto był ten wie, że niekoniecznie jest to przesada. Są gigi, na których zespół wyciska siódme poty, niby wszystko jest na miejscu, a i tak między kawałkami widownia stoi nieruchomo i słychać cykające świerszcze i toczące się taczanki, vide gdański gig Trap Them. Są też takie jak ten, który zagrał w Gdańsku Mastodon – cios na starcie i do samego końca jazda na najwyższych obrotach, aż nie da się nie tupać nogą i biodrem nie zakręcić. Chciałeś popodziwiać najzdolniejszy i najbardziej wpływowy zespół metalowy ostatnich 15 lat? Było na czym oko i ucho zawiesić, takich dialogów i chemii między gitarzystami nie było od czasów Tiptona i Downinga. Wolisz potańczyć? Zapraszamy pod scenę, młyn na 200 osób już trwa. Energia nie opadała niezależnie od tego, czy ze sceny płynęły hity z „Emperor of the Sand” czy łamańce z „Blood Mountain”, z wisienką na torcie w postaci „Blood and Thunder”. Niech płacze kto przed bisem pobiegł na ostatni tramwaj!

Odnośnie osławionej wokalnej ekwilibrystyki Mastodon: nie jest tajemnicą, że na trzech wokalistów w zespole tak naprawdę świetny jest tylko jeden, o dziwo ten za perkusją. Ewidentnie set był ustawiony tak, aby Dailor nie złapał zadyszki. Ciężar wzięli na siebie Hinds i Sanders podparci lekkim tuningiem z chorusa i dbałością dźwiękowca, aby zwłaszcza Brent był trochę ciszej niż reszta, bo wiadomo jak jest… Scena rządzi się swoimi prawami i nie ma co oczekiwać, że wokale będą brzmieć jota w jotę jak wyrównane w pionie i poziomie wersje studyjne. Tu liczy się całokształt wrażenia i siła muzyki, a nie rozkład na czynniki pierwsze. Wokalnie było po prostu dobrze, na poziomie, który nie przeszkadzał cieszyć się koncertem jako takim. Nie licząc psychofanów z pijackim agresorem, najgorsi na takich imprezach są upierdliwi audiofile, którzy potrafią pół godziny wisieć nad uchem akustyka klarując mu jak ma wykonywać swoją pracę… Niektórym nie dogodzisz dopóki dźwięk nie zabrzmi jak włączona na studyjnych monitorach płyta. Tylko po co w takim układzie w ogóle iść na koncert?

Pogłoski o końcu Mastodon są mocno przesadzone, głoszą je ci, którym się po prostu nie podoba kierunek, jaki zespół obrał po „Blood Mountain” czy „Crack the Skye”. Gust ma się taki czy inny, ale nie ma to nic wspólnego z faktyczną kondycją zespołu. Jest bardzo dobrze – widać to na koncercie, widać na płytach i ich ogólnym, uśrednionym odbiorze. Mastodon swoją rewolucję już zrobili, ale pewne „uprzystępnienie” muzyki nie utrąciło ani rozpoznawalnego, własnego brzmienia ani talentu do pisania muzyki. Na scenie zobaczyłem ten sam zespół, który lata temu swoim „Leviathanem” wywrócił metal na lewą stronę, a nie jego blade echo.

Komentował Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Karol „Tarakum” Makurat/Tarakum Photography