LOTTO – Rytuał

Lotto, czyli dekonstruktorzy alternatywy, minimalistyczni szamani transu powrócili w tym roku z płytą „VV”, którą w szaleństwie uznaliśmy – podobnie jak „Elite Feline” – za Album Tygodnia i najprawdopodobniej objawienie roku. Być może mamy rację, może się mylimy, ale po czwartkowym koncercie jedno jest pewne – Lotto to zespół, który nikomu się nie kłania, na nic i z nikim się nie liczy, krocząc jedynie słuszną, obraną przez siebie drogą. I ta mordercza konsekwencja jest ich największym atutem. 

Lotto, Warszawa, Instytut Audiowizualny, 23.11.2017r.

Początek był zły – z przyczyn obiektywnych pozbawiony czterech kółek, byłem zmuszony skorzystać z oferty transportu miejskiego. Po próbach przebicia się z Ursusa do Instytutu Audiowizualnego, wiem jedno – największym wynalazkiem Stwórcy – obok zestawu perkusyjnego – jest samochód. Wiem też, że na reklamy ZTM zapraszające do korzystania z ich usług będę od dzisiaj reagował agresją. Słowną i fizyczną. Na szczęście – zdążyłem, nawet dostałem bilecik i wraz ze sporym tłumkiem udałem się do Ziemi Obiecanej (znaczy, sali na piętrze), gdzie zainstalował się zespół. I tu muszę odnieść się do burzy wokół wejściówek – cóż, byłem w okolicach 19, do sympatycznej pani rozdającej wejściówki nie musiałem się specjalnie dopychać a to, że były za dawno, nie znaczy, że wejść może każda ilość ludzi. Swoją drogą – ciekawe czy gdyby impreza była płatna, takie spiny też miałyby miejsce? Chyba raczej nie i faktycznie, sądząc po niektórych komentarzach na stronie organizatora, lepiej, że tych parę osób na koncert nie weszło. Wracając do sedna – oprawę wizualną pomijam; było kilka światełek, skromnie zaaranżowana scena, parę instrumentów i… lekka obsuwa spowodowana awarią efektu gitarowego (pozdrawiam konferansjera). Publiczność usadowiona w wygodnych fotelach czekała na seans. Słowo adekwatne, bo faktycznie, wchodząc na salę czułem się trochę jak na premierze filmowej. W końcu ruszyli i przenieśli nas do innego świata… bo to, że Lotto żyje w swoim świecie to rzecz oczywista. Począwszy od totalnego luzu, braku pośpiechu i postawie zorientowanej na przeżywanie własnej muzyki, skończywszy na całkowitym olaniu wszelkich oczekiwań, konwenansów i zasad koncertowych. Nie było konferansjerki i umizgiwania się do publiczności (a przecież pełne sale wcale nie są taką oczywistością). Ot, trzech kolesi – tak jak stali wśród ludzi, tak pojawili się przy instrumentach i ruszyli, przeważnie (poza perkusistą) odwracając się tyłem do audytorium.
Lotto 23.11

Obserwując poczynania zespołu, uśmiechnąłem się na myśl o tym, jak przypadkowa, nie znająca ich twórczości osoba mogłaby zareagować na poczynania muzyków. Koncert Lotto w stosunku do płyt jest przede wszystkim dużo bardziej hałaśliwy. Łukasz Rychlicki wydobywa z instrumentów głównie szumy, zgrzyty do perfekcji eksplorując możliwości  zapętlania pojedynczych dźwięków. To co na płycie szumi, na koncercie wrzeszczy i trzeba przyznać, że kontrolowany hałas jest najlepszym określeniem tej muzyki. W dodatku pomysły w stylu odłożenia wzbudzonej, generującej monotonny dron gitary, by aktywnie grać na drugiej były doskonałe. Rychlicki stworzył cały katalog brzmień, które podobnie jak preparacje Sonic Youth będą długo kopiowane i rozkminiane przez młodszych  kolegów. Z drugiej strony mamy GENIALNĄ sekcję Paweł Szpura  i Majk Majkowski. To oni trzymają w ryzach te wszystkie hałasy i zabierają nas w krainę archetypicznego transu. W zasadzie nie da się tego opisać, bo gra tych panów to rozszczepianie brzmienia i dochodzenie do jądra minimalistycznej sztuki konkretnej. Taki był finał koncertu – obserwowanie Szpury, który przez bodajże dziesięć minut maniakalnie uderza w zamknięty hi-hat, wydobywając z niego za każdym razem inne brzmienie było fascynujące. Oszczędność tych działań była iście hipnotyzująca, sposób traktowania gry, rozbijanie kompozycji na pojedyncze dźwięki i wprawianie ich w niemal rytualne rozedrganie – mistrzowskie.  Nie podejmuję się zdefiniowana obecnego kursu Lotto. Wiem, że w tym roku znowu wygrali a jeśli ktoś twierdzi, że po przesłuchaniu „VV” wie już wszystko, niech koniecznie uda się na koncert. Równowaga zostanie na pewno zachwiana.

Arek Lerch

PS. Nie ma kompletnie znaczenia na bazie jakich utworów odbywała się ta dekonstrukcja.