LONKER SEE – Psychodeliczny reczital

Trójmiasto w Warszawie, czyli o tym, jak w deszczowy, niedzielny wieczór dobrze się zabawić. Koncert Lonker See utwierdził mnie w przekonaniu, że jeśli gdzieś w krajowej muzyce dzieje się dobrze, to jest to alternatywne, improwizowane podziemie. Kto się zgadza?

Lonker See, Klub CH25, Warszawa, 19.11.2017r. 

Gdzieś obok piszę o innym, rodzinnym biznesie, wydawniczo połączonym z szefem Lonker See, czyli Wulkanie, jednak ekipa Bora to zupełnie inna jazda. Lonker See ewoluował dość istotnie, od ambientów aż do dzisiejszej, zaskakującej wizji muzycznej, która ostatnio zmaterializowała się na świetnej płycie „Lonker Seessions”. Wszystko zmieniło się, kiedy do zgranego teamu Boro+Joanna, dołączyli jazzowi wyjadacze, czyli saksofonista Tomasz Gadecki i perkusyjny wymiatacz Michał Gos. Trochę trwało szukanie odpowiedniej furtki i dzisiaj, kiedy wysłuchałem reczitalu tego kwartetu, jestem przekonany, że obrana przez zespół droga jest jedynie słuszna. Koncert w CH25 charakteryzowała, chociażby ze względu na gabaryty, kameralna atmosfera (wszyscy grzecznie siedzieli), mam też wrażenie, w salce nie było ani jednej, przypadkowej osoby. Nie było też suportu, co zważywszy na fakt, że dnia następnego trza udać się do tyrki, było idealnym rozwiązaniem. No i wreszcie, po raz pierwszy… nie spóźniłem się na support.LS1

Co mogę powiedzieć o koncercie Lonker See? Że był apoteozą psychodelicznego lotu, transowych improwizacji, gdzie co i rusz kto inny przejmował pałeczkę. Boro tradycyjnie w pidżamowych spodniach niczym szara eminencja kontrolował przebieg spektaklu, Joanna prowadziła basową pulsację, od czasu do czasu ładnie śpiewając. Oni tworzyli coś w rodzaju tła, szkieletu, na którym osadzone były szaleńcze wypowiedzi perkusisty i saksofonisty. Z wiadomych racji o grze Gosa mogę mówić w samych superlatywach. Dynamika, synkopa, świetna praca werbla i misternie budowana rytmiczna piramida. Miód. Jednak cichym (no, może nie do końca) bohaterem był Gadecki, który ze swoim saksofonem czynił rzeczy przedziwne. W połączeniu z baterią efektów, jego gra była kluczem do zrozumienia nowej formuły Lonkersów. Inna sprawa to zgranie czy też „ogranie” zespołu. Działają jak dobrze naoliwiona maszyna, ale jednocześnie pozwalają sobie na duży luz wykonawczy. Nie ma spięcia, jest zabawa, w której zatapiają się bez reszty.LS2

Być może na żywo zespół wypadał dużo bardziej jazzowo (yassowo?) niż na płytach, jednak przede wszystkim zaskoczyło mnie jak bardzo klasyczna jest podstawa kompozycyjna kwartetu. Jeśli już przebijemy się przez gąszcz improwizacji, okaże się, że fundament tej muzyki wcale nie jest „dziwny” czy „awangardowy”, tylko bardzo i tradycyjnie „muzyczny”. Jednocześnie, słuchając koncertowego wcielenia Lonker See, automatycznie zaczynam się zastanawiać, dokąd zmierza ich muzyka i co jeszcze może się wydarzyć. Tak sugestywnie działa tylko sztuka z najwyższej półki. W sumie szkoda jedynie, że było tak krótko… Nic, tylko czekać na kolejną płytę, bo to będzie, jak mniemam, duża rzecz.

Próbował zrozumieć i pstrykał Arek Lerch