LIFE OF AGONY – Solidnie i z radością…

Czy było to wydarzenie roku? Pewnie nie. Koncert roku? Cóż, jakoś mało ich w ciągu ostatnich miesięcy widziałem, frekwencyjnie też impreza nie przejdzie do historii. Ani mało luda, ani specjalnie dużo, choć odniosłem wrażenie, że przyszli głównie ci, co zwyczajnie lubią Life of Agony. I w takim kontekście wizyta twórców „River Runs Red” była całkiem udanym przeżyciem, tym bardziej, że zespół powrócił do życia w 2014 roku (który to już raz?), chcąc jeszcze raz spróbować zabawić się na scenie. Jak było widać w Progresji – próba to udana, tylko trzymać kciuki.

Life of Agony, Pyogenesis, Progresja, Warszawa, 16.11.2016r.

Na początek tradycyjne olanie suportu. Wiem, głupio, ale mogę na usprawiedliwienie powiedzieć, że i tak nie dałbym rady dojechać. W ten sposób nie będę się musiał tłumaczyć, dlaczego Pyogenesis bardzo, ale to bardzo mało mnie obchodzi, choćby nie wiem jak taka postawa była nieprofesjonalna. Tym razem support był dobrany kulawo, niestety. Ale zdążyłem na Life of Agony i to się liczyło.

loa12Oczywiście, żeby nie było, musi być jakieś narzekanie. Wiem, jak wygląda ten biznes i dlaczego zespoły przyjeżdżają z pustymi rękami, ale – nawet przy pełnych politowania uśmieszkach kolegów po fachu – gdzieś tam, w skrytości liczyłem, że może przez jakieś zrządzenie przywiozą np. płyty, z „Ugly” na czele. Cóż, rzeczywistość była nieubłagana. Merch skromny w cholerę. No i trochę przesadzony tytuł koncertu czy trasy, w założeniu promującej nową płytę… która ma premierę gdzieś w okolicach kwietnia przyszłego roku. No i zagrali z niej (chyba…) jakąś nowość, która specjalnie nie olśniła; skromnie, bo to był głównie festiwal starych, dobrych hitów.

loa24

Myślał ktoś, że pojawią się przytyki do aktualnej płci Keitha… tfu… Miny? Oczywiście, znalazł się jakiś idiota coś tam wrzeszczący, ale to drobnostka. Ogólnie atmosfera była piknikowo przyjacielska. Scena skromna, instrumentarium skromne, trochę świateł, rzecz by można – hardcore’owa surowizna, ale przecież oni właśnie z takiego, nowojorskiego podziemia się wywodzą! Wyszli i bez zbędnych słów ruszyli, oczywiście od „River Runs Red”, chyba nie mogło być inaczej. Sal w doskonałej dyspozycji, gra w swojej lidze, specyficznie traktując tempa, ma ołów w łapie i daje solidny, świetnie brzmiący fundament. A propos brzmienia właśnie – to, poza może pierwszymi taktami, kiedy realizator musiał oswoić się z salą (zapewne…) – było rewelacyjne. Ostre, selektywne, pięknie eksponujące surowe, ołowiane riffy. Po prawej stronie Joey Z uwijający się z gitarą, lewa należy do Alana z nisko zawieszonym basem i w nonszalanckim, modnym kapelusiku. Solidnie, solidnie, równo i z wyraźną radością. Los się z tymi panami obszedł wyjątkowo łaskawie, albo po prostu bardzo o siebie dbają. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy widza…loa5

Cała scena należała zaś do Miny. Byłem ciekawy, jak wyjdzie to zderzenie męskiej w sumie muzyki z nowym, kobiecym ego niegdysiejszego wokalisty, który w 2011 zaordynował sobie zmianę  płci. Wypadło… nie powiem, nieźle. Mam wrażenie, że cała ta sytuacja dodała muzyce Life of Agony jakże potrzebnego smaczku czy nawet perwersji. Mina uwijała się po scenie, prezentując cały wachlarz egzaltowanych, zmysłowo przerysowanych ruchów. Nie, nie czułem dysonansu, tym bardziej, że głos ma jak dzwon; wszystko siedziało jak trzeba (pomijamy kilka fałszywych nut, bo to koncert rockowy przecież…), refreny były jak najbardziej rozpoznawalne. I w zasadzie tyle. Bez zaskoczeń, solidnie i z radością. Chyba im się podobało, bo kolejny raz w naszym kraju mieli świetne przyjęcie publiczności. Być może zabawę psuje trochę fakt, że już jedenaście lat czekamy na nową płytę, ale co tam, fajnie było usłyszeć parę nieśmiertelnych hitów, postukać nóżką, po prostu dobrze się bawić. Nie byłem nigdy jakimś ogromnym fanem zespołu, ale zawsze gdzieś tam egzystował i fakt, że nadal trzyma się w pionie bardzo cieszy, choć na pewno nie szokuje tak, jak w 1993, kiedy świat ujrzał rewelacyjny i burzący stereotypy debiut. Ważne, że wyglądają tak, jakby wszystkie problemy i niesnaski zostawili za sobą. Oby to co widać na scenie było prawdą.

W kwestii formalnej poleciały min. „Other Side Of The River”, „This Time”, „Weeds”, „Through And Through”, zaśpiewany na trzy wokale „Method Of Groove”, „Bad Seed” no i oczywiście „Underground”. Czego trzeba więcej? Nowej płyty „A Place Where There’s No More Pain” bo tym koncertem narobili mi smaka…

Arek Lerch

Zdjęcia: Grzegorz Szklarek/Cantara Music