LAIBACH – Potańcówka z Laibachem

Naprawdę dobry koncert, przy dobrej frekwencji w idealnie pasującym do specyfiki zespołu klubie, z naprawdę fajnym, wręcz przemiłym supportem. Tak można podsumować to, co zdarzyło się 25 marca w krakowskiej Fabryce, gdy po raz kolejny koncertował w Polsce legendarny słoweński Laibach. Nie widziałem ich parę lat, a poprzedni koncert określiłbym jako średni. Album „Spectre” nie powalił mnie, więc byłem pełen obaw. Do tego miałem w pamięci opinie kolegów, którzy na trasie promującej wspomniany materiał już słoweńską legendę widzieli. Nie wiem, czy Laibach śledzi opinie o sobie, ale jeśli to robi, na pewno wyciąga z nich właściwe wnioski, bo koncert krakowski był bardzo udany, zaś kawałki ze „Spectre” we wcieleniu live zyskują na mocy, drapieżności i z całą pewnością nie przekształcają widowiska w taneczną imprezę.

Laibach, Jordan Reyne,  Fabryka, Kraków 25.03.2015

Zanim Słoweńcy wyszli na scenę, zagościła na niej niesamowita postać, na pewno nietuzinkowa osobowość. Jordan Reyne to, zachowując wszelkie proporcje, żeński, weselszy odpowiednik King Dude’a. Nowozelandce na scenie towarzyszą tylko gitara i efekt służący do zapętlania granych w danym momencie fragmentów muzyki. Anielska diablica, trzpiotka z piekieł, takie wrażenie sprawiała wizerunkowo. Uśmiechnięta niemal non stop, z przyczepionymi różkami. Duży aplauz, a mój podziw wzbudziła licznymi słowami oraz próbami zdań po polsku. Nie wiem, ile czasu u nas spędziła, ale na pewno nie zmarnowała go na pierdoły. Czasami wypowiedzi miały zabawną postać, jak „My guitar jest chory„, gdy instrument nie chciał się dać nastroić. Muzyka Jordan to coś, co opisałbym jako mroczny folk z domieszką industrialu. Te piosenki sprawdziłyby się chyba lepiej w mniejszym klubie, w bardziej intymnej atmosferze. Ale i tak Reyne zebrała brawa, jak najbardziej zasłużone.Laibach

Jeśli ktoś myślał, że Laibach skopiuje w Polsce setlistę z poprzednich koncertów, został zaskoczony. Słoweńcy mają z naszym krajem szczególne relacje. Byli u nas w czasach, kiedy mało kto przyjeżdżał i niejednokrotnie dawali wyraz temu, że w Polsce zawsze gra im się wyjątkowo. Ten występ też był wyjątkowy. Z paru powodów. Ten najważniejszy jest taki, że zespół zagrał w całości ep-kę przygotowaną z okazji rocznicy powstania warszawskiego, a gościnnie na scenie pojawił się z Laibachem Boris Benko. „Warszawskie dzieci” nabrały na żywo o wiele bardziej majestatycznego wymiaru. Zresztą, jak trafnie zauważył jeden z bywalców, wagnerowski sznyt przewijał się przez cały koncert. Taki monumentalny, chłodny, industrialny, jakby ilustrował „Metropolis” Fritza Langa. Od tego sznytu się zaczęło, bo takie barwy Słoweńcy nadali swojej interpretacji „Olava Trygvasona” Edwarda Griega. Później Milan Fras w towarzystwie bębniarza i trojga partnerów na klawiszach (także śpiewających, najczęściej robiła to urocza Mina Špiler) uraczyli publikę kilkoma piosenkami ze „Spectre”. Wypadły znacznie bardziej przekonująco niż na płycie. A potem…

Potem nastąpiło 10-minutowe intermezzo, po którym zabrzmiała wspomniana, powstańcza ep-ka, a w dalszej części między innymi kapitalnie wykonana „B Mashina”, która wywindowała temperaturę występu do maksymalnego pułapu, wspaniały, złowrogi „Alle Gegen Alle”. Cover „See That My Grave Is Kept Clean” wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, za to bisy jak najbardziej. Tu także Laibach dokonał wyłomu z dotychczasowej setlisty, bo najpierw pogibaliśmy się trochę przy „Tanz mit Laibach” oraz „Das Spiel ist aus”, a na koniec było kołysanie przy drugim bisie, którym była świetnie zagrana „Slovania” z wokalnym wsparciem Borisa Benko. Bardzo dobry show zamknęła projekcja wideoklipu do „The Whistleblowers”.laibach_25032015_fabryka_romana_makowka

Nie widziałem wokół siebie osób niezadowolonych, a widać było wyraźnie, że w Fabryce zjawili się tacy, którzy z muzyką Laibach mają styczność od lat. Średnia wieku raczej przekraczała 30 lat, co mogłoby wskazywać na to, że słoweńska grupa pokolenia łączy dość opornie. Ale nie chcę się wdawać za bardzo w takie rozważania na podstawie obserwacji z tylko jednego koncertu. Niemal cały czas Laibachowi towarzyszyły wizualizacje, zapewne autorstwa Ivana Novaka, który w okularkach i sztruksowej marynarce spacerował sobie po klubie nieniepokojony przez nikogo, doglądając, czy wszystko jest tak jak powinno. Stworzył je albo w formie figur geometrycznych, albo obrazów przepuszczanych przez rozmaite filtry. Z publiką „gadał” głos z ciemności, a tak naprawdę pochodzący z jakiegoś syntezatora mowy, przypominający trochę komputer Hal 9000 z „Odysei kosmicznej”. Całkiem skutecznie ją rozbawiając. Mercz Laibacha coraz bardziej się rozbudowuje (jest nawet mydło z charakterystycznym krzyżem), ceny ma już, niestety, europejskie (mój t-shirt z kołem zębatym, kupiony na koncercie kapeli w 2007 roku za 50 zetów, dziś stoi równą stówę). Jak zwykle jest kasa fiskalna Neue Slowenische Kunst i przemiła pani za kontuarem. Najważniejsze jest jednak to, że sztuka, jaką oferuje nam Laibach, wciąż jest ciekawa, wciąż wciąga, na żywo wciąż jest bardzo wysokich lotów. Smutno mi, gdy zespoły, które darzę wielką estymą zawodzą mnie na którymkolwiek polu. Jak pisałem, „Spectre” się nie zachwyciłem, ale koncert promujący ten materiał był naprawdę świetny. Warto zobaczyć!

Tekst: Lesław Dutkowski

Foto koncertowe: Romana Makówka