KVELERTAK –  wypchana sowa na łbie

O twórczości grupy Kvelertak mam umiarkowane pojęcie, wyrażające się w niemożliwości poprawnego zapisania ich nazwy bez zerkania w Internet. Wiem że są jednym z tych młodych zespołów, siedzących okrakiem na muzycznej barykadzie. Spoglądają w przeszłość, na ku korzeniom hardcore, metalu i punka, drugie, janusowe oblicze zwracają ku dźwiękom granym teraz przez młodych, których nie rozróżniam i nie rozumiem. Te inspiracje zbiegają się w zacnym punkcie, napierdalaniu co się zowie. Chcę iść i nie chcę. Wiem, że jak nie pójdę, to będę żałował.

To The Patient, Kvelertak 10.06.2014, Kopenhaga, klub „Vege” (fragment dziennika udostępnionego przez Łukasza Orbitowskiego)

Klub „Vege” sytuuje się w centrum Kopenhagi, oddzielony od życzliwego dzieciom Tivoli jedynie przez kurwi rewir, przesycony sex-shopami. Błądzę chwilę w tych rejonach, poszukując bankomatu. Zamiast prostytutki zaczepia mnie jednak aktywistka scjentologów. Nie łaknie mego ciała, lecz duszy. W obu przypadkach chodzi o pieniądze. Pani ma koło pięćdziesiątki i stoi przed siedzibą tej organizacji religijnej, łowiąc przechodniów. W swoim działaniu różni się od świadków Jehowy o tyle, że jest sprytniejsza: pyta, czy jestem zestresowany i czy chciałbym sobie to zbadać. Czy jestem zestresowany? Przez głowę przelatuje mi niezdrowa myśl o śmiertelnym pobiciu bezbronnej kobieciny i udzielam odpowiedzi twierdzącej: tak, jestem zestresowany bo nigdzie nie mogę znaleźć bankomatu. Pani wskazuje drogę. Dzięki życzliwości scjentologów mam pieniądze na bilet, ale i tak przychodzę spóźniony.

„Vege” zajmuje trzy piętra, na przedostatnim mają dobrze nagłośnioną salę, bar i scenę na której produkuje się To The Patient. Grają całkiem do rzeczy i wyróżniają się osobliwym połączeniem starego z nowym. Gitary obsługują oldschoolowe metalowe dziady, kudłate, brodate fiuty o wydziaranych ramionach, w dżinsowych kamizelkach i koszulkach zespołów z początku lat dziewięćdziesiątych. Kontrastuje z nimi radosny wokalista z krótką czarną brodą i niewielkim brzuszkiem, młodszy, na oko, przynajmniej o dekadę. Ryczy głębokim głosem, śmieje się i ze wszystkich sił próbuje nawiązać kontakt z publicznością. Przypomina dobrotliwego lekarza albo zagubionego w czasie studenta sztuk plastycznych. Jego obecność, wywodząca się z innego nieco porządku nadaje grupie przyjemnej świeżości, koniec końców schodzą ze sceny a ja pędzę po ich koszulkę, sprzedawaną w niewygórowanej cenie osiemdziesięciu koron. Takie zespoły nigdy nie zrobią wielkiej kariery, nie zyskają władzy nad wyobraźnią słuchaczy, ale ich istnienie jest czystą frajdą dla tych co na scenie i tych pod sceną.K

Kurtyna spada, odsłaniając sześcioosobowy zespół Kvelertak. Ledwo się mieszczą. Pierwsze takty wykorzystuję na rozmyślania nad gwałtownym poszerzeniem kwestii wizerunkowych w muzyce metalicznej. Pan z Ghost przebiera się za papieża, wokalista Portal za zegar z kukułką, Atilla z Mayhem za króliczka Bugsa, zaś frontman formacji Hell ma szczudła i wielkie diabelskie rogi. Coraz trudniej wymyślić coś nowego, ale gardłowy Kvelertak znakomicie poradził sobie z tym wyzwaniem. Na łbie ma bowiem ogromną wypchaną sowę z rozpostartymi skrzydłami. Półnagi, wytatuowany, przypomina szamana. Zaczyna wrzeszczeć. Zastanawiam się czy on coś widzi przez tę jebaną sowę i jak wytrzyma ten cały koncert. Niepotrzebnie. Po pierwszym kawałku sowa frunie na zaplecze i zaczyna się napierdalanie jakiego nie słyszałem bodaj od występu Napal Death, sześć lat temu w Krakowie.

Co oni wyrabiają, Jezusieńku na drewienku! Wokalista miota się, drze koparę i daje nura w tłum. Nie przestaje wrzeszczeć, leży unoszony na rękach publiczKności, a techniczny próżno usiłuje chwycić go za nogę. W końcu wraca. Na scenie, półnagi, wydziarany, z rozkrzyżowanymi ramionami i czarnymi włosami zasłaniającymi brodatą gębę dalej przypomina ptaka. Nie sowa to jednak, lecz kruk. Gitarzyści skaczą jak wściekli, co chwilę unosząc instrumenty wysoko ponad głowy. Jeden z nich, korpulentne maleństwo, kończy występ stojąc na wysokim wzmacniaczu, by wreszcie zawiesić gitarę pod samym sufitem. Żywiołowy basista wygląda na wyjątkowo zabiedzonego uciekiniera z filmu o neonazistach: odpowiednio podgolony, z wąsikiem i tatuażem wychodzącym spod kołnierzyka. Pałker mignie dopiero na końcu, podczas pożegnania – malutki, żylasty jak Bruce Lee i zadowolony z dobrze wykonanej roboty. Przez godzinę i kwadrans tych sześciu gości nie odpuszcza ani na moment, miota nimi jakaś dzika siła, coś ich skręca, coś ich otwiera i wybebesza im dusze. To coś zapewne jest muzyką. Znakomitą muzyką. Scena lśni jak poranna łąka w powietrze wzbijają się krople potu.

Ludzie skaczą ze sceny. Chłopy i baby suną przez fale z dłoni aż do bezpiecznego portu, którym jest bar. Dzieje się to przez cały koncert. Jeden facet wykonuje lot odziany jedynie w bokserki. W mokrej dłoni ściska smartfona utrwalając moment własnego szaleństwa. Podtrzymuję go, zaciskając zęby na świeżo kupionej koszulce To The Patient. Obok mnie stoi męskie połączenie starego z nowym. Gość ma katanę pełną naszywek, ale też kaszkiet, hipsterskie wąsy i okulary w grubej oprawie. Gruba, urocza dziewczyna wylazła na ławę pod ścianą. Kołysze się, klaszcze, oczy jej się śmieją. Mały, nabity gość z łysą głową kołysze się koło mnie, pijany w pestkę traci pion jednocześnie unosząc kciuk na znak, że wszystko jest w porządku. Wykolczykowana para spędza cały ten hałaśliwy koncert czule objęta, patrząc sobie w oczy jakby to nie Kvelertak, ale cykady im grały. W powietrze lecą plastykowe kufle. Rozpalają się papierosy, choć nie wolno. Owiewa mnie marihuana. Rozglądam się. Wszyscy się uśmiechają. Trzepoczą uniesione dłonie. Wokalista Kvelertak rozkłada ramiona raz jeszcze – wielkie ptaszysko szykujące się do lotu. Jak okiem sięgnąć, nie widzę ani jednej smutnej twarzy. Pierwszy raz na metalowym koncercie.

Słuchał, pstrykał i komentował Łukasz Orbitowski