KVELERTAK – Definicja rock’n’rolla

Dzień przed występem we wrocławskim Firleju Kvelertak otwierał krakowski koncert Metalliki. Na całe szczęście, we Wrocławiu Norwegowie zjawili się sami, udowadniając przy tym, że nie potrzebują wsparcia żadnego cover bandu Dżemu. 

Kvelertak, Tempel, Firlej, Wrocław, 29.04.2018r. 

Koncert Kvelertak był niemalże definicją rock’n’rolla. Można było mieć pewne zarzuty względem brzmienia (dość często wokal ginął w ścianie gitar), a same podkręcające patenty zabawę – na czele z niemal obowiązkowym crowdsurfingiem – uznać za oklepane, ale to tak naprawdę przypierdalanie się na siłę. Kvelertak pokazał przede wszystkim nieprawdopodobną energię, która nawet nie tyle udzieliła się całkiem licznie zgromadzonej publice, co wręcz totalnie ją opanowała. Sam nie wiem, kto kogo bardziej nakręcał – czy Norwegowie swoich fanów, czy ci muzyków na scenie. W każdym razie, bardzo szybko pod sceną zrobiło się niezwykle tłoczno i intensywnie, a Erlend Hjelvik, jak przystało na kumatego frontamana, niemal z miejsca podłapał, że ludzie są skłonni jeść mu bezpośrednio z ręki. Nic zatem dziwnego, że z niezwykłą łatwością – do spółki zresztą z równie skorymi do zabawy gitarzystami – rozkręcił prawdziwe rock’n’rollowe święto, w którym chodziło tylko i jedynie o świetną zabawę. Najważniejsze jednak, że Norwegom po prostu się chciało – chciało im się wskakiwać na ręce publiczności, chciało im się krzyczeć i chciało im się tańczyć. To właśnie ta nieprawdopodobna energia sprawiła, że Firlej niemal eksplodował.Archiwum zespołu

Setlista prezentowała się całkiem przekrojowo. Nie zabrakło największych hitów zespołu, takich jak „Kvelertak”, „Mjød”, „Blodtørst” czy „Bruane Brenn” i to właśnie one wyzwoliły całkowite energetyczne rezerwy. Rzekłbym wręcz, że intensywność tego koncertu była już nie na moje lata… Podziwiam przede wszystkim tych, którzy byli w stanie tańczyć pod sceną przez całe show – zwłaszcza, że temperatura nie należała do szczególnie niskich. Podziwiam zespół, że nawet przez chwilę nie zwolnił obrotów, wreszcie podziwiam organizatorów, bo włączyli klimatyzację… która notabene niewiele pomagała. Wszelkie niedociągnięcia były jednak niczym. Tego wieczora w Firleju królowała jedynie zupełnie nieskrępowana zabawa i czysta radość z grania. Czy potrzebujecie lepszej rekomendacji, by iść na koncert Kvelertak?

P.S. Wcześniej na deskach Firleja pojawili się muzycy Tempel, wśród których znajdował się także perkusista Kvelertak, Kjetil Gjermundrød. Mogę tylko powiedzieć, że zazdroszczę gościowi płuc, bo dać dwa tak intensywne show w ciągu jednego wieczoru potrafi tylko ktoś z wydolnością maratończyka.

Michał Fryga

Zdjęcie: archiwum zespołu