KING DUDE – Festiwal konfekcji

Podobno taki – przykładowy – zespół Autopsy jest lepszy od takiego – przykładowego – zespołu Behemoth, bo członkowie zespołu Autopsy strzelają sobie foty w takich tam, dżinsikach i koszulinkach, bez cekinów i farbek. Daj pan Bozia, żeby upodobania modowe twórców tak prosto przekładały się na jakość muzyki, łatwiej byłoby szukać tej dobrej. Konfekcja, stylizacja towarzyszą rock’n’rollowi do kiedy Elvis ukradł go Afroamerykanom. Komu to przeszkadza, ten niech przesiada się na disco polo, które niesie idealną synergię formy, przekazu i szeroko pojętego wizerunku. Koncert King Dude, Drab Majesty i Them Pulp Criminals był korowodem grajków-przebierańców, ale kto rozsądny miałby im to za złe?

King Dude, Drab Majesty, Them Pulp Criminals, 23.04.2017, Gdańsk, klub „B90”

Dawno nie zdarzyło mi się uśmiechać przez cały koncert. Nie złośliwie, nie z przekąsem i nie z zażenowaniem, tylko tak szczerze, po ludzku, z poczuciem, że dobrze się bawię i słucham dobrej muzyki granej przez fajny zespół. Them Pulp Criminals pojawili się jak strzały znikąd, i od razu zmietli ze stołu stawkę. ToKing Dude (17) oczywiste, że nie oni wpadli na takie dźwięki, ale startując z niczym, mając za sobą dość chałupnicze zaplecze techniczne, trafili od razu w sedno. I w wersjach studyjnych, i koncertowych, zgadza się wszystko i nie mam poczucia, że ktoś tu się za bardzo stara być bardziej kowbojski niż Johnny Cash. Dobre (co ja plotę! Znakomite przecież!) piosenki spływały popychane uroczą charyzmą i zgrabnie puszczonym okiem. Życzyłbym sobie, żeby ci „criminalsi” stali się pewnego dnia git-ludźmi, zdjęli na moment anglosaski cudzysłów i odetchnęli swojskim, polskojęzycznym brukiem. Na to być może przyjdzie czas pewnego dnia. Tamtego niedzielnego wieczora, nasz biegacz zasuwał najszybciej w całym peletonie, i nie ma znaczenia, że w pożyczonych butach i bez loga sponsora na koszulce. King Dude (22)

W płycie Drab Majesty zdążyłem się już zakochać… Ok, to mocne słowo, ale od pewnego czasu jestem nieodmiennie zauroczony ich landrynkowym synthpopem utopionym w zupie z chmurnej, barbituranowej melancholii. I chyba przez tę narkotyczną atmosferę musiałem ze dwadzieścia minut dostrajać się do płynących ze sceny wibracji. Duet przebranych za chochoły Sióstr (choć tak naprawdę braci) Cassate stoi jedną nogą w zaraźliwej, popowej wrażliwości, a drugą w bliżej nieokreślonych ambicjach artystycznych. Te trochę dociążają koncertowe oblicze, które jakby nie mogło wzbić się w górę. Udało się dopiero przy „Too Soon To Tell” i przecudownym „39 By Design”. Gdyby tego było więcej, i gdyby pewnego dnia skład rozbudował się o perkusistę łupiącego w sześciokątne pady – na następnym koncercie zatańczę jak Roland Orzabal na teledysku „Mad World”.King Dude (27)

Oglądając koncert rockowego zespołu King Dude przypomniałem sobie urocze płyty „Love” i „Burning Daylight” i pomyślałem, że ten żart przerósł sam siebie. Kierunek rozwoju jest zrozumiały i oczywisty, bo skoro te zgrabne, dowcipne akustyczne miniaturki zyskały publikę, to czemu nie pociągnąć tematu w kierunku wykonania ich z rasowym, rockowym składem? Pomysł ewidentnie zażarł, o czym świadczy radosna reakcja publiki na każde zagajenie TJ Cowgilla, jak ryba pływającego w typowo knajpiano-standupowych zagajeniach (z tym nawiązaniem do wątku miasta portowego w „The Wire” wyjątkowo trafił w czas). Wszyscy – ci na scenie i ci pod nią – bawili się świetnie, i z pewnością nie było to zły koncert, nic z tych rzeczy. Wyszedłem jednak z poczuciem, że „w tych słowach słoma czai się”. „Songwritersko” na sprawę patrząc King Dude nie gra nic oszałamiającego. Ani też złego – ot, przeciętno-przyzwoite piosenki ciągnięte formułą. Bluesujące smuty zlewały się w jedno. Momenty punkujące („Swedish Boys”) brzmiały jak słabsze Social Distortion. Co King nie dograł, to dogadał i dowyglądał, ale nie zaiskrzyło między nami. Sorry, królu złoty.King Dude (8)

I tak mi nikt nie uwierzy, że najfajniej z całego wieczoru zagrał niepozorny zespolik z Krakowa, ale tak to właśnie widzę i słyszę. Nieważne „kto był pierwszy”, bo King Dude (6)przecież ani nie Them Pulp Criminals, ani King Dude nie wpadli na taki pomysł na muzykę. Można złapać się za przeżartą przez mole estetykę i zbudować z niej coś własnego, jak Drab Majesty. Można przyjść na gotowe i grać to jak własne, co udowadniają Them Pulp Criminals. Wreszcie można jechać na patencie zanim ktoś się połapie, że „z tym dziadkiem w Teksasie to lipa, ale idziemy w to, bo ciemny lud to kupi”. A niech i kupuje, bo i czemu nie? A jak przeszkadza panu, panie kolego, że muzyk na scenie „udaje”, to przy najbliższej okazji nawrzucaj pan Alowi Pacino, że wcale nie jest kubańskim imigrantem o imieniu Antonio, który w Miami wyrósł na narkotykowego bonza.

Komentował Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Victoria Argent