KILLING JOKE – Ceremonia

Killing Joke dołączył do całkiem pokaźnej grupy wykonawców, którzy zamiast śmierdzieć naftaliną, przeżywają drugą (albo i trzecią…) młodość, ściągając do sal koncertowych kolejne pokolenia. Fakt, że ekipa Colemana w zasadzie cały czas działa w tym biznesie nie jest tu jedyną przyczyną tego stanu rzeczy. Może chodzi o to, że dla wszelakiej alternatywy, w dodatku mocno rasowanej sentymentami do lat 80., nastał bardzo dobry czas? A może po prostu Killing Joke gra apokaliptyczną muzykę, pasującą do dzisiejszych, niespokojnych ruchów na świecie? Te wszystkie znaki zapytania rozwiał zapewne koncert w stołecznej Progresji. Jaz z kolegami rozdaje karty i ciągle w 100% angażują swoje niemłode ciała i umysły w sceniczny teatr.

Killing Joke, Grave Pleasures, Progresja, Warszawa, 19.06.2017r.

Wszystko ruszyło całkiem punktualnie – o 19:30, po gotyckim intro rozpoczęli Finowie z Grave Pleasures. Właściwie to Finowie i Anglik w postaci ubranego w czarną ramoneskę Khvosta. Szacunek za rokendrolowy image, bo temperatura na sali rosła z każdą minutą. Początek setu nie wyrwał z butów, głównie za sprawą czasu jaki zajęła korekta brzmienia, choć wokal właściwie do końca ustawiony mało klarownie. Nie zabrakło cukierków z repertuaru Beastmilk, a „Genocidal Crush”, czy „Death Reflects Us” zrobiły robotę. Podoba mi się formuła krótkich, zimnych, polukrowanych hitów, choć wiąże się z nią ryzyko przekroczenia cienkiej linii, za którą czai się tandeta i autoparodia. Grave Pleasures w moim odczuciu wciąż jeszcze jej nie przekroczyli. Druga część występu zdecydowanie na plus. No ale jak nie tańczyć przy hitach w rodzaju „New Hip Moon”? Ogólnie jednak było dobrze, ale bez większego szału. A może po prostu ja miałem zbyt duże oczekiwania?Jaz

Killing Joke to, jak już pisałem, wiekowy zespół i w większości wiekowi panowie. Ci Rolling Stonesi apokalipsy swój rytmiczny wpierdol spuszczają konsekwentnie od niemal 40 lat, grając przy tym w swojej własnej lidze. Szacunek. Tym większy, że choć wieku się nie oszuka, zespół prezentuje się na żywo wciąż bardzo solidnie (warto było popatrzeć na żywiołowego i bardzo zadowolonego dziadka basistę). Wszystko wystartowało od charakterystycznej inwokacji, dobrze znanej z filmu „Oczy szeroko zamknięte” Kubricka, co na wstępie nadało koncertowiJaz2 niemal obrzędowego klimatu. Sam wystrój sceny raczej ascetyczny, w sumie to przecież postpunkowa modła a nie jakiś tam tani teatrzyk. Ten ostatni zapewniał zresztą mistrz ceremonii, racząc widzów całą gamą min i żywiołową gestykulacją, połączoną z komentarzami na temat naszej rzeczywistości. Widać, że nadal mu na czymś zależy, najważniejsza była jednak muzyka a ta przejechała się po sporym audytorium jak rytmiczny i morderczy czołg. Chyba nikt nie był rozczarowany. Przekrojowa setlista i praktycznie klasyk za klasykiem. „Love Like Blood” to złoty kruszec najwyższej próby. Jeden z wielu, bo podobnie zamiotła i reszta. „Eighties”, „Sun Goes Down”, „Wardance”, „I Am Virus” czy „Corporate Elect” plus solidna dawka bisów – długo by wymieniać. Jaz Coleman to uosobienie niesłabnącej charyzmy. I chociaż do psychofanów Brytyjczyków nigdy się nie zaliczałem, to zapragnąłem jeszcze raz obejrzeć „Rok Diabła” Petera Zelenki… Jedynym minusem wieczora była duchota panująca na sali. Ale cóż jak „Pandemonium”, to Pandemonium – gorąco być musi.

Łukasz Szymański

Zdjęcia: Grzegorz Szklarek/cantaramusic.pl