KAT&ROMAN KOSTRZEWSKI – Kowerband najlepszy z możliwych

Mam (wcale nie taką małą) obsesję na punkcie opisania starzenia się metalu. Jak uchwycić redefinicję muzyki z natury rzeczy młodzieżowej? Jak oddać gówniarski bunt, kiedy dawno jest się starszym od swoich starych, przeciw którym zapuszczało się długie włosy i nosiło koszulki z trupami? To wszystko są szalenie ciekawe sprawy dla każdego, kto nie przeniósł zainteresowania muzyką do statusu „koncercik Vaderka raz na dwa lata pod piwko z kolegami”. Kat jest dla mnie zespołem ważnym, ale ich współczesna twórczość (z Romanem Kostrzewskim, o ile to wymaga uściślenia) nie towarzyszy mi od dobrych 15 lat. Ich koncerty też nie są już dla mnie żadnym wydarzeniem, skoro w Trójmieście grywają raz na pół roku, a i tak tam nie bywam. Skoro jednak wyszła ta nowa płyta, która konstytuuje zespół Kat jako żywy i twórczy byt, czemu przynajmniej nie sprawdzić gdzie dziś jesteśmy, stary ja i starzy oni?

Kat & Roman Kostrzewski, Gdańsk, klub Parlament,03.03.2019

Kat anno 2019 wlecze za sobą bagaż własnego kultu. Jako jedyny prawdziwy depozytariusz dziedzictwa, choćby nawet nie chciał, nie ma wyboru: musi łupać „greatest hits” ku uciesze piwkometali. Sęk w tym, że materiał z „666”, nagrany przez szalonych dwudziestolatków, dźwignąć musi dziś blisko sześćdziesięcioletni chłop, któremu nie starcza już na to głosu. Nie ma w tym stwierdzeniu nic wartościującego ani złośliwego, to po prostu stwierdzenie faktu. Forma i możliwości rozbiegają się z energią, „Mordercę” gra Kat, który nagrał „szóstki”, ale te z 2015 roku. Goniący za „Porwanym obłędem” i „W bezkształtnej bryle uwięzionym” Roman oszczędza głos, dławi się, przeskakuje wyrazy i płynie na milionie efektów z konsolety. Sytuację ratuje zespół doskonałych muzyków, pracujący jak idealnie skalibrowana i naoliwiona maszyna. Nawet, jeśli słuchając „Wyroczni” widzimy kowerband, to jest to kowerband najlepszy z możliwych i dokładnie to, czego Kostrzewskiemu w 2019 potrzeba.

I kiedy tak przysypiałem oglądając biesiadny koncerty życzeń, nastąpiło odbicie – wjechał materiał z „Popióra”. Standardowo stare zespoły zamęczają widownię nieśmiało serwowanymi nowościami – tu miałem wrażenie, że zespół po odegraniu „zestawu obowiązkowego” wyszedł z cienia swojej-nieswojej legendy. Ujrzałem kapelę, która wierzy w to, co gra i Romana, który wreszcie nie mocuje się z materią, bo partie wokalne są adekwatne do jego dzisiejszej formy. Pisząc to nie znam jeszcze nowego materiału, ale ta ulotna próbka zachęciła mnie, aby go przynajmniej z uwagą posłuchać. Coś się w tej katowskiej muzyce ciągle tli, a potencjał ujawnia się, gdy zespół gra własne numery. Kower nawet najlepszego numeru na świecie będzie tylko kowerem, przywoływanie dwudziestoparolatka przez pana w średnim wieku nie uda się, bo nie może się udać. Można natomiast pozostać szczerym wobec siebie i dumnie mierzyć się z wiekiem grając muzykę dla nastolatków, ale z wrażliwością dorosłego człowieka, w zgodzie z sobą i swoimi ambicjami. Tych należy szukać na „Popiórze”, nie na odgrzewanych kotletach sprzed 30 lat.213_big fot. Marcin Kaniak

Na kucowe okrzyki „nie ma Kata bez Romana” Kostrzewski zareagował docenieniem byłych muzyków zespołu, „którzy tę muzykę tworzyli, a których nie ma dziś w zespole”. Bije z tego nie tylko ogromna klasa, której mogliby pozazdrościć Romanowi jego wyznawcy z innych słynnych kapel. Przede wszystkim świadczy to o świadomości tego, czym jako zespół jesteśmy i dokąd zmierzamy. To oczywiste, że tego wieczora nie obejrzałem koncertu tego Kata, który jest dla mnie ważny. Jego nie ma, a może i nigdy nie było, bo wykształcił się gdzieś między moją 15-letnią jaźnią a „Purpurowymi godami” lecącymi z „Rozgłośni harcerskiej”. Przywołuję go do dziś, słuchając „Metal i Piekło” i mając tyle lat, ile mam. Nie czuję potrzeby szukać tego na koncercie ani nie oczekuję, że Kat i Roman Kostrzewski wygenerują porównywalną energię. To tylko zestaw hitów pod piwko. Ten gig pozwolił mi jednak uwierzyć w szczerość tego, co może mi się spodobać lub nie na „Popiórze”. Pozwolił mi też zwyczajnie cieszyć się tymi numerami, brzmiącymi o wiele lepiej niż to, co proponują kapele z pokolenia Kata. To może być naprawdę dobra płyta naprawdę dobrego składu, który nie chce być tylko bandą klezmerów i wciąż ma coś do udowodnienia. Myślę, że to najlepsze, co o takim zespole jak Kat i Roman Kostrzewski można powiedzieć w roku 2019.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: archiwum zespołu autor Marcin Kaniak