FÖLLAKZOID – Przyjazna energia

Psychodelia to chyba jedyny nurt szeroko pojętego rocka, który w drugiej dekadzie XXI wieku jest wciąż twórczo inspirujący. „Twórczo” w tym sensie, że obok zespołów typowych „retro-kserokopiarek” mamy takie, które wychodząc z podobnego punktu nie brzmią jak neo-kraut ani quasi-spacerock. Taką właśnie kapelą jest Föllakzoid – ci wprost nawiązując do klasyki kwas-rocka są zarazem bardzo wyraziści i konsekwentnie budują własne, radykalne brzmienie. W burzowy czerwcowy wieczór popędziłem do gdyńskiego „Ucha” sprawdzić, na ile ta bezkompromisowość przekłada się na prostą  jakość muzyki i koncertów.

Electric Herring: Föllakzoid, Lonker See, Walrus Alphabet, 25.06.2016, Gdynia, klub Ucho

Koncert Walrus Alphabet przypomniał mi, że psychodelia to nie tylko granie. Ci zdolni muzycy zaprezentowali hałaśliwego rocka w wersji ugrzecznionej, w moim odczuciu niepotrzebnie rozmaślonej melancholią… i chyba również tremą na wyrost. Nawet intensywniejsze momenty nie porywały tak, jak mogłyby, gdybyLS trochę popuścić cugle. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz.

Koncert Lonker See przypomniał mi, że psychodelia to nie tylko granie. To emocje i zaangażowanie, które na kilkadziesiąt minut zamieniają sympatyczne, uśmiechnięte istoty w bożych szaleńców. Dużo nasłuchałem się o scenicznej doskonałości najświeższej sensacji trójmiejskiego gitarowego jazgotu, ale nie miałem pojęcia, że Lonker See na żywo to taka bestia. Z podobną muzyką w wydaniu koncertowym mam na ogół problem ze ścianą nieczytelnego hałasu, która przykrywa pospolity brak muzykalności. Tutaj każdy toporny czardasz sekcji i każde przekrzykiwanie się gitary z saksofonem miało swoje miejsce w budowaniu dramaturgii. I choć tą muzyką miota jak szatan, to ani przez moment nie miałem wrażenia, że ktoś tu się pogubił między efektami. Tu właśnie eksplodowało szaleństwo, którego zabrakło mi na koncercie Walrus Alphabet. Co ciekawe, Lonker See już dwa miesiące po premierze płyty grają na żywo nowe numery. Jestem pewien, że to, co najlepsze, Boro i koledzy oraz koleżanka mają jeszcze przed sobą.F

Koncert Föllakzoid przypomniał mi, że… od tygodnia podśmiechiwałem się, że idę posłuchać, jak przez godzinę gra się dwa dźwięki. I znów okazuje się, że to w zupełności wystarczy, jeśli są to akurat te dwa trafiające w punkt. I że muzyka monotonna wcale nie musi być nudna. Ach, no i nie ma nic złego w tańczeniu na rockowym koncercie. Oczywiście riffów, które odegrano na całym koncercie starczyłoby pewnie na półtorej piosenki Porcupine Tree. Oczywiście Föllakzoid zagrali tyle, że Swans zdążyłby najwyżej dokończyć intro na kastanietach. Ale to kompletnie nie miało znaczenia. Teutoński rytm, punktujące basowe pam-pam i dwa akordy na delayach produkowały przyjazną, dobrą energię, porównywalną może z twórczością Om. Akurat tyle tej energii, żeby cieszyć się przyjemnym niedosytem. Dawno zresztą nie miałem wrażenia, że koncert był „za krótki” i spokojnie mógłby potrwać jeszcze te kilkanaście minut, a to cenne uczucie. W muzyce Föllakzoid naprawdę nie ma nic  wymagającego czy nieprzystępnego, o czym warto się przekonać na żywo. Tym bardziej, że dziś każde dobro jest w cenie.

Przypominał sobie Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Janusz Miller