ENTOMBED A.D. – Legenda daje radę.

Klęskę urodzaju chyba mamy, bo frekwencja nawet na tzw. dużych nazwach nie zawsze dopisuje. Tak było w przypadku ostatniego koncertu Enslaved (który nota bene był gigiem w moim odczuciu doskonałym, tak wykonawczo, brzmieniowo jak i klimatycznie) i tak było również tym razem. Czyli dosyć pustawo jak na to, jaki skład zawitał do stołecznej Progresji.

Entombed A.D., Voivod, Lord Dying, Barren Womb,  29.10.2016r, Progresja, Warszawa

Norwegów z Barren Womb, niestety, nie widziałem. Wbiłem się dopiero na Lord Dying. I tu mile zaskoczenie. Ciężko, sludge’owo, ale z licznymi naleciałościami. Dobre riffy i ciężar muzyki adekwatny do wagi wykonującego go śpiewającego gitarzysty Erika Olsona. Lepiej niż na płytach, które odtwarzałem w domowym zaciszu.Voivod

Z Voivod od lat wciąż mam ten sam problem, łapię się mianowicie na tym, że bazuję na sentymentach, a wspominając moją miłość do nich cofam się do czasów, kiedy się w tym zespole zasłuchiwałem. Tylko, że ja zakończyłem swoją przygodę z Voivod na „Angel Rat”, a był to rok 1991. Potem, pomimo usilnych prób, już nie wchodziło. I żaden ich koncert nie zdołał ponownie rozpalić żaru w moim sercu. Zmieniła się moja percepcja, wiele wydarzyło się również w muzyce uznawanej za progresywną. Tego wieczoru również w skrytości liczyłem na cud, ale takowy się nie wydarzył. Panowie są dalej zaangażowani i widać, że granie nadal sprawia im radochę. Również wśród publiczności nie brakowało die hard fanów. I wspaniale – wygląda na to, że obie strony były usatysfakcjonowane, ja jednak pozostałem niewzruszony. Przekonałem się po raz kolejny, że sentymenty większych emocji nie zapewniają. Przytłumione brzmienie skutkowało zwyczajnym brakiem pierdolnięcia i nawet leciwe hity pokroju „Killing Technology”, czy „The Prow”, nie były w stanie wprawić mojej starej łysiny w namiastkę headbangingu. Było sympatycznie, ale to nie komplement dla metalowego koncertu. Było ok., ale letnio, choć z całą pewnością część zgromadzonych nie podzieli mojego zdania. Dla mnie Voivod nie wytrzymuje próby czasu. Przy całym szacunku i sympatii dla nich.Entombed AD

Nieco podobne obawy miałem w stosunku do headliner’a, czyli Entombed. Wiadomo, to już inny zespół, inny skład, a na temat wydawnictw pod szyldem Entombed A.D. również można dyskutować. Na szczęście, wraz z pierwszymi taktami „Midas in Reverse” uśmiech samoistnie pojawił się na mym obliczu. Znacznie mocniej, wyraźniej i bardziej dynamicznie od kanadyjskich poprzedników. Wszystko na swoim miejscu, czyli muzyczny łomot spod znaku kostki Boss HM-2. Utwory z Back to the Front i Dead Dawn na żywo przekonują; Szwedzi mielili równo niczym maszynki do mięsa naszych rodziców, a luz i widoczna radość, zgranie i zespołowość to piłka odbita w stronę publiczności,14639717_1535930423100163_3124005268808274743_n przyjęta i odwzajemniona falą energii. Szkoda, że stare utwory Entombed A.D. odgrywa głównie fragmentarycznie, dobrze jednak było usłyszeć dźwięki m.in. „Chief Rebel Angel”, „Wolverine Blues”, „Living Dead”, kultowego „Left Hand Path”, czy mojego ulubionego „Night of the Vampire”. LG Petrov to postać tyleż ikoniczna, co niepodrabialna. Żarty z własnego, niknącego owłosienia, beknięcia, smarki, browar i wóda to nieodłączne atrybuty tego death metalowego stand up’era dla koneserów. Będąc fanem death metalu trudno go nie kochać. Miło, że legenda wciąż daje radę. Bardzo udany wieczór. No bo co może pasować lepiej do aury Święta Zmarłych niż solidny zastrzyk śmierć metalu?

Łukasz Szymański

Zdjęcia: Janek Fronczak