EDITORS – Za dużo gitar

Nie samym podziemiem żyć będziesz, powiada pismo, zatem sprawdzamy co dzieje się w temacie alternatywy już na poziomie tzw. popularnym, żeby nie powiedzieć gwiazdorskim. W tym celu udaliśmy się na koncert młodzieżowego zespołu Editors.

Editors, Dead Sea, Warszawa, Progresja, 04.04.2018r. 

Jeśli w okolicach klubu, kilka godzin przed koncertem, szwendają się grupki młodzieży, wiedz, że coś poważnego się dzieje. Że przyjechały jakieś gwiazdy. Tak było przed Editors i tłumy, jakie spotkałem w klubie o czymś świadczą. Tradycyjnie przegapiłem suport, na stoisku z merchem nie zanotowałem bogactwa (co ciekawe, podczas wywiadu, muzykanci zapewniali, że mają płyty, czyżby wszystko poszło?!), koncert wysłuchałem, stojąc w ścisku i gapiąc się głównie na wyciągnięte łapy z komórkami. Chyba coraz częściej dochodzę do wniosku, że używanie telefonów podczas imprez powinno być zabronione. Początek koncertu zaskoczył; spodziewałem się jakiegoś intro podbijającego napięcie, zamiast tego zespół wszedł dziarsko na scenę i bez żadnych umizgów ruszył z kopyta.Arch zespołu Tom

Pomijam tu setlistę, bo ta była obszerna, choć przyznam, że liczyłem na więcej z „In Dream” i „In This Light and on This Evening”. Zespół odważnie zapuszczał się w mroczną przeszłość, wykonując sporo z pierwszych płyt, choć nie zapomniał, co oczywiste, o najlepszych momentach „Violence”. Scena skromna, aranżacje i oświetlenie poprawne, choć nie zanotowałem jakichś szczególnych szaleństw. I od samego początku, kiedy tylko na scenie pojawił się wokalista, było wiadomo, że to jego koncert, a reszta jest tylko odpowiednim dodatkiem. Tom Smith to urodzony gwiazdor – jego zachowanie, teatralne gesty, dramatyczna mimika przykuwały uwagę, zresztą, podobnie głos a trzeba przyznać, że radził sobie doskonale; nie przypominam sobie jakichś specjalnych fałszów. Gość latał po scenie, chwytał za gitarę, obsługiwał klawisze i jakieś elektroniczne zabawki i zapewniał temu koncertowi należytą dynamikę. Co do reszty – nie chcę nikogo urazić, ale muzycy byli tłem, grali poprawnie, choć raczej nie powiem, że z jakimś szczególnym polotem. Ok, muzyka Editors nie wymaga ekwilibrystyki, ale chociażby wspomnienie basisty White Lies pokazuje, ze nawet w tych prostych, rockowych piosenkach można przemycić coś więcej. Inna sprawa, że troszkę mnie zmęczyło dość mocno gitarowe brzmienie grupy. W porywach grało przecież trzech gitarzystów! Zważywszy na fakt, że najfajniejsze rzeczy wychodzą Editorsom, kiedy zapominają o gitarach, było to po prostu lekko przesadzone.

Co nie zmienia faktu, że są sprawnym zgranym zespołem z własną wizją, którą ludzie kupują; chyba nikt z muzyków nie mógł narzekać, bo stłoczona publika reagowała żywiołowo. Szkoda tylko, że zamiast zapalniczek, które w kilku momentach by się przydały, w górze były łapy ze smartfonami.

Arek Lerch

Zdjęcie: archiwum zespołu