DREAM THEATER – Książkowo zaplanowane zadanie

Dream Theater już od lat postrzegane jest jako zespół, który bardziej niż muzyką, interesuje ilością zacietrzewionych anty-fanów. Niepoprawnych wielbicieli też. W efekcie daje to pole do wielu niezwykle zabawnych dyskusji na temat kapeli. Polecam – sam takowe prowadziłem. A dlaczego taki, z pozoru kompletnie nieistotny, aspekt przyćmiewa obecne muzyczne dokonania Teatru Snów? Być może dlatego, że nowojorczycy na etapie “Octavarium” przestali eksperymentować i gwałtownie się rozwijać. A poza tym; odmiana prog metalu, jaką oni sami spreparowali i którą z lubością uprawiają po dziś dzień, uległa pewnej dezaktualizacji. Nie żebym deprecjonował poziom ich starszych krążków, które cenię, ale nowoczesny metal z progresywnym pierwiastkiem zmierza w zupełnie inną stronę. Mimo to, na koncert Dream Theater jechałem rozochocony i przeświadczony o tym, że nie pożałuję mozolnej tułaczki przez całą Polskę.

Dream Theater – Spodek, Katowice, 16.05.2017r.

Kwintet z Long Island to dziś grupa scenicznych cyborgów. Jeśli ktoś nie jest w stanie uwierzyć, że zespół rzeczywiście potrafi odegrać te skomplikowane utwory ze studyjną dokładnością, grubo się myli. Tak też było w katowickim Spodku. Od otwierającego całość widowiska “The Dark Eternal Night” panowie z chirurgiczną precyzją odgrywali wszystkie piosenki z setlisty. Dotyczy to zarówno pokręconego “Metropolis pt.1” (wzbogaconego o perkusyjne solo Mike’a Manginiego), jak i monumentalnego “A Change of Seasons”, które godnie zwieńczyło zespołowe zmagania na deskach katowickiej hali. Przyznaję: jest to w dużej mierze imponujące, ale zabrakło mi w tym spontanicznego ducha tak przecież istotnego w rock’n’rollu. Świadomie uniknąłem słowa “luzu”, gdyż przy tak napompowanej patosem muzyce raczej o niego ciężko. Od czasu do czasu John Petrucci starał się modyfikować swoje solówki (egzotyczne wykonanie “Hell’s Kitchen”) bądź je wydłużać (końcówka “Take The Time” okraszona wstawkami z “Glasgow Kiss”). Cały czas jednak odnosiłem wrażenie, że zespół przyjechał, by raczej odrobić książkowo zaplanowane zadanie, niż z pasją zaprezentować na scenie kompozytorskie umiejętności. Na szczęście, nie przeszkodziło mi to w entuzjastycznym przyjęciu żelaznych klasyków z repertuaru Dream Theater.DT - M. Pawłowski

Bliska temu była zespołowa czarna owca, czyli nie kto inny, jak James LaBrie. Chyba nie muszę wyjaśniać, dlaczego forma kanadyjskiego wokalisty wyraźnie odbiega od tego, co prezentowała sobą reszta grupy. O dziwo, na środowym koncercie koledzy z zespołu nie musieli wstydzić się za Jamesa. No dobrze, trochę musieli, ale wyszło lepiej, niż przewidywałem. Faktycznie, LaBrie nie dawał sobie rady z większością “górek”, ale nadrabiał świadomością swoich wad. Dzięki temu nie atakował rejestrów zarezerwowanych dla delfinów, za co jestem mu wdzięczny. Moje uszy mają się dobrze. Niedostatki formy piosenkarz nadrabiał licznymi umizgami w stronę polskich fanów i dowcipami z reszty członków Dream Theater. Dało to satysfakcję; na własne oczy przekonałem się, że bohaterzy wczorajszego wieczoru nie byli przeintelektualizowaną rozrywką dla zapatrzonych w siebie megalomanów.

Reasumując: warto było jechać. Nie osiągnąłem poziomu nieludzkiej ekscytacji, czy też podniecenia, gdyż okres mojej największej fascynacji Dream Theater minął. Mimo to, przyjemnie było zobaczyć ongiś ulubioną formację w dobrej formie na żywo. Oby częściej.

Łukasz Brzozowski

Zdjęcie: Marcin Pawłowski