DOPETHRONE – Brudna wanna riffów

To nie jest tak, że nie lubię stonerów, bo lubię bardzo. Nie tylko dlatego, że np. scena polska to wdzięczny obiekt żartów, a sama estetyka jest rozczulająco zhomogenizowana i można w nieskończoność urządzać konkursy podśpiewując „a co to za kapela co jak Belzebong gra”. Mimo programowej stagnacji stylistycznej – a może dzięki niej – scena stonerowa wciąż przyciąga słuchaczy, wychyliłem więc łeb z domu aby sprawdzić, co w konopiach piszczy.

Dopethrone, Sunnata, Mound, Gdańsk, Wydział Remontowy, 17.10.2018

Rzucony na otwarcie Mound to zespól na dorobku i w moim odczuciu niedookreślony. Lokujący się między Weedeaterowym kultem riffu a sludge/black metalem materiał miał niejako dwie prędkości. Jedna była super – grzybowe granie dopchnięte charkotem, brzmiące jak stonerowy Beherit. Druga to brandzlowanie się standardowym riffem granym coraz wolniej i patenty jak z samouczka młodego fana Stoned Jesus. Nie umiem powiedzieć, czy Mound chce wypracować jakiś własny język, czy osiąść na wygodniej pozycji lokalnego supportu zespołów z „weed” i „goat” w nazwie. W  moim odczuciu potencjał, aby nie osiadać na laurach jest spory.

Najbardziej tego wieczoru ciekaw byłem koncertu Sunnata. Bardzo udana płyta „Outlands” dokumentuje udaną ucieczkę z defaultowych brzmień, prawidłowe zrozumienie zarówno OM-owego transu jak i siły dobrej kompozycji i wspomnień po grunge’u. Okazało się, że na scenie ten materiał wypada równie świetnie. Wrzucona między jeden riffowi stoner a drugi jeszcze bardziej riffowy stoner, Sunnata cieszy dynamiką, przestrzenią i pomysłami. Jest chwytliwość i brak oporów przed miękką przebojowością, która wyhamowuje akurat tak, aby nie wjechać w podejrzane rejony „student stonera”. Jest wreszcie świadomość, że nawet najlepszy riff nie musi być mielony w nieskończoność tylko dlatego, „bo Sleep”. Najsłabsze ogniwo Sunnata, czyli wokale w stylu „zły Godsmack” robią na żywo ile trzeba, bo nie są centralnym punktem wykonu. Najlepsze przed nimi? Oby.Dopethrone

Gdzieś daleko, na jakimś innym kontynencie jest manufaktura takich zespołów jak Dopethrone. I można je kupić na AliExpress. To naturalnie tylko podśmiechujka, nie zarzut – wiem, na co przyszedłem, nie przyniosłem z sobą nieadekwatnych oczekiwań i zobaczyłem taki koncert, jakiego się spodziewałem. Ostatnim, czego Dopethrone poszukuje jest oryginalność. W sensie muzycznym są bytem doskonale zastępowalnym innymi zespołami z tego samego wykrojnika, i chyba nikt nie ma im tego za złe. Na koncercie te przyzwoite, ale mało oszałamiające dźwięki zyskują na intensywności i idą w pakiecie z ogólnym wrażeniem obcowania z prawdziwymi szaleńcami, stuprocentowo autentycznymi w swoim patostreamie. I to koncertowe wydanie Dopethrone kupuję z dobrodziejstwem inwentarza. Nie ukrywam, że nie chce mi się słuchać ich płyt, od kąpieli w brudnej wannie riffów mam swoich faworytów z ekstraklasy, od lat tych samych. Ale gig sam w sobie był świetny nawet, jeśli muzycznie jednowymiarowy. Dopethrone jest doskonały w tym, czym jest, czysto subiektywnie pasowała mi po prostu propozycja Sunnata, który jest innym zespołem i inne ma cele. Sunnata ma cele, Dopethrone siedzi w celi. Che che. Śmieszne.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Marek Emesz Szeremeta