DOG EAT DOG – Powrót króla

Ręka do góry kto nie słuchał w latach 90. Dog Eat Dog. Pewnie podniesie ją jakiś smutny frędzel, który skasował „All Boro Kings”, żeby nagrać na nią „Nemesis Divina”, a deskorolkę zamienił na mosiężny świecznik. Nie mówcie, że nigdy nie lubiliście Pantery, Rage Against The Machine, Flapjack czy Illusion i nie poczuliście się lekko dotknięci bigcycowymi „Kraciastymi koszulami”. Koszykarskie rytmy, łączenie rapu z ciężkimi gitarami i krótkie spodenki, czyli wszystko to, co kochaliśmy wtedy i czego wstydziliśmy się później. Tak, to o nas ta piosenka.

Dog Eat Dog, The Ruffes – klub „Parlament”, Gdańsk, 25 kwietnia 2015

Pamiętam czasy, kiedy Dog Eat Dog był gwiazdą z pierwszych stron gazet, a ich koncerty odbywały się na stadionach. Cóż, nic nie trwa wiecznie, więc drodzy czytelnicy, jeśli jakimśDIGITAL CAMERA przypadkiem staliście się sławni, to wykorzystajcie te swoje przysłowiowe pięć minut najlepiej jak tylko potraficie. Dziś miejsce Dog Eat Dog to średniej wielkości kluby i publika licząca po kilkaset osób, ale muzycy nie sprawiali wrażenia zasmuconych tym faktem. Przeciwnie, na ich twarzach gościła podczas koncertu radość nie mniejsza niż na twarzach osób bawiących się pod sceną. Bo też nie o splendor i błysk fleszy w tym przypadku chodzi, tylko o dobrą zabawę.

No dobra, zejdźmy na ziemię. Możliwe, że chodzi o długi, których muzycy narobili sobie, kiedy nie byli już na szczytach list sprzedaży, ale z przyzwyczajenia żyli sobie jeszcze jak królowie. Może o alimenty płacone zapłodnionym niechcący w garderobach fankom. Obstawiam jednak, że tak jak i fani, tak muzycy chcą po prostu przeżyć tę zabawę jeszcze raz, nawet jeśli nie będzie już w tym takiego rozmachu co kiedyś. Cóż, Dog Eat Dog jest dzisiaj zespołem funkcjonującym na podobnych zasadach jak Morbid Angel. Swoje najważniejsze płyty już nagrali, a teraz jeżdżą po świecie i dają radość panom w średnim wieku, którzy chcą się nadal czuć jak nastolatki. I chyba nie ma w tym nic złego. Tym bardziej, że większość osób, które stawiły się tego dnia w klubie „Parlament”, opuściła go z uśmiechami na twarzach. Zespół zagrał chyba wszystko to, na co ludzie czekali, czyli szlagiery z debiutanckiej „All Boro Kings” i wybrane kawałki z innych płyt. Były roszady wśród muzyków i goście na scenie, była słynna bluza hokejowa z napisem Polska, był też efektowny skok z balkonu wprost w objęcia publiki. Był support, którego nie widziałem (powiedzmy, że „z przyczyn technicznych”), a po koncercie klasyczna sobotnia dyskotekowa impreza, którą widziałem. Było fajnie.DIGITAL CAMERA

Bo, nie oszukujmy się, muzyka Dog Eat Dog jest fajna. Jakkolwiek by jej nie oceniać z perspektywy czasu, w wiosenny, sobotni wieczór broni się lepiej niż bzyczenie wyznawców kultu czaszki czy kilkugodzinne improwizacje starzejących się gwiazd awangardy. Jest imprezowa, choć może nie w takim sensie, w jakim chciałby tego GG Allin. Ja pierwszą połowę tego koncertu spędziłem starając się zrobić swoim nieprofesjonalnym aparatem jakieś w miarę przyzwoite zdjęcia (z poczucia obowiązku), a drugą skacząc pod sceną z zamiarem wykonania klasycznego stagedivingu (z głupoty). Ani jedno, ani drugie mi się nie udało, ale liczy się przecież to, że próbowałem. Koniec końców był to bardzo miły wieczór i chyba każdy dostał od muzyków Dog Eat Dog to, czego oczekiwał. No, przynajmniej jeśli chodzi o sam występ, bo w innego rodzaju oczekiwania już nie wnikam.

Tekst i zdjęcia Michał Spryszak