DEPECHE MODE – Wymarzone widowisko

Poniższa relacja dotyczy jedynie gdańskiego koncertu Depeche Mode. Po jego zakończeniu, podsłuchałem przypadkiem rozmowę dwóch pań na temat wcześniejszych występów Depeszów. Jak się okazało, jedna z nich była na wszystkich polskich sztukach tegorocznej trasy DM (podziwiam jej uwielbienie i zasobność środków na taki maraton). Reasumując, stwierdziła, że ten w trójmieście był najlepszym z wszystkich trzech. Pozostaje mi jedynie się z nią zgodzić, bo wrażenia tkwiące w mojej pamięci sugerują, że koncert ten przejdzie do historii jako wydarzenie o najwyższej możliwej skali punktacji.

Depeche Mode, Black Line, Gdańsk, Ergo Arena, 11.02.2018r.  

Zanim jednak na scenie pojawili się Anglicy, na rozgrzewkę zafundowano nam amerykańską formację Black Line. Niestety, brzmienie, które waliło z głośników było nierówne i kompletnie pozbawione mocy. Sam zespół, składający się z dwóch operatorów laptopów, pałkera za padami, gitarzysty i śpiewaka nie dał spektakularnego show; wokalista o bardzo przeciętnych warunkach głosowych prężył się, imitując ekspresję i przemierzał scenę we wszystkich kierunkach, ale niewiele to wnosiło do całokształtu występu. Przeciwsłoneczne okulary sprawiały wrażenie przywdzianej maski, coś jak skrywanie pewności siebie. Jednak jeszcze bardziej odczuwalna była sztuczność i pozowanie całej ekipy. Sama muzyka zupełnie nie zapadła mi w pamięć – refreny wydawały się bardzo oklepane a gitara kompletnie nie pasowała do tego co leciało z głośników. Po 25 minutach ich czas wreszcie dobiegł końca.Dave

Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to eksplozja, która nastąpi za chwilę, czyli to, po co wszyscy się stawili tak licznie. Jestem przekonany, że nie znalazł się ani jeden śmiałek, który przyszedł tylko dla samego supportu… Paręnaście minut później zaczął się istny spektakl. Nagłośnienie bardzo dobre, zasłużony na wieki (obecnie dla kilku pokoleń) trzyosobowy trzon DM wraz z sesyjnym klawiszowcem/basistą i perkusistą zaserwował ponad dwugodzinną ucztę. Repertuar na starcie oparty o promocję najnowszej płyty płynnie przeszedł w środkowy okres pojemnej dyskografii zespołu, który sięgał nawet od czasu do czasu po baaardzo stare kawałki. Wiadomo, że większość utworów to swoiste hity i przeboje, które każdego dnia na losowych stacjach radiowych na całym świecie stanowią dyżurną ramówkę. Publiczność zgromadzona w ErgoArenie przyszła przygotowana, niemal cały czas wtórując wokalnie depeszom. Taka dawka energii i entuzjazmu udziela się zawsze artyście, który kocha to co robi. Szczere zadowolenie było okazywane naprzemiennie przez Martina Gore i Davida Gahana. W cieniu liderów, bardziej wycofany ze swoim syntezatorem stał w głębi sceny Andy Fletcher, od czasu do czasu machając do gawiedzi, rzadziej sterując reakcją tłumu w odpowiednich fragmentach utworów. Liczył się David – wylewał z siebie hektolitry potu, figlarnie tańcząc we wszystkich instrumentalnych partiach, stale zachęcając widownię z każdego sektora do wspólnej zabawy. Wszystkie kompozycje odegrane zostały z wielką starannością, ale, na szczęście, nie z rutyną. Wydłużone, koncertowe wersje studyjnych oryginałów zyskiwały niesamowitą siłę rażenia. Duża w tym była zasługa Christiana Eignera grającego na perkusji – gość był niesamowicie żywiołowy i imponował fenomenalną formą. Kontrastował z tym Peter Gordeno – prawie cały czas z kamienną twarzą, nieco w opozycji do pozostałej części składu wyraźnie szczęśliwych muzyków. Muszę wspomnieć też o oświetleniu – to było użyte z dużym wyczuciem; są kluby, w których grają undergroundowe kapele i mają orgię świateł wręcz przyćmiewającą muzykę. Tutaj wszystko było dokładnie przemyślane i subtelnie dopasowane do muzyki. Podobnie wyglądała sprawa wizualizacji na wielgachnym, dwudzielnym telebimie. Kilka razy Gahan pojawiał się w połowie jego wysokości, powodując skojarzenia z przywódcą przemawiającym do rzeszy wyznawców zza rozległej mównicy.DM

Cały koncert okazał się spójnym, wizualnie – muzyczno – emocjonalnym przedstawieniem. Oczywiście, na koniec poleciało kilka bisów z wywrzeszczanym przez każdego z fanów „Personal Jesus” na czele. Ci co byli, wiedzą dobrze, że to widowisko na miarę największych ikon muzycznych. Ci, których to ominęło, powinni się szykować do letniego występu na Openerze. Depeche Mode to załoga, która jest przykładem spełniania marzeń koncertowych, są do tego naturalnie stworzeni. No i są też w znakomitej formie. Życzę im by jak najdłużej dawali radość innym i sobie takimi koncertami.

Tekst i zdjęcia: Sławomir Nietupski