CRIPPLED BLACK PHOENIX – nieradiowe piosenki

Od razu uczciwie przyznam, że najnowsza płyta Crippled Black Phoenix ostudziła nieco mój entuzjazm, z jakim biegłem po bilety słysząc, że oto jeden z czujniejszych współczesnych składów rockowych wpada na chałturę do Trójmiasta. Nie to, żeby „(Mankind)…” był słaby czy coś, ale czy to naprawdę musiał być aż dwupłytowy album? I czy nowy wokalista musi być nowym wokalistą, a nie poprzednim? Czyżby koniec fajności fajnej kapeli, która właśnie się na dobre rozkręciła? Czy nie wkurwia was tani chwyt z pytaniami retorycznymi w pierwszym akapicie? Tak czy owak, się poszło, i całe szczęście.

 

Sopot, klub „S.F.I.N.K.S. 700”, 25.03.2012

Mekka sopockiego lansu przyciągnęła na oko jakieś 150-200 luda, co pozwoliło wypełnić salę w stopniu przyzwoitym i niewstydliwym. Klub Sfinks (czy jak on się w tym miesiącu nazywa) słynie ze wszystkiego tylko nie z rockowych koncertów, a w gruncie rzeczy okazuje się sympatycznym miejscem na występy mniej oczojebnych gwiazd, a szefostwo w osobie Leszka Możdżera (czy kto tam jest w tym tygodniu dyrektorem) pozostawia niewielką nadzieję, że coś się w tej materii ruszy, bo zainteresowanie chyba jest… szkoda tylko, że scena, która spokojnie pomieściłaby zespół White Stripes albo Jezioro i Płomienie, ledwo dźwigała siedmioosobowy skład, a Miriam Wolf dojrzałem dopiero, kiedy zaczęła śpiewać.

nieradiowe piosenki

nieradiowe piosenki

Na przekór oczekiwaniom, repertuar z „(Mankind)…” nie zdominował koncertu, który był standardową przekrojówką przez to, co w dorobku Crippled Black Phoenix najlepsze – startując od niszczyciela światów „Troublemaker”, a kończąc na „Burnt Reynolds”, plus oczywiste oczywistości (promowany teledyskiem „Laying Traps”) i przykurzone, dawno nie grane szlagiery (wyciskacz łez „When You’re Gone”). Hen, w dalekiej Warszawie grupa squatersów przymierzała się do reinterpretacji przepisów KC dotyczących zasiedzenia, a tymczasem Brytyjczycy grali na bis pieśń włoskich antyfaszystów „Bella Ciao”, jakby im na pożegnanie. Koncert, zgodnie z zapowiedziami, potrwał bagatela dwie i pół godziny, co nie kwalifikuje go do kategorii sportów wyczynowych, bo i brzmienie było w porządku, i dość, khem, swobodny nastrój na scenie udzielał się publice – na tyle, by wyjść z poczuciem lekkiego, nieuciążliwego przesytu i przeświadczeniem o dobrze spędzonym wieczorze.

Co do niepokojących zmian składu – za wcześnie wyrokować, czy Matt Simpkin jest godnym następcą Joe’go. Jego maniera niekiedy niebezpiecznie przesuwała utwory w rejony Parady Równości, ale też trzeba przyznać, że mimo tremy radził sobie co najmniej dobrze, a jak na wokalistę „z łapanki” wręcz doskonale. Na pewno ciekawie było popatrzeć na zespół, który nie akompaniuje wokaliście, a faktycznie tworzy zwarty kolektyw absurdalnie utalentowanych osobników. I nie mam tu na myśli instrumentalnych wodotrysków (choć bluesowego sola Karla nie powstydziłby się Allen Woody), ale trącanie struny emocjonalnej melodiami, które ścinają krew w żyłach.

Kto wie, czy za rok Anna Gacek nie odkryje Crippled Black Phoenix i nie zacznie się nimi egzaltować na falach eteru, obrzydzając ich przy okazji hołocie, co „NME” nie czyta i Kate Moss nie kocha… Drugim Porcupine Tree chyba jednak raczej nie będą, bo piosenki jakieś takie nieradiowe i długie, ale powoli i konsekwentnie wyrastają na koncertowego idola polskiej publiczności, co zwiastowałoby kolejne wizyty. I na te warto mieć oko, bo zespołów tak wyjątkowych, o ponadpokoleniowej i ponadgatunkowej wrażliwości, coraz jakby mniej.

Bartosz Cieślak
Zdjęcia z koncertu w warszawskiej Progresji: Janek Fronczak / ShadesOfGrey.pl