CRADLE OF FILTH – Mistrzowie metalowego kiczu

Deklaracja „idę na koncert Cradle of Filth i Moonspell” wywoływała w kolegach pomruk konsternacji i znaczące uniesienie brwi. No tak, wiadomo, że wszyscy urodziliśmy się fanami avant/impro i power electronics, ale poeta pamięta i ja wiem kto z was miał naszywkę „Wolfheart” na plecaku. Głównie taka publiczność przybyła tego czwartkowego wieczora do „B90”. Już bez „kostek” na grzbiecie, zazwyczaj wyleniała, dwa razy starsza i cięższa niż w czasach, kiedy klimatyczna formuła black metalu rządziła gustami polskiej młodzieży. Sądząc po solidnym tłumie, to coś więcej niż tylko sentymencik i okazjonalne „metal i piwko”.

Cradle of Filth, Moonspell, Sacrilegium, Gdańsk, klub B90 25.01.2018 

Zespół Sacrilegium widziałem na żywo po raz pierwszy. Nie był to nigdy mój faworyt i chociaż nawet lubię „Sleeptime” i „Wicher”, to o ich poreaktywacyjnym obliczu nie mam bladego pojęcia. Po koncercie wnoszę, że mają na siebie jakiś pomysł i starają się być czymś więcej niż przebrzmiałą legendą. Mimo drażniącej statyczności i przeładowania sceny disco-światłami, sam występ był naprawdę solidny nawet, jeśli nie zemdlałem z zachwytu. Ten organizm wciąż żyje i choć w tej formule gwiazdami już nie zostaną i nikt im fikuśnych czapek nie wydrukuje, to wstydu nie ma.sacrilegium

Nigdy nie byłem fanem Moonspell, nawet w czasach ich największej popularności w  Polsce, ale „Wolfheart” i „Irreligious” były obecne w moim otoczeniu. Siłą rzeczy wiedziałem co to za muzyka i że to nic dla mnie, ale w biegiem lat ich ewolucja przebiegała zupełnie obok mnie. Co by się u nich nie działo, w 2018 usłyszałem na żywo mniej więcej ten sam zespół, który zapamiętałem sprzed 20 lat… I dalej mi się ich muzyka nie podoba. Musiałbym jednak mieć wiele złej woli aby stwierdzić, że oto kiepska kapela zagrała zły koncert. Nic z tych rzeczy – zobaczyłem dżentelmenów, którzy mimo upływu lat wciąż bardzo wierzą w te okropne gotyckie metale, które produkują od jakichś sześciu stuleci. To był autentycznie porywający występ, dynamiczny, nie przeładowany tandetą i na swój sposób radosny, bo zespół cieszył się, że gra i tym, co gra. I tylko dobrych piosenek zabrakło. Mi, bo fani wydawali się zachwyceni. Chciałbym zobaczyć ten sam koncert z jakimś lepszym materiałem, bo szczerze chciałem, aby podobało mi się bardziej. Nic z tego nie będzie, mimo to rozumiem, dlaczego ludzie za tym potworkiem szaleją.moonspell

Dla odmiany, fanem Cradle of Filth byłem. Przypadło to na ten fajny moment po wydaniu „Dusk… and Her Embrace”, kiedy jedną nogą stali jeszcze w podziemnym black metalu, a drugą sprawdzali, czy w morzu komercji woda nie za zimna. Minęło mi szybko, bo się zradykalizowałem i jak na nastoletniego metalowca przystało fuknąłem, że do luftu takie landrynkowe granie. To już też mi dawno przeszło, ale mój gust i artystyczne propozycje Cradle of Filth leciały już osobnymi ścieżkami. Przez lata docierały do mnie jakieś szczątki teledysków i obiegowe opinie, które zbyt łatwo przyjmuje się jako własne, ale zainteresowany tematem nie byłem i niczego się po tym koncercie niecof1 spodziewałem. I znów, uczciwość każe przyznać, że Cradle of Filth w 2018 jest bardzo dobrym zespołem koncertowym. Abstrahuję od lepszych czy gorszych płyt, których i tak nie znam. Na koncercie pojawiły się koszmarki z gatunku „Wacken tańczy i śpiewa” („The Death of Love”, jeden z najgorszych utworów w historii ludzkości), ale Brytyjczycy wciąż dysponują kapitałem starych przebojów („Beneath the Howling Stars”, „Dusk and Her Embrace”), które uruchamiają w odpowiednim momencie. Cradle of Filth ma też fantastycznych instrumentalistów – niby w zespole tej klasy to oczywistość, ale wypada mi to odnotować, bo to oni grali te numery nawet, jeśli nie zawsze oni je komponowali. Poziom cepeliady udało się utrzymać w ryzach i tak naprawdę raził mnie tylko baner z motywem tak żenującym, że nie sprzedałby się nawet na pirackich koszulkach. Całą resztę przyjmuję w pakiecie – to w końcu Cradle of Filth, czepianie się anturażu byłoby bez sensu. Bo niby jak inaczej ten zespół miałby wyglądać i grać na scenie? Czym innym miałby być?cof

Wychodzi na to, że przez ostatnie dwadzieścia lat Cradle of Filth aż tak bardzo się nie zmienił. I chyba aż tak bardzo nie zmieniłem się ja. A może po prostu obejrzałem koncert dobrego zespołu? Po trochu to wszystko. Dziki tłum na tym koncercie dowodzi nie tylko niesłabnącego sentymentu starych fanów (wątpię, żeby nawet nastoletnia część publiczności przyszła do „B90”, bo tak kochają ostatnie płyty). Ta słabość do mistrzów metalowego kiczu jest w pełni uzasadniona. Cradle of Filth był jednym z najoryginalniejszych zespołów, jakie pod koniec lat 90. wypełzły z podziemia – i tak naprawdę do dziś nim jest. Można tej wizji nie lubić, ale jest spójna, wyrazista i jak dotąd nikt nie potrafi jej sprzedać tak, jak jej autorzy. Raczej nie widzę szans na powrót po latach i nie czuję swędzenia w kierunku „a, sprawdzę co tam na nowych płytach, może mi się spodoba”. Nie sprawdzę, to, co znam mi wystarczy. Ale szacunek się należy, bo to najlepszy Cradle of Filth (i jak sądzę, najlepszy Moonspell), jakiego fani mogą oczekiwać dziś od zespołu z takim stażem.

Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Janek Fronczak Photography (Warszawa)